Kolejny dzień, w zasadzie dzień jak co dzień. Ze spotkania z Liamem wróciłam dość późno w nocy, nie jestem w stanie określić, która to była godzina, ale Poppy i Louis już spali, zostawili tylko włączoną, małą lampkę w korytarzu. Uprzedzając wszystkie spekulacje, nie, między nami do niczego nie doszło, chociaż Li proponował mi nocleg, ale wiedziałam czym to mogło się skończyć, a trochę dorosłam i zmądrzałam od tamtego czasu i nie "na tym" to polega.
Ponownie ślęczę nad stosem papierów, pogoda niezachęcająca do życia, a okulary, które zakładam do czytania i pisania, zlatują mi z nosa. Śpię na siedząco, moje czoło raz zaliczyło już dzisiaj kąpiel w kubku z kawą i myślę, że z takim obrotem sprawy jeszcze nie raz zaliczy.
- Caaaarrrrlllllaaaaa! - Krzyknęłam do dziewczyny, której biuro znajdowało się za ścianą.
- Co?
- Chodź do mnie na chwilę!
Minęła dosłownie chwilka, a moja asystentka stała już w progu, na przeciwko mnie.
- Zdaj mi dzisiejszy raport.
- Raport? - Zapytała wytrzeszczając oczy.
- Oh, naprawdę nie kumasz? Chodzi mi o to, ile jeszcze pacjentów przede mną, bo padam z nóg i jak nigdy zresztą nie chce mi się tu siedzieć.
- Już patrzę. - Carla nerwowo przekładała kartki notesu, by w końcu znaleźć odpowiednią datę. - Jeszcze dwie osoby, ten co go żona biła i ta uzależniona od codziennych zakupów.
- Wszyscy Święci razem wzięci, dlaczego mi to robicie?!
- Trzeba było wczoraj nie balować do późna.
- Carla, zależy ci na taj pracy?
- No tak..
- To idź się zajmij pracą, a nie, będziesz mnie tu rozliczać z życia prywatnego.
- Dobra, już dobra, idę.
- Czy byłaś w ostatnim czasie na jakichkolwiek zakupach, nie licząc oczywiście zakupów spożywczych?
- Nie, nie byłam, choć nie ukrywam, że było ciężko. Kusiło mnie by zamówić coś z Internetu, ale jednak pierwszy raz od pół roku podeszłam do tego całkiem na poważnie, stanęłam przed szafą i otwarcie stwierdziłam, że nic więcej już nie potrzebuję.
- Bardzo się cieszę, że tak podeszłaś do tego defacto poważnego problemu, a przede wszystkim, cieszy mnie fakt, że sesje coś dały, niemniej jednak, potrzebuję udowodnienia twojego zachowania, więc co zamierzasz?
- Chcę połowę mojej garderoby oddać potrzebującym, bo w połowie rzeczy i tak nie chodzę.
- Dobrze, w takim razie, kiedy oddasz ciuchy do jakiegoś punktu, na przykład pomocy społecznej, bardzo proszę, by wystawili takowy dokument uzasadniający twoją prawdomówność, a tutaj jest skierowane pismo w moim imieniu z prośbą o taki dokument dla ciebie.
- Dziękuję pani bardzo.
- Ja również, dziękuję i widzimy się za miesiąc.
- Dobrze. Do widzenia!
- Do widzenia!
I feel good turururu, po mojej głowie chodziła ta piosenka, kiedy ostatni pacjent zamknął za sobą drzwi. Spakowałam swoje manatki i całkiem padnięta pojechałam do domu, gdzie zresztą czekała mnie miła niespodzianka; gotowy, prawdziwy, pachnący, świeży obiad i coś czego nigdy bym się po tej dwójce nie spodziewała..... posprzątali mi mieszkanie, jak się potem okazało, zmusiło ich to, bo nasyfili podczas mojej nieobecności, a wiedzą jakim pedantem jestem, więc żeby uniknąć wywalenia za drzwi musieli posprzątać i wyszło im to całkiem zgrabnie, swoją drogą, chyba plus dla nich, że mieszkanie nie ma 500 mkw.
- W ogóle Liam tu był. - Zaczęła Poppy.
- Tak? A co chciał? - Zapytałam, wkładając naczynia do zmywarki.
- Pytał się, kiedy masz wolne tak na dłużej, niż tylko weekend.
- Od dzisiaj, a w zasadzie od teraz zaczynam urlop. Wzięłam wolne, bo przecież nie będziecie tu sami całymi dniami siedzieć.
- Tak, tak, jasne. - Odrzekła szybko dziewczyna. - Ale chłopak ma farta... - Dodała Po, cicho pod nosem.
- Co? Jakiego farta? O czym ty mówisz.
- Ja? O niczym....
- No dobrze. - Westchnęłam. - Wybaczcie kochani, ale jestem potwornie zmęczona po wczorajszym dniu i dzisiejszym, więc mam nadzieję, że się nie obrazicie jak pójdę położyć się spać.
- No coś ty! - Rzekł z wyrzutem Louis. - Odpoczynek jest wskazany, tym bardziej dla takiego pracusia jak ty. Kolorowych snów, Rosaline.
- Jesteście kochani! Dobranoc.
NASTĘPNY DZIEŃ
Dzisiaj jest upragniona przez wszystkich, ta niesamowita pod każdym względem sobota! Zegarek pokazuje parę minut po 10, więc myślę, że godzina całkiem względna. Dzień zapowiada się fantastycznie, nie mówiąc o tym, że obudziły mnie promienie słoneczne i na szczęście dzisiaj nie ma już żadnego śladu po wczorajszym urwaniu chmury. Pomyślałam sobie, że może pójdziemy na spacer do Central Parku, ale muszę to skonsultować z moimi chwilowymi współlokatorami, bo wczoraj nie miałam siły zapytać się, czy mają jakieś plany na dzisiaj.
Ledwo co zwlokłam się z łóżka usłyszałam pukanie do drzwi, jakby nie było dzwonka, ale okej, co kto woli.
- Boże, kto to o tej porze? - Zapytała zaspana Poppy, wyłaniając się z pokoju w pidżamie w różowe kucyki.
- Nie wiem, idę zobaczyć.
Podeszłam do drzwi i zerknęłam przez wizjera.
- I co? Kto to? - Dopytywała blondyna.
- Liam. Nie wiem co on robi o tej porze.
- Otwórz.
- Dobrze, że mi powiedziałaś, bo bym nie wiedziała. - Rzekłam z nutą sarkazmu w głosie.
Przekręciłam zamek w drzwiach i uchyliłam "wrota".
- No w końcu, ile można czekać. - Powiedział Liam.
- Hej, wejdź.
- Cześć Poppy.
- Hejo.
- Stało się coś, że przychodzisz tak wcześnie?
- Wcześnie? Jest wpół do jedenastej.
- Dobra, mniejsza z tym. Chcesz coś do picia?
- Nie, przyszedłem ci coś oznajmić.
- Słucham.
- Od początku, zadzwoń do pracy i weź wolne na tydzień.
- Mam urlop do końca miesiąca.
- To świetnie, więc w takim razie spakuj się, nie zadawaj zbędnych pytań, bo masz 45 minut co do sekundy.
- Co proszę?
- To co słyszałaś. Bez zbędnych pytań idź i rusz swoje cztery litery.
- Dobra, już dobra, idę.
Wpadłam do mojej garderoby i pakowałam pierwsze lepsze ubrania z półek i wieszaków, dosłownie zgarniałam wszystko jedną ręką do walizki, przy okazji sama ubrałam się w wygodne adidasy, leginsy i koszulę w fioletową kratę. Włosy uczesałam w dobieranego, na usta nałożyłam błyszczyk, a na oczy moje ukochane aviatorki, w efekcie uwinęłam się w 40 minut i 13 sekund.
- Masz wszystko?
- Chyba tak.
- Dokumenty, telefon?
- Czekaj. Telefon mam w torebce, a dokumenty... Moment, są w drugiej torebce. Popy poleć do mojego pokoju, po tą granatową torebkę, bo nie chcę w butach już wchodzić.
- A gdzie ona jest?
- Powinna być obok łóżka.
- Okie dokie, już lecę.
Minęła chwilka, a dokumenty miałam już ze sobą.
- Pozdrów Lou ode mnie.
- Okie.
- Papapa! - Krzyknęłam jeszcze na korytarzu, by już po chwili wejść do samochodu Liama.
- Możesz mi teraz wyjaśnić, co ty kombinujesz?
- Nie, nie mogę. Odwróć się, muszę zawiązać ci oczy.
- Jak mi powiesz o co chodzi.
- Nie.
- Uh. No dobra....
Na moje wyczucie czasu, jechaliśmy dobrą godzinę, może nawet ciut więcej niż godzinę, ale kiedy poczułam, że zaparkowaliśmy, chciałam zdjąć chustę z oczu, lecz zostało mi to kategorycznie zabronione. Liam pomógł wyjść mi z samochodu i zaprowadził mnie gdzieś, gdzie musiałam iść po schodach, a jakaś osoba za nami ciągnęła nasze walizki. Usadowił mnie w wygodnym fotelu i kiedy usłyszałam huk, chyba zamykających się drzwi, pozwolił zdjąć mi chustę. I co ujrzałam? Prywatny samolot, który pomalutku rozpędzał się na pasie startowym.
- Co? Jak to? Gdzie my lecimy? - Zapytałam z oczami wywalonymi na zewnątrz w stronę Liama.
- Lecimy tam gdzie jeszcze nie byłaś.
- No dobrze, ale gdzie?
- Nad Lazurowe Wybrzeże. - Odpowiedział z wyraźnym tryumfem na twarzy.
Cóż... Ścięło mnie z nóg. Po prawie 6-ciu latach, znów wracam do Europy, tylko tym razem nie jest to Anglia.
- Trzeba przypieczętować nasz powrót i myślę, że śródziemnomorskie powietrze dobrze nam zrobi.
- Skoro tak uważasz.
- A ty nie?
- Nie, ja po prostu jestem w szoku terytorialnym. Kompletnie się tego nie spodziewałam.
- To chyba dobrze.
- Oczywiście.
Na to moje "oczywiście" wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, pewnie dlatego, że zabrzmiało to śmiertelnie poważnie.
NICEA
Wylądowaliśmy na jednym z najpiękniejszych lotnisk. Pas startowy ciągnie się po błękitnym morzu. Jest niebiańsko. Słońce cudnie świeci, na niebie ani jednej chmurki, jest naprawdę świetnie. Na miejscu czekał na nas samochód, który zawiózł nas do Grimaud, miejscowości położonej niedaleko St. Tropez i wojaży ludzi obrzydliwie bogatych; Cannes, Monaco, Monte Carlo.
Nasz hotelik był cudowny, malutki, zero zgiełku, patrząc przez okno, na drugiej stronie uliczki znajdowały się butiki projektantów, ludzie pogodni, weseli, aż chce się żyć.
- Dobrze, że nie jesteśmy w sezonie wakacyjnym. - Powiedział Liam, podchodząc do mnie. - W lato jest tu taki tłum, że głowa boli.
- Wierzę ci, ale i tak jest super! Dziękuję, że mnie tu zabrałeś i jeszcze raz jestem ci wdzięczna za szansę jaką mi dałeś.
- Nie wracajmy już do tego, jest dobrze, tak jak jest, a róbmy wszystko, żeby było lepiej.
- Tak.
- Masz może jakąś sukienkę wieczorową?
- Coś tam wzięłam, a co?
- Jesteśmy zaroszeni na bankiet charytatywny organizowany przez Leonardo DiCaprio.
- Serio?! - Moje oczy znów "wyszły" z oczodołów.
- Serio, całkiem serio.
Podbiegłam do walizki i całą zawartość wyrzuciłam na podłogę w apartamencie. Na szczęście spakowałam sukienkę, którą kupiłam ostatnio. Nawiasem mówiąc, nie miałam jej jeszcze na sobie, widocznie czekała na specjalną okazję.
- Liam?
- Tak.
- A pójdziemy na plażę?
- Możemy iść, ale na kąpiel jest jeszcze za zimno, możemy też pojechać zwiedzić St. Tropez, niecałe 5 km stąd.
- No to jedziemy! Wezmę tylko prysznic i przebiorę się w jakieś inne ciuchy.
- Dobra, ja też się przebiorę i możemy ruszać.
Po około godzinie byliśmy już na miejscu.
- Tu jest przepięknie! - Powiedziałam. - Uliczki, takie urokliwe, okiennice, ciepłe kolory, wszystko nadaje tak niesamowity urok całości, że momentami brakuje mi tchu, by pokazać mój zachwyt.
- Mi też się tu podoba. Za każdym razem, kiedy tu jestem, nie mogę oprzeć się tym widokom.
- O tak...
- Rosaline, mogę mówić do ciebie Rose?
Popatrzyłam się na niego po skosie od dołu, gdyż jestem od niego niższa i po krótkim namyśle odparłam:
- Jeśli tobie tak pasuje i to imię cię nie "boli" to możesz tak mówić.
- Pasuje. - Jego kąciki ust delikatnie się uniosły.
- Liam?
- Co się stało? Czemu się zatrzymałaś?
- Popatrz przed siebie, 20 metrów dalej, buty, potem tył głowy i powiedz, że to nieprawda.
- Ale co? O nie..... To chyba nie on....
- Zawracamy.
niedziela, 6 marca 2016
niedziela, 28 lutego 2016
10 faktów o mnie
Cześć Wam!
Przychodzę do Was z długo wyczekiwanym postem przez kilka osób, na temat, w którym zawarte są fakty o mnie.
Zanim przejdę do faktów, chcę zaznaczyć, że kolejną osobę jaką nominuję do 'faktów o sobie' to Victoria Moore z bloga http://one-step-to-dark-side-of-my-life.blogspot.com/, swoją drogą zapraszam Was na jej bloga, bo dziewczyna zaczyna, a na jak pierwszy raz pisze całkiem fajnie :)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
1. W podstawówce zyskałam ksywę/przezwisko Karol Terrorysta Baza Baza. Ksywka była tworzona sukcesywnie od 4 klasy, aż do 6 przez kolegów z klasy.
2. Mam fioła na punkcie wzrostu. Z racji tego, że jestem niska potrafię kilka razy w miesiącu chodzić z metrówką, od futryny do futryny i sprawdzać, czy urosłam chociaż centymetr.
3. Z tego powodu, że jestem 'z metra cięta', 80% mojej garderoby to buty na wysokim obcasie.
4. Kiedyś nienawidziłam One Direction, hejtowałam ich na każdym kroku, a zaczęłam być ich fanką, kiedy moja koleżanka puściła mi jedną z piosenek w momencie high note Zayna, zakochałam się w jego głosie, a reszta przyszła już sama.
5. Mam młodszą siostrę o 4,5 lat.
6. Mieszkam w bloku, na osiedlu, na którym znajdują się trzy bloki.
7. Nienawidzę kiedy ktoś (przeważnie moja mama), chwali mnie przy innych.
8. Nigdy, poznając nowe osoby nie mierzę ich względem pieniędzy, karier rodziców czy ciuchów z eksluzywnych sklepów. Od zawsze liczyły się dla mnie i nadal liczą wartości i charakter.
9. Uwielbiam oglądać Keeping Up With The Kardashians.
10. Z całej rodziny Kardashian/Jenner nie cierpię Kendall. (Nigdy nie wierzyłam w Hendall, a moim skromnym zdaniem Kendall za każdym razem wykorzystywała Harry'go)
To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że poznaliście mnie teraz bardziej i myślę, że pod żadnym kątem nikogo nie uraziłam. :)
P.S. Następny rozdział pojawi się w tym tygodniu i będzie to kolejny rozdział.
Miłej niedzieli! :*
Przychodzę do Was z długo wyczekiwanym postem przez kilka osób, na temat, w którym zawarte są fakty o mnie.
Zanim przejdę do faktów, chcę zaznaczyć, że kolejną osobę jaką nominuję do 'faktów o sobie' to Victoria Moore z bloga http://one-step-to-dark-side-of-my-life.blogspot.com/, swoją drogą zapraszam Was na jej bloga, bo dziewczyna zaczyna, a na jak pierwszy raz pisze całkiem fajnie :)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
1. W podstawówce zyskałam ksywę/przezwisko Karol Terrorysta Baza Baza. Ksywka była tworzona sukcesywnie od 4 klasy, aż do 6 przez kolegów z klasy.
2. Mam fioła na punkcie wzrostu. Z racji tego, że jestem niska potrafię kilka razy w miesiącu chodzić z metrówką, od futryny do futryny i sprawdzać, czy urosłam chociaż centymetr.
3. Z tego powodu, że jestem 'z metra cięta', 80% mojej garderoby to buty na wysokim obcasie.
4. Kiedyś nienawidziłam One Direction, hejtowałam ich na każdym kroku, a zaczęłam być ich fanką, kiedy moja koleżanka puściła mi jedną z piosenek w momencie high note Zayna, zakochałam się w jego głosie, a reszta przyszła już sama.
5. Mam młodszą siostrę o 4,5 lat.
6. Mieszkam w bloku, na osiedlu, na którym znajdują się trzy bloki.
7. Nienawidzę kiedy ktoś (przeważnie moja mama), chwali mnie przy innych.
8. Nigdy, poznając nowe osoby nie mierzę ich względem pieniędzy, karier rodziców czy ciuchów z eksluzywnych sklepów. Od zawsze liczyły się dla mnie i nadal liczą wartości i charakter.
9. Uwielbiam oglądać Keeping Up With The Kardashians.
10. Z całej rodziny Kardashian/Jenner nie cierpię Kendall. (Nigdy nie wierzyłam w Hendall, a moim skromnym zdaniem Kendall za każdym razem wykorzystywała Harry'go)
To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że poznaliście mnie teraz bardziej i myślę, że pod żadnym kątem nikogo nie uraziłam. :)
P.S. Następny rozdział pojawi się w tym tygodniu i będzie to kolejny rozdział.
Miłej niedzieli! :*
niedziela, 7 lutego 2016
Rozdział 18
5 LAT PÓŹNIEJ
Wow. Tym wyrazem mogę teraz śmiało opisać moje dotychczasowe życie i to co udało mi się dokonać przez okres tych 5-ciu lat. Kilka miesięcy temu udało mi się skończyć studia i właśnie mogę poszczycić się tytułem magistra. To jest niesamowite! Mogę podpisywać się jako mgr Rosaline Black. Dlaczego Rosaline Black? Otóż po zmianie fryzury, zaraz na następny dzień udałyśmy się z Poppy do urzędu, w celu zmienienia imienia i nazwiska. Oczywiście nie odbyło się bez długiej i żmudnej papierkowej roboty, orzeczenia przez sąd oraz kilku innych instytucji. Czuję się niesamowicie szczęśliwa! Moje życie w końcu nabrało jakikolwiek sens. Harry'ego nie widziałam od czasu, kiedy wyszedł z kawiarni, w której pracowałam. Nie widziałam go w takim sensie, że nie miałam z nim żadnej konfrontacji. Oczywiście, ze względu na zawód jaki wykonuje, czyli aktorstwo, mogłam go oglądać na ekranie telewizora, lecz oszczędzałam sobie jego widoków, wspomnień i zdefiniowanego stanu irytacji, w którą mnie wprawiał.
Zmiana fryzury oraz imienna i nazwiska pozwoliła mi na całkowite zniknięcie z życia medialnego, do którego wprowadził mnie Styles. Dziennikarze zachodzili w głowę, gdzie się podziałam, co się ze mną stało, a ja szłam sobie z podniesioną głową, uśmiechem od ucha do ucha po nowojorskich ulicach i śmiało patrzyłam ludziom w oczy.
Jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna. Liam.
Nie miałam z nim kontaktu od 5 lat. Czas gna jak szalony. Czasami wydawało mi się, że widzę go na ulicy. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje, ale nie.... To było nie możliwe. Dowiedziałam się od Poppy, że Li wybaczył Lou, wszystko to co się wydarzyło i ponoć żyją jak kiedyś, za pan brat.
***
Dzień jak co dzień. Codziennie ta sama rutyna. Godzina 7, pobudka, by już na 9 być w gabinecie, moim własnym gdzie udzielam pomocy psychologicznej, zarówno dzieciom jak i osobom dorosłym.
- Panie Boże, czy sobota to tak wiele o co proszę? - Powiedziałam sama do siebie, wyłączając budzik w telefonie.
Jestem dzisiaj wyjątkowo niewyspana. W nocy dopadły mnie kobiece sprawy, nie w terminie, co nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, gdyż takiego typu "eskapady" urządzane przez mój organizm zdarzają się dość często. Powinnam już dawno udać się do lekarza, ale jak zwykle wykręcam się wymówką, w której twierdzę, że nigdy nie mam czasu.
Jak każdego dnia, także i dzisiejszego musiałam wyglądać nienagannie, a przede wszystkim czysto i schludnie, z ułożonymi włosami w elegancki kok. Mój ubiór nie może być ekstrawagancki, tylko budzący zaufanie. Wychodząc z tego założenia, ubrałam czarne, klasyczne rurki, elegancką łososiową bluzkę zapinaną na guziki z niewielkim dekoltem, srebrny naszyjnik i delikatne kolczyki. Z makijażu dzisiaj zrezygnowałam, a z racji, że była wiosna ubrałam botki z odsłoniętymi palcami. Jeszcze psik perfumami przed wyjściem i jestem gotowa.
Mój gabinet znajdował się kilka przecznic dalej od mojego domu, więc spokojnie mogłam przejść się na piechotę. Kiedy zatrzymałam się przy pasach, by przejść na drugą stronę ulicy, miałam wrażenie, jakby ktoś kątem oka mierzył mnie całą od góry do dołu. Miałam ochotę się obejrzeć, lecz wtem zapaliło się zielone światło i ruszyłam do przodu.
Miejsce, w którym przyjmowałam moich pacjentów znajdowało się na samej górze jednego z wieżowców, co dawało przepiękny widok na całą okolicę. Oprócz wielkich okien, miałam również do dyspozycji balkon, który był cudowną ostoją w chwilach, w których nie było pacjentów, a ja mogłam z kubkiem gorącej kawy wyjść na świeże powietrze i najzwyczajniej w świecie knuć plany na przyszłość.
- Dzień dobry, pani Johnson! - Rzekłam do miłej kobiety w holu, która zajmowała się identyfikacją osób, wchodzących do budynku, gdyż oprócz mojego gabinetu znajdowały się tam inne przedsiębiorstwa.
- Dzień dobry!
Kocham ten nieschodzący uśmiech z twarzy tej przemiłej osóbki.
Przyłożyłam moją kartę do bramki i już po chwili mogłam iść w stronę windy. Na 5 piętrze, weszła do windy moja asystentka, Carla, która podała mi stos dokumentów do wypełnienia.
- Ile dzisiaj mam mieć pacjentów? - Zapytałam.
- Dziesięciu, w czym jeden wepchnął się na rano przed małą Victorią.
- Uh, czyli dzisiaj trochę roboty jest. No nic. Do 9 mam jeszcze trochę czasu, więc zrobię sobie herbatę i zacznę wypełniać papiery.
- No właśnie nie do końca do 9....
Popatrzyłam się na nią zagadkowo i oczekiwałam odpowiedzi.
- Ten pacjent, o którym ci mówiłam, że się wepchnął, stwierdził, że nie może tyle czekać i siłą wtargnął do twojego gabinetu. - Carla zaczęła przygryzać wargę ze strachu.
- Co?!
- Ja próbowałam go powstrzymać, ale nie mogłam. Przepraszam cię, Rosaline.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, lecz właśnie dojechałyśmy na ostatnie, 16-ste piętro i musiałyśmy się rozstać. Szłam długim korytarzem, po szklanej posadzce, gdzie na około było dużo różnych biur. W praktyce, co kto woli.
Złapałam za klamkę od drzwi i weszłam do środka. Promienie słoneczne pięknie wypełniały pomieszczenie, co dawało złudzenie przytulnego gabinetu, który jest utrzymany w chłodnej tonacji odcieni. Podeszłam do biurka, za którym siedział wspomniany przez Carlę pacjent. Kiedy go zobaczyłam serce zaczęło walić mi jak oszalałe i mogę przysiąc, że zrobiłam się blada jak kreda. Nie chciałam jednak nic po sobie zdradzać, bo mogłam się mylić.
- Dzień dobry! Jaka pilna sprawa pana do mnie sprowadza?
- Przeszłość, przeszłość mnie do pani sprowadza. - Zerknął na mnie ukradkiem, a po chwili zatopił swój wzrok w czarnym biurku.
- W takim razie zapraszam pana na kanapę, do stolika. - Powiedziałam i wskazałam na powiedziane miejsce.
Usiadłam na przeciwko niego, a byłam zdenerwowana jak nigdy wcześniej.
- Dlaczego się pani tak denerwuje?
- Wydaje się panu. Zresztą nie o mnie przyszliśmy rozmawiać. - Rzekłam trochę sarkastycznie, lecz z uśmiechem na twarzy. - Proszę, niech pan się przedstawi i opisze swój problem.
- Nazywam się Liam Payne.....
- To nie możliwe, nie możliwe.... - Powtarzałam w myślach.
- Tak jak wcześniej wspomniałem, sprowadza mnie do pani moja przeszłość, po której nie mogę się wciąż pozbierać. Miałem kiedyś dziewczynę, która mnie bardzo zraniła...
- To była suka, nie dziewczyna. - Wtórowałam mu w słowo, ślepo patrząc w punkt za oknem.
- O czym pani mówi?
- Miała na imię Rose. Była wredna, szła do celu po trupach, nie patrzyła na innych, miała wszystko gdzieś, dopóki nie poznała ciebie, w Anglii, w szkole dla dziewcząt. Nie nawiedziła swoich rodziców, a życia jeszcze bardziej. Na zakończenie roku zaprosiła ciebie, Poppy oraz Lou do siebie, do Ameryki, tam napatoczył się jej były, nijaki Harry Styles.
Zapadła chwila ciszy.
- Ale jak?! Skąd pani o tym wie?! - Wpadł w furię.
Skierowałam wzrok na niego.
- Na prawdę się nie domyślasz? - Miałam łzy w oczach.
- Nie! - Krzyknął i zakrył swoje usta dłonią. - Rose, to ty! Ale jak?!
- Ja chciałam odciąć się od tego co było. - Zaczęłam na spokojnie. - Bolało mnie to i nadal boli co zrobiłam tobie 5 lat temu. To wszystko nie powinno było się wydarzyć, ale ja byłam złą osobą, towarzystwo zrobiło swoje, a ja wychowywałam się sama. Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie mojego zachwiania wobec ciebie, ale Styles miał mnie w garści.
- Zachowałbym się inaczej, gdybyś mi o tym sama powiedziała.
- Teraz o tym wiem. Żałuję tego co zrobiłam. Ciebie nie widziałam tyle czasu. Zastanawiałam się co się z tobą dzieje. Poppy donosiła mi wybiórcze informacje, ale to nie było wszystko, nie było tam informacji, takich, które byłyby w jakimś sensie pozytywne. Ciągle tylko słyszałam, że jesteś załamany, no poza pogodzeniem się z Lou.
- No właśnie. Dlatego też niczego nieświadomy przyszedłem do pani psycholog Rosaline Black, po to by zaczerpnąć jakiejś rady, pomocy, która by sprawiła, że przestałbym za tobą tęsknić, bo ja pomimo tego co mi zrobiłaś i pomimo, że minęło te cholerne 5 lat..... Ja cię nadal kocham, Rose! Rozumiesz to?! Kocham cię!
Liam wyrzucił z siebie wszystkie złe emocje, które tłamsił w sobie kawał czasu, a ja stałam, zapłakana, na środku gabinetu jak ciele malowane i nie potrafiłam się ruszyć. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić, powiedzieć, nic. Pustka.
- Po tym wszystkim co ci zrobiłam, ty nadal żywisz do mnie uczucie?
- Uświadomiłem sobie, że czasem potrzebujemy przerwy, aby zrozumieć co jest dla nas najważniejsze i uświadomić sobie jak wiele możemy stracić przez zwykłą ludzką głupotę.
Odwrócił się w stronę okna, by po kilku chwilach spojrzeć prosto w moje oczy.
- Rose, Rosaline, może jestem głupi, może szalony, ale ja muszę ci zadać to pytanie. Minęło 5 lat od naszej ostatniej rozmowy, ale mimo wszystko, czy zechcesz spróbować jeszcze raz?
- Mówisz na poważnie?
- Całkiem poważnie.
- O niczym innym nie marzyłam jak tylko o tym, że kiedyś się spotkamy i być może spróbujemy jeszcze raz.
Wtuliłam się w jego mocne ramiona i nie miałam ochoty ich już nigdy nie opuszczać.
- Obiecaj mi tylko, że już nigdy nie będziesz taiła przede mną żadnych czarnych sekretów.
- Obiecuję. - Szepnęłam mu na ucho.
Uwolniłam się z jego uścisku, a brunet miał już wychodzić.
- Liam! - Zawołałam.
- Tak?
- Skoro jesteśmy znów razem, może byśmy wymienili się numerami telefonów?
- Masz rację. Idziesz gdzieś po pracy, czy jesteś wolna? - Zapytał, w międzyczasie spisując numer z wyświetlacza mojej komórki.
- Nie, raczej nie, chyba, że coś wyskoczy, ale nic nie planuję.
- To może później się zdzwonimy?
- Jak najbardziej. A powiedz, daleko się zatrzymałeś?
- Nie, tutaj niedaleko w hotelu Intercontinetial.
- Ok. To w takim razie widzimy się później.
***
Jest godzina 17 i właśnie pożegnałam ostatniego pacjenta. Zamknęłam gabinet i ruszyłam w stronę windy, która okazała się być zepsuta. Czekał mnie długi marsz 16 pięter w dół. Wyczyn trudny, ale do zrobienia. Pierwsze 10 pięter jeszcze jako tako uszło, ale 6 brrrrr, szłam jak pijaczka. Mniejsza z tym. Kiedy zeszłam poszłam do metra, bo nie byłam w stanie przejść tych kilku marnych przecznic, a skoro kolejna stacja jest niedaleko wieżowca, w którym mieszkam, więc czemu by nie skorzystać?
Stanęłam przed drzwiami do mieszkania i próbowałam je otworzyć, lecz żaden z kluczy nie chciał wejść. Troszeczkę się zlękłam, bo moja pierwsza myśl była, że po prostu się włamali. Delikatnie złapałam za klamkę i pomalutku otworzyłam drzwi. Były otwarte. Co ciekawe w domu panował taki sam porządek jak z niego wychodziłam dzisiaj rano. Wzięłam z rogu korytarza wiszącą parasolkę i na palcach ruszyłam w stronę salonu. Bez namysłu rzuciłam się na postać, która stała plecami do mnie i zaczęłam ją okładać.
- A teraz cię mam wstrętny złodzieju! Nie będziesz mnie okradał!
- Rosaline, uspokój się! Do jasnej cholery, to ja, Louis!
- Ja ci dam udawanie Louisa!
- Dziewczyno, stop! To ja! Poppy jest w łazience!
- Oh.... - Odeszłam krok od chłopaka. Przepraszam, nie wiedziałam, że to ty. Stoisz tak po ciemku. Nic ci nie zrobiłam?
- Nie, chyba nie....
- To dobrze. Chwila! Jak wy tutaj weszliście?!
- Przecież Poppy ma klucze....
- A no fakt.... Ale nie łaska było mnie uprzedzić?! Wchodzicie sobie bez pytania, a ja o mało co nie padłam na zawał!
- To był pomysł Poppy. - Lou podniósł ręce w geście uniewinnienia. - Ja mówiłem, że się wściekniesz.
- No co ja?! Najlepiej zrzucić wszystko na mnie! - Wtargnęła Poppy.
- Dobra, nieważne, ale następnym razem uprzedźcie mnie, że macie zamiar wpaść.
- Okejjjjj. - Rzekła Po.
- To na ile przyjechaliście?
- Dopóki nas nie wyrzucisz.
- Rozumiem, to jemy coś na kolację? - Zapytałam
- Z miłą chęcią, umieramy z głodu. Czekaliśmy na ciebie.
- Nie trzeba było. Mogliście coś zjeść, ale ok, to w takim razie co jemy?
- Może naleśniki?
- Jestem za! - Powiedział Lou.
- To ja porywam Poppy, a ty włącz sobie tv, albo co tam chcesz.
Zwerbowałam Po do kuchni, bo musiałam się jej wypytać o Liama, bo coś czuję, że to jej sprawka.....
- Poppy, muszę ci coś powiedzieć. - Rzekłam do blondyny, która mieszała ciasto na naleśniki.
Oparłam się o kuchenny blat i zaczęłam:
- Zanim cokolwiek zacznę ci opowiadać, powiedz mi jedną rzecz.
- Jaką?
- Czy mówiłaś Liamowi, gdzie pracuję, o tym, że zmieniłam imię i nazwisko, fryzurę?
Blondyna odłożyła miskę na bok i zaczęła mi się podejrzanie przyglądać.
- Nie, nic mu nie mówiłam, tak jak prosiłaś. Zresztą on się nigdy nie zapytał o ciebie.
- Na pewno?
- Tak. Nie ufasz mi?
- Nie, to nie tak. Po prostu - wzięłam głęboki oddech - spotkaliśmy się dzisiaj.
- Co?!
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że przeze mnie siadła mu psychika?
- Ale ja nie wiedziałam. Zawsze kiedy rozmawialiśmy był radosny, szczęśliwy, bynajmniej tak mi się wydawało.... Ale jak to się spotkaliście?
- Normalnie. W windzie weszła Carla, wiesz, która, ta moja asystentka.
- No wiem.
- I ona mi powiedziała, że jakiś pacjent czeka na mnie w gabinecie, ponoć nie mógł czekać na inny termin.
Poppy zatkała dłonią usta ze zdziwienia, a drugą dłonią kurczowo ściskała trzepaczkę do jajek.
- I co było dalej?
- Weszłam do gabinetu i na początku nie dopuszczałam do siebie myśli, że to on, do momentu, w którym się przedstawił. W tedy moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Zaczął opowiadać swoją historię, ale mu przerwałam i dopowiedziałam dalszą część. Na początku mnie nie poznał, dopiero po chwili. Wygarnął mi wszystko, pomijając fakt, że byłam cała zapłakana, on mi powiedział, że on mnie nadal kocha. Powiedział, że potrzebował czasu, by to zrozumieć. I jeszcze jedno... On zapytał się mnie, czy możemy zacząć wszystko od nowa.
- I co powiedziałaś?
- Zgodziłam się.
- No to zajebiście! Ale się cieszę!
- Ło ło ło... Poppy, od kiedy ty przeklinasz?
- Cicho..... Sytuacja tego wymaga. Boże, chodź tu, ja cię muszę uściskać! Ja pierdziele! Nasza paczka, po 5 latach znów jest w komplecie! Ale diabelnie się cieszę!
Po zaczęła biegać po kuchni w tę i z powrotem (dosłownie), aż w końcu przyszedł Louis i również został wtajemniczony w całą sytuację. Jego reakcja była bezcenna. On po prostu płakał ze szczęścia.
***
- Ale jestem najedzona..... Chyba jutro nic nie zjem na śniadanie....
- Poppy, nie ładnie tak kłamać. Przecież wiem, jak lubisz sobie w nocy podjeść. - Powiedział Lou.
- Dobra, skoro jesteśmy już przy temacie jedzenia i siedzimy wszyscy przy stole, to muszę wam coś powiedzieć.
Wymieniliśmy się z Lou spojrzeniami i całkiem ciekawi co ma do powiedzenia Poppy skierowaliśmy wzrok na nią.
- Otóż... Nie, boję się powiedzieć....
- No dawaj, Poppy. Zaczęłaś to skończ. - Zachęcał Louis.
- Jestem w ciąży. - Rzekła jednym tchem.
- To wspaniale! Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?
- Bałam się twojej reakcji. Nie wiedziałam jak to przyjmiesz....
- Żartujesz?! Kocham cię najbardziej na świecie, a ta wiadomość jest najlepsza jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem!
- Cudownie Poppy! Cieszę się twoim szczęściem! Nie wiem jak wy, ale dzisiejszy dzień zaliczam do udanych! Tyle się wyjaśniło i Poppy zrobiła nam wszystkim taką cudowną niespodziankę! Chodź tu niech cię uściskam!
KILKA CHWIL PÓŹNIEJ
- Z kim ty tak esemesujesz? - Zapytał Lou.
- Z Liamem. Mieliśmy się dzisiaj umówić.
- O kurczę. Dzisiaj się z nim pogodziłaś i już nocne schadzki... Grubo to widzę.
- Przestań. - Trzepnęłam go w ramię.
- Dobra, już dobra. Gdzie się macie spotkać?
- Napisał mi, że w hotelu, w jego pokoju.
- Su....
- Nie komentuj.
- Dobra, ja.....
- Nie waż się.
- Okej, okej....
- Co robicie? - Zapytała Poppy wchodząc do salonu.
- Rosaline esemesuje z Li, a ja śledzę jej wiadomości.
- Louis, wstydź się.
- No co?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Ja nie jestem ciekawy.
- Nie, wcale.... Tu mi jedzie czołg, a tam strzela.
- Rosaline ma rację. - Wtórowała blondyna.
- Słuchajcie, ja idę się wyszykować i spadam.
Poszłam do mojej wielkiej garderoby, (jak prawie każda kobieta mam hopla na punkcie ciuchów i dodatków). Postanowiłam, że ubiorę spódnicę i bluzkę w odcieniach ecru, a make up zrobię mocniejszy niż zwykle. W rezultacie wyglądałam tak:
Wyszłam z domu, wsiadłam do samochodu i prosto pojechałam do hotelu. Miałam udać się pod numer 203. W recepcji pani powiedziała którędy mam iść i wedle jej wskazówek udałam się pod wspomniany wcześniej numer drzwi. Delikatnie zapukałam i już po chwili otworzył mi je Liam. Wyglądał przecudnie. Miał na sobie białą koszulę, jeansy i czarny kapelusz, który tak bardzo mu pasuje. Moja pierwsza myśl, która się pojawiła, to co ja takiego najlepszego narobiłam..... W tym roku pewnie świętowalibyśmy 5 rocznicę naszego związku. Ale nic. Wszystko jest do zrobienia. Teraz muszę dowieść, że bardzo mi na nim zależy i niczego już po prostu nie spierdolić....
- Wow, Rose, znaczy się Rosaline, wyglądasz pięknie.
- Dziękuję, ty również.
- Proszę, wejdź.
W pokoju panował idealny porządek. Atmosfera o ile mogę tak powiedzieć, była bardzo przytulna, tak miło.
- Nie rozgoszczę cię tutaj, bo idziemy w inne miejsce.
- Inne?
- Tak, chodź za mną.
Złapał mnie za rękę i prowadził w stronę windy, na szczęście działającej windy... Wcisnął guzik z numerkiem ostatniego piętra i już po chwili winda wjechała na dach, a w zasadzie na wielki taras, na którym nie było nikogo, ani nic, oprócz stolika, kilkunastu świec, wina i kilku przystawek.
- Liam, nie musiałeś. Nie zasłużyłam na to.
Położył palec na ustach i zaprowadził mnie do stolika. Nalał wina i zaczął rozmowę.
- Nie patrzmy w przeszłość. Zaufałem ci na nowo, a jeszcze mocniej pokochałem. Chcę żeby było jak dawniej. Poszedłem do psychologa, bo myślałem, że sesje mi pomogą, jednak potrzebna byłaś mi ty.
- Obiecuję ci, że już nigdy nie zrobię ci żadnego świństwa. Przez ostatnie lata, zachodziłam się w głowę co ja najlepszego zrobiłam. Miałam skarb, który straciłam.... Na prawdę jeszcze raz i to bardzo mocno, z całego serca przepraszam cię za wszystkie krzywdy jakie ci wyrządziłam.
Kolejne minuty, godziny spędziliśmy na rozmawianiu, musieliśmy nadrobić te wszystkie stracone lata, w których nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Po raz drugi odkryliśmy jak bardzo wiele nas łączy i do czego może doprowadzić niemoc spowodowana przez presję ze strony drugiego człowieka, jakim był Harry. Na szczęście on nam już nie zagrażał. Wszystko wskazuje na to, że czas niepowodzeń minął, a my możemy skupić się na odbudowywaniu tego, co legło w gruzach.
-----------------------------------------------------------------------------------
Hej wszystkim po miesięcznej przerwie!
Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale szkoła, szkoła i setny raz szkoła. Przez tą dziadowską placówkę nie mogłam zająć się i myśleć o czymś innym, jednakże teraz mam ferie i z pewnością pojawi się jeszcze jeden lub kilka rozdziałów. Zobaczę co mi wena podpowie :)
Czekam na wasze opinie odnośnie rozdziału. :)
Miłego dzionka Kochani! :*
Wow. Tym wyrazem mogę teraz śmiało opisać moje dotychczasowe życie i to co udało mi się dokonać przez okres tych 5-ciu lat. Kilka miesięcy temu udało mi się skończyć studia i właśnie mogę poszczycić się tytułem magistra. To jest niesamowite! Mogę podpisywać się jako mgr Rosaline Black. Dlaczego Rosaline Black? Otóż po zmianie fryzury, zaraz na następny dzień udałyśmy się z Poppy do urzędu, w celu zmienienia imienia i nazwiska. Oczywiście nie odbyło się bez długiej i żmudnej papierkowej roboty, orzeczenia przez sąd oraz kilku innych instytucji. Czuję się niesamowicie szczęśliwa! Moje życie w końcu nabrało jakikolwiek sens. Harry'ego nie widziałam od czasu, kiedy wyszedł z kawiarni, w której pracowałam. Nie widziałam go w takim sensie, że nie miałam z nim żadnej konfrontacji. Oczywiście, ze względu na zawód jaki wykonuje, czyli aktorstwo, mogłam go oglądać na ekranie telewizora, lecz oszczędzałam sobie jego widoków, wspomnień i zdefiniowanego stanu irytacji, w którą mnie wprawiał.
Zmiana fryzury oraz imienna i nazwiska pozwoliła mi na całkowite zniknięcie z życia medialnego, do którego wprowadził mnie Styles. Dziennikarze zachodzili w głowę, gdzie się podziałam, co się ze mną stało, a ja szłam sobie z podniesioną głową, uśmiechem od ucha do ucha po nowojorskich ulicach i śmiało patrzyłam ludziom w oczy.
Jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna. Liam.
Nie miałam z nim kontaktu od 5 lat. Czas gna jak szalony. Czasami wydawało mi się, że widzę go na ulicy. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje, ale nie.... To było nie możliwe. Dowiedziałam się od Poppy, że Li wybaczył Lou, wszystko to co się wydarzyło i ponoć żyją jak kiedyś, za pan brat.
***
Dzień jak co dzień. Codziennie ta sama rutyna. Godzina 7, pobudka, by już na 9 być w gabinecie, moim własnym gdzie udzielam pomocy psychologicznej, zarówno dzieciom jak i osobom dorosłym.
- Panie Boże, czy sobota to tak wiele o co proszę? - Powiedziałam sama do siebie, wyłączając budzik w telefonie.
Jestem dzisiaj wyjątkowo niewyspana. W nocy dopadły mnie kobiece sprawy, nie w terminie, co nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, gdyż takiego typu "eskapady" urządzane przez mój organizm zdarzają się dość często. Powinnam już dawno udać się do lekarza, ale jak zwykle wykręcam się wymówką, w której twierdzę, że nigdy nie mam czasu.
Jak każdego dnia, także i dzisiejszego musiałam wyglądać nienagannie, a przede wszystkim czysto i schludnie, z ułożonymi włosami w elegancki kok. Mój ubiór nie może być ekstrawagancki, tylko budzący zaufanie. Wychodząc z tego założenia, ubrałam czarne, klasyczne rurki, elegancką łososiową bluzkę zapinaną na guziki z niewielkim dekoltem, srebrny naszyjnik i delikatne kolczyki. Z makijażu dzisiaj zrezygnowałam, a z racji, że była wiosna ubrałam botki z odsłoniętymi palcami. Jeszcze psik perfumami przed wyjściem i jestem gotowa.
Mój gabinet znajdował się kilka przecznic dalej od mojego domu, więc spokojnie mogłam przejść się na piechotę. Kiedy zatrzymałam się przy pasach, by przejść na drugą stronę ulicy, miałam wrażenie, jakby ktoś kątem oka mierzył mnie całą od góry do dołu. Miałam ochotę się obejrzeć, lecz wtem zapaliło się zielone światło i ruszyłam do przodu.
Miejsce, w którym przyjmowałam moich pacjentów znajdowało się na samej górze jednego z wieżowców, co dawało przepiękny widok na całą okolicę. Oprócz wielkich okien, miałam również do dyspozycji balkon, który był cudowną ostoją w chwilach, w których nie było pacjentów, a ja mogłam z kubkiem gorącej kawy wyjść na świeże powietrze i najzwyczajniej w świecie knuć plany na przyszłość.
- Dzień dobry, pani Johnson! - Rzekłam do miłej kobiety w holu, która zajmowała się identyfikacją osób, wchodzących do budynku, gdyż oprócz mojego gabinetu znajdowały się tam inne przedsiębiorstwa.
- Dzień dobry!
Kocham ten nieschodzący uśmiech z twarzy tej przemiłej osóbki.
Przyłożyłam moją kartę do bramki i już po chwili mogłam iść w stronę windy. Na 5 piętrze, weszła do windy moja asystentka, Carla, która podała mi stos dokumentów do wypełnienia.
- Ile dzisiaj mam mieć pacjentów? - Zapytałam.
- Dziesięciu, w czym jeden wepchnął się na rano przed małą Victorią.
- Uh, czyli dzisiaj trochę roboty jest. No nic. Do 9 mam jeszcze trochę czasu, więc zrobię sobie herbatę i zacznę wypełniać papiery.
- No właśnie nie do końca do 9....
Popatrzyłam się na nią zagadkowo i oczekiwałam odpowiedzi.
- Ten pacjent, o którym ci mówiłam, że się wepchnął, stwierdził, że nie może tyle czekać i siłą wtargnął do twojego gabinetu. - Carla zaczęła przygryzać wargę ze strachu.
- Co?!
- Ja próbowałam go powstrzymać, ale nie mogłam. Przepraszam cię, Rosaline.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, lecz właśnie dojechałyśmy na ostatnie, 16-ste piętro i musiałyśmy się rozstać. Szłam długim korytarzem, po szklanej posadzce, gdzie na około było dużo różnych biur. W praktyce, co kto woli.
Złapałam za klamkę od drzwi i weszłam do środka. Promienie słoneczne pięknie wypełniały pomieszczenie, co dawało złudzenie przytulnego gabinetu, który jest utrzymany w chłodnej tonacji odcieni. Podeszłam do biurka, za którym siedział wspomniany przez Carlę pacjent. Kiedy go zobaczyłam serce zaczęło walić mi jak oszalałe i mogę przysiąc, że zrobiłam się blada jak kreda. Nie chciałam jednak nic po sobie zdradzać, bo mogłam się mylić.
- Dzień dobry! Jaka pilna sprawa pana do mnie sprowadza?
- Przeszłość, przeszłość mnie do pani sprowadza. - Zerknął na mnie ukradkiem, a po chwili zatopił swój wzrok w czarnym biurku.
- W takim razie zapraszam pana na kanapę, do stolika. - Powiedziałam i wskazałam na powiedziane miejsce.
Usiadłam na przeciwko niego, a byłam zdenerwowana jak nigdy wcześniej.
- Dlaczego się pani tak denerwuje?
- Wydaje się panu. Zresztą nie o mnie przyszliśmy rozmawiać. - Rzekłam trochę sarkastycznie, lecz z uśmiechem na twarzy. - Proszę, niech pan się przedstawi i opisze swój problem.
- Nazywam się Liam Payne.....
- To nie możliwe, nie możliwe.... - Powtarzałam w myślach.
- Tak jak wcześniej wspomniałem, sprowadza mnie do pani moja przeszłość, po której nie mogę się wciąż pozbierać. Miałem kiedyś dziewczynę, która mnie bardzo zraniła...
- To była suka, nie dziewczyna. - Wtórowałam mu w słowo, ślepo patrząc w punkt za oknem.
- O czym pani mówi?
- Miała na imię Rose. Była wredna, szła do celu po trupach, nie patrzyła na innych, miała wszystko gdzieś, dopóki nie poznała ciebie, w Anglii, w szkole dla dziewcząt. Nie nawiedziła swoich rodziców, a życia jeszcze bardziej. Na zakończenie roku zaprosiła ciebie, Poppy oraz Lou do siebie, do Ameryki, tam napatoczył się jej były, nijaki Harry Styles.
Zapadła chwila ciszy.
- Ale jak?! Skąd pani o tym wie?! - Wpadł w furię.
Skierowałam wzrok na niego.
- Na prawdę się nie domyślasz? - Miałam łzy w oczach.
- Nie! - Krzyknął i zakrył swoje usta dłonią. - Rose, to ty! Ale jak?!
- Ja chciałam odciąć się od tego co było. - Zaczęłam na spokojnie. - Bolało mnie to i nadal boli co zrobiłam tobie 5 lat temu. To wszystko nie powinno było się wydarzyć, ale ja byłam złą osobą, towarzystwo zrobiło swoje, a ja wychowywałam się sama. Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie mojego zachwiania wobec ciebie, ale Styles miał mnie w garści.
- Zachowałbym się inaczej, gdybyś mi o tym sama powiedziała.
- Teraz o tym wiem. Żałuję tego co zrobiłam. Ciebie nie widziałam tyle czasu. Zastanawiałam się co się z tobą dzieje. Poppy donosiła mi wybiórcze informacje, ale to nie było wszystko, nie było tam informacji, takich, które byłyby w jakimś sensie pozytywne. Ciągle tylko słyszałam, że jesteś załamany, no poza pogodzeniem się z Lou.
- No właśnie. Dlatego też niczego nieświadomy przyszedłem do pani psycholog Rosaline Black, po to by zaczerpnąć jakiejś rady, pomocy, która by sprawiła, że przestałbym za tobą tęsknić, bo ja pomimo tego co mi zrobiłaś i pomimo, że minęło te cholerne 5 lat..... Ja cię nadal kocham, Rose! Rozumiesz to?! Kocham cię!
Liam wyrzucił z siebie wszystkie złe emocje, które tłamsił w sobie kawał czasu, a ja stałam, zapłakana, na środku gabinetu jak ciele malowane i nie potrafiłam się ruszyć. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić, powiedzieć, nic. Pustka.
- Po tym wszystkim co ci zrobiłam, ty nadal żywisz do mnie uczucie?
- Uświadomiłem sobie, że czasem potrzebujemy przerwy, aby zrozumieć co jest dla nas najważniejsze i uświadomić sobie jak wiele możemy stracić przez zwykłą ludzką głupotę.
Odwrócił się w stronę okna, by po kilku chwilach spojrzeć prosto w moje oczy.
- Rose, Rosaline, może jestem głupi, może szalony, ale ja muszę ci zadać to pytanie. Minęło 5 lat od naszej ostatniej rozmowy, ale mimo wszystko, czy zechcesz spróbować jeszcze raz?
- Mówisz na poważnie?
- Całkiem poważnie.
- O niczym innym nie marzyłam jak tylko o tym, że kiedyś się spotkamy i być może spróbujemy jeszcze raz.
Wtuliłam się w jego mocne ramiona i nie miałam ochoty ich już nigdy nie opuszczać.
- Obiecaj mi tylko, że już nigdy nie będziesz taiła przede mną żadnych czarnych sekretów.
- Obiecuję. - Szepnęłam mu na ucho.
Uwolniłam się z jego uścisku, a brunet miał już wychodzić.
- Liam! - Zawołałam.
- Tak?
- Skoro jesteśmy znów razem, może byśmy wymienili się numerami telefonów?
- Masz rację. Idziesz gdzieś po pracy, czy jesteś wolna? - Zapytał, w międzyczasie spisując numer z wyświetlacza mojej komórki.
- Nie, raczej nie, chyba, że coś wyskoczy, ale nic nie planuję.
- To może później się zdzwonimy?
- Jak najbardziej. A powiedz, daleko się zatrzymałeś?
- Nie, tutaj niedaleko w hotelu Intercontinetial.
- Ok. To w takim razie widzimy się później.
***
Jest godzina 17 i właśnie pożegnałam ostatniego pacjenta. Zamknęłam gabinet i ruszyłam w stronę windy, która okazała się być zepsuta. Czekał mnie długi marsz 16 pięter w dół. Wyczyn trudny, ale do zrobienia. Pierwsze 10 pięter jeszcze jako tako uszło, ale 6 brrrrr, szłam jak pijaczka. Mniejsza z tym. Kiedy zeszłam poszłam do metra, bo nie byłam w stanie przejść tych kilku marnych przecznic, a skoro kolejna stacja jest niedaleko wieżowca, w którym mieszkam, więc czemu by nie skorzystać?
Stanęłam przed drzwiami do mieszkania i próbowałam je otworzyć, lecz żaden z kluczy nie chciał wejść. Troszeczkę się zlękłam, bo moja pierwsza myśl była, że po prostu się włamali. Delikatnie złapałam za klamkę i pomalutku otworzyłam drzwi. Były otwarte. Co ciekawe w domu panował taki sam porządek jak z niego wychodziłam dzisiaj rano. Wzięłam z rogu korytarza wiszącą parasolkę i na palcach ruszyłam w stronę salonu. Bez namysłu rzuciłam się na postać, która stała plecami do mnie i zaczęłam ją okładać.
- A teraz cię mam wstrętny złodzieju! Nie będziesz mnie okradał!
- Rosaline, uspokój się! Do jasnej cholery, to ja, Louis!
- Ja ci dam udawanie Louisa!
- Dziewczyno, stop! To ja! Poppy jest w łazience!
- Oh.... - Odeszłam krok od chłopaka. Przepraszam, nie wiedziałam, że to ty. Stoisz tak po ciemku. Nic ci nie zrobiłam?
- Nie, chyba nie....
- To dobrze. Chwila! Jak wy tutaj weszliście?!
- Przecież Poppy ma klucze....
- A no fakt.... Ale nie łaska było mnie uprzedzić?! Wchodzicie sobie bez pytania, a ja o mało co nie padłam na zawał!
- To był pomysł Poppy. - Lou podniósł ręce w geście uniewinnienia. - Ja mówiłem, że się wściekniesz.
- No co ja?! Najlepiej zrzucić wszystko na mnie! - Wtargnęła Poppy.
- Dobra, nieważne, ale następnym razem uprzedźcie mnie, że macie zamiar wpaść.
- Okejjjjj. - Rzekła Po.
- To na ile przyjechaliście?
- Dopóki nas nie wyrzucisz.
- Rozumiem, to jemy coś na kolację? - Zapytałam
- Z miłą chęcią, umieramy z głodu. Czekaliśmy na ciebie.
- Nie trzeba było. Mogliście coś zjeść, ale ok, to w takim razie co jemy?
- Może naleśniki?
- Jestem za! - Powiedział Lou.
- To ja porywam Poppy, a ty włącz sobie tv, albo co tam chcesz.
Zwerbowałam Po do kuchni, bo musiałam się jej wypytać o Liama, bo coś czuję, że to jej sprawka.....
- Poppy, muszę ci coś powiedzieć. - Rzekłam do blondyny, która mieszała ciasto na naleśniki.
Oparłam się o kuchenny blat i zaczęłam:
- Zanim cokolwiek zacznę ci opowiadać, powiedz mi jedną rzecz.
- Jaką?
- Czy mówiłaś Liamowi, gdzie pracuję, o tym, że zmieniłam imię i nazwisko, fryzurę?
Blondyna odłożyła miskę na bok i zaczęła mi się podejrzanie przyglądać.
- Nie, nic mu nie mówiłam, tak jak prosiłaś. Zresztą on się nigdy nie zapytał o ciebie.
- Na pewno?
- Tak. Nie ufasz mi?
- Nie, to nie tak. Po prostu - wzięłam głęboki oddech - spotkaliśmy się dzisiaj.
- Co?!
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że przeze mnie siadła mu psychika?
- Ale ja nie wiedziałam. Zawsze kiedy rozmawialiśmy był radosny, szczęśliwy, bynajmniej tak mi się wydawało.... Ale jak to się spotkaliście?
- Normalnie. W windzie weszła Carla, wiesz, która, ta moja asystentka.
- No wiem.
- I ona mi powiedziała, że jakiś pacjent czeka na mnie w gabinecie, ponoć nie mógł czekać na inny termin.
Poppy zatkała dłonią usta ze zdziwienia, a drugą dłonią kurczowo ściskała trzepaczkę do jajek.
- I co było dalej?
- Weszłam do gabinetu i na początku nie dopuszczałam do siebie myśli, że to on, do momentu, w którym się przedstawił. W tedy moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Zaczął opowiadać swoją historię, ale mu przerwałam i dopowiedziałam dalszą część. Na początku mnie nie poznał, dopiero po chwili. Wygarnął mi wszystko, pomijając fakt, że byłam cała zapłakana, on mi powiedział, że on mnie nadal kocha. Powiedział, że potrzebował czasu, by to zrozumieć. I jeszcze jedno... On zapytał się mnie, czy możemy zacząć wszystko od nowa.
- I co powiedziałaś?
- Zgodziłam się.
- No to zajebiście! Ale się cieszę!
- Ło ło ło... Poppy, od kiedy ty przeklinasz?
- Cicho..... Sytuacja tego wymaga. Boże, chodź tu, ja cię muszę uściskać! Ja pierdziele! Nasza paczka, po 5 latach znów jest w komplecie! Ale diabelnie się cieszę!
Po zaczęła biegać po kuchni w tę i z powrotem (dosłownie), aż w końcu przyszedł Louis i również został wtajemniczony w całą sytuację. Jego reakcja była bezcenna. On po prostu płakał ze szczęścia.
***
- Ale jestem najedzona..... Chyba jutro nic nie zjem na śniadanie....
- Poppy, nie ładnie tak kłamać. Przecież wiem, jak lubisz sobie w nocy podjeść. - Powiedział Lou.
- Dobra, skoro jesteśmy już przy temacie jedzenia i siedzimy wszyscy przy stole, to muszę wam coś powiedzieć.
Wymieniliśmy się z Lou spojrzeniami i całkiem ciekawi co ma do powiedzenia Poppy skierowaliśmy wzrok na nią.
- Otóż... Nie, boję się powiedzieć....
- No dawaj, Poppy. Zaczęłaś to skończ. - Zachęcał Louis.
- Jestem w ciąży. - Rzekła jednym tchem.
- To wspaniale! Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?
- Bałam się twojej reakcji. Nie wiedziałam jak to przyjmiesz....
- Żartujesz?! Kocham cię najbardziej na świecie, a ta wiadomość jest najlepsza jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem!
- Cudownie Poppy! Cieszę się twoim szczęściem! Nie wiem jak wy, ale dzisiejszy dzień zaliczam do udanych! Tyle się wyjaśniło i Poppy zrobiła nam wszystkim taką cudowną niespodziankę! Chodź tu niech cię uściskam!
KILKA CHWIL PÓŹNIEJ
- Z kim ty tak esemesujesz? - Zapytał Lou.
- Z Liamem. Mieliśmy się dzisiaj umówić.
- O kurczę. Dzisiaj się z nim pogodziłaś i już nocne schadzki... Grubo to widzę.
- Przestań. - Trzepnęłam go w ramię.
- Dobra, już dobra. Gdzie się macie spotkać?
- Napisał mi, że w hotelu, w jego pokoju.
- Su....
- Nie komentuj.
- Dobra, ja.....
- Nie waż się.
- Okej, okej....
- Co robicie? - Zapytała Poppy wchodząc do salonu.
- Rosaline esemesuje z Li, a ja śledzę jej wiadomości.
- Louis, wstydź się.
- No co?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Ja nie jestem ciekawy.
- Nie, wcale.... Tu mi jedzie czołg, a tam strzela.
- Rosaline ma rację. - Wtórowała blondyna.
- Słuchajcie, ja idę się wyszykować i spadam.
Poszłam do mojej wielkiej garderoby, (jak prawie każda kobieta mam hopla na punkcie ciuchów i dodatków). Postanowiłam, że ubiorę spódnicę i bluzkę w odcieniach ecru, a make up zrobię mocniejszy niż zwykle. W rezultacie wyglądałam tak:
Wyszłam z domu, wsiadłam do samochodu i prosto pojechałam do hotelu. Miałam udać się pod numer 203. W recepcji pani powiedziała którędy mam iść i wedle jej wskazówek udałam się pod wspomniany wcześniej numer drzwi. Delikatnie zapukałam i już po chwili otworzył mi je Liam. Wyglądał przecudnie. Miał na sobie białą koszulę, jeansy i czarny kapelusz, który tak bardzo mu pasuje. Moja pierwsza myśl, która się pojawiła, to co ja takiego najlepszego narobiłam..... W tym roku pewnie świętowalibyśmy 5 rocznicę naszego związku. Ale nic. Wszystko jest do zrobienia. Teraz muszę dowieść, że bardzo mi na nim zależy i niczego już po prostu nie spierdolić....
- Wow, Rose, znaczy się Rosaline, wyglądasz pięknie.
- Dziękuję, ty również.
- Proszę, wejdź.
W pokoju panował idealny porządek. Atmosfera o ile mogę tak powiedzieć, była bardzo przytulna, tak miło.
- Nie rozgoszczę cię tutaj, bo idziemy w inne miejsce.
- Inne?
- Tak, chodź za mną.
Złapał mnie za rękę i prowadził w stronę windy, na szczęście działającej windy... Wcisnął guzik z numerkiem ostatniego piętra i już po chwili winda wjechała na dach, a w zasadzie na wielki taras, na którym nie było nikogo, ani nic, oprócz stolika, kilkunastu świec, wina i kilku przystawek.
- Liam, nie musiałeś. Nie zasłużyłam na to.
Położył palec na ustach i zaprowadził mnie do stolika. Nalał wina i zaczął rozmowę.
- Nie patrzmy w przeszłość. Zaufałem ci na nowo, a jeszcze mocniej pokochałem. Chcę żeby było jak dawniej. Poszedłem do psychologa, bo myślałem, że sesje mi pomogą, jednak potrzebna byłaś mi ty.
- Obiecuję ci, że już nigdy nie zrobię ci żadnego świństwa. Przez ostatnie lata, zachodziłam się w głowę co ja najlepszego zrobiłam. Miałam skarb, który straciłam.... Na prawdę jeszcze raz i to bardzo mocno, z całego serca przepraszam cię za wszystkie krzywdy jakie ci wyrządziłam.
Kolejne minuty, godziny spędziliśmy na rozmawianiu, musieliśmy nadrobić te wszystkie stracone lata, w których nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Po raz drugi odkryliśmy jak bardzo wiele nas łączy i do czego może doprowadzić niemoc spowodowana przez presję ze strony drugiego człowieka, jakim był Harry. Na szczęście on nam już nie zagrażał. Wszystko wskazuje na to, że czas niepowodzeń minął, a my możemy skupić się na odbudowywaniu tego, co legło w gruzach.
-----------------------------------------------------------------------------------
Hej wszystkim po miesięcznej przerwie!
Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale szkoła, szkoła i setny raz szkoła. Przez tą dziadowską placówkę nie mogłam zająć się i myśleć o czymś innym, jednakże teraz mam ferie i z pewnością pojawi się jeszcze jeden lub kilka rozdziałów. Zobaczę co mi wena podpowie :)
Czekam na wasze opinie odnośnie rozdziału. :)
Miłego dzionka Kochani! :*
niedziela, 10 stycznia 2016
Rozdział 17
(ostatnie kilka zdań rozdziału 16)
Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....
***
Patrzył na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, tak jak na kosmitę, którego widzi pierwszy raz w życiu.
- To co chcesz mi w takim razie powiedzieć? - Zapytał po krótkiej chwili, a serce waliło mu jak oszalałe.
Z uśmiechem na twarzy zaczęłam mówić swoją kompletnie nieprzemyślaną wcześniej kwestię.
- Przyszłam, bo chcę ci powiedzieć, że jesteś szują i dupkiem, więc jeśli liczyłeś, że będziemy jeszcze raz razem, to się zdrowo pomyliłeś. Ty się nigdy nie zmienisz. Dalej będziesz arogancki, może fakt, nie sypiasz już z byle kim, ale to co zrobiłeś było szczytem wszystkiego. Po ciula wsadziłeś łapy w nieswoje sprawy?! To tyle.
Harry był w wielkim szoku. Siedział na skosie, obok mnie, a jego oczy zawiesiły się na bliżej nieokreślonym punkcie. Wstałam i udałam się w kierunki drzwi od jego sypialni. Wychodząc z jego pokoju, zatrzymałam się i odwróciłam się w jego stronę.
- Zapomniałam ci powiedzieć, że wyprowadzam się. Nie szukaj mnie i nie próbuj nawiązać ze mną jakiegokolwiek kontaktu.
- Rose, Zaczekaj!
Nie zatrzymałam się. Szłam prosto przed siebie, a Harry za mną. Przed ostatnimi drzwiami, które prowadziły na uliczkę, złapał moją rękę i usilnie błagał mnie o szansę. Byłam nieugięta. To koniec.
Wróciłam do domu i jeśli mam być szczera to chciało mi się wyć. Byłam w martwym punkcie bez żadnego zarysu na najbliższe dni. Wiedziałam tylko, że dzisiaj muszę się wyprowadzić. Wszystko działo się tak bardzo szybko.... Tamtego dnia Poppy i Lou wrócili do Anglii, a z Liamem nadal nie było kontaktu.
Zaczęłam się pakować, a w między czasie zadzwoniłam do agencji, która zajmuje się sprzedażą luksusowych posiadłości. Nie było łatwo załatwić wszystko w jeden dzień, ale się udało. Wieczorem, kiedy niebo przybrało kolor różowy, przekręciłam kluczyk w drzwiach ostatni raz. Ostatni raz poszłam do ogrodu z basenem, by przypomnieć sobie te beztroskie chwile, które miały miejsce tak całkiem niedawno.
Nie chciałam opuszczać tego domu, bo przyzwyczaiłam się do niego, podobało mi się tutaj, ale wiedziałam, że muszę to zrobić dla własnego dobra. Odetchnęłam głęboko kalifornijskim powietrzem i ruszyłam w drogę. Przede mną kilka tysięcy mil do pokonania.
2 MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Jest listopad, a Nowy Jork jesienią wygląda przepięknie. Tak, właśnie. Przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Przypomniały mi się słowa Zayna, w których mówił mi, że tu się czuł najbardziej anonimowo.
Willę w New Port Beach udało się sprzedać dość szybko, bo już po tygodniu znalazła ona kupca, więc nie miałam na co narzekać. W Big Apple mieszkam w apartamencie z widokiem na Empire State Building. Wiem, apartament. Kocham przestronne i nowoczesne mieszkania, więc nie mogło to być nic innego.
Przez ostatnie dwa miesiące moje życie obróciło się o 180 stopni. Oprócz kupna apartamentu, zaczęłam chodzić do pracy. Tak, ja i praca... Brzmi to komicznie. Co prawda parzę głównie kawę i herbatę oraz podaję ciastka w paryskiej kawiarni w centrum Nowego Jorku, ale zawsze coś. Grunt, że wzięłam się za siebie. W prawdzie praca to jeszcze nic, bo poszłam też na studia! Fakt, są to studia zaoczne, ale to jest jakiś cholerny przełom! Ja nigdy nie śniłam o studiach, nie mówiąc już o kierunku jakim jest psychologia....
***
Jak co ranka, także i tego zadzwonił mój znienawidzony przeze mnie budzik, który jak zwykle wskazywał na godzinę 6:30. Przetarłam oczy i wzięłam do ręki mój telefon, bo nie byłam pewna daty tamtego dnia.
- Jasny gwint! Dzisiaj przylatuje do mnie Poppy! - Wyszeptałam sama do siebie, a przy okazji dostałam niezłego pobudzenia.
Zbiegłam/Zleciałam z łóżka i pognałam do toalety, by szybciutko się ogarnąć. Jak co ranka nie stroiłam się nie wiadomo jak, bo i tak mam na sobie fartuch z logo firmy, więc związałam włosy w koński ogon, a potem w koka, wytuszowałam rzęsy, musnęłam usta błyszczykiem i wyszłam, uprzednio ubierając się w jeansy i sweterek w bordowe, pionowe paski oraz w czarną, skórzaną kurtkę i niezawodne conversy. Ruszyłam od razu w stronę metra, bo nie chciało mi się tracić nerwów na korki i na te sieroty za kierownicą, co jeździć nie umieją. Czasami zastanawiam się jak oni w ogóle zdali na prawo jazdy....
40 minut później przekraczam próg ciepłego i przytulnego pomieszczonka.
- Hej Rose! - Przywitała mnie moja kompanka z pracy, niska szatynka o błękitnych oczach.
- Hej Rachel!
- Nie na widzę piątków. Dzisiaj czeka nas największy przemiał ludzi, zresztą Tylor ma dzisiaj występować na Time Square, więc może nie będzie tak źle.
- Nie mam zielonego pojęcia. Dla mnie to będzie nawet udany dzień, bo przyjeżdża do mnie przyjaciółka z UK.
- To super! A tak przy okazji nie wiesz może, czy dzisiaj dajemy jakieś promocje?
- Tak, szefowa mówiła, że dzisiaj jest -25% na wszystkie herbaty, a do zamówień powyżej 15-stu dolarów mamy dorzuć kawałek ciasta.
- Faktycznie... Wyleciało mi z głowy, bo wczoraj do późnej nocy świętowaliśmy sukces mojego Daniela, bo dostał się na okres próbny do jakiejś korporacji na Wall Street, nie pamiętam jej nazwy, ale to w sumie najmniej ważne.
- No to przekaż mu ode mnie serdeczne gratulacje.
- Oczywiście, że przekażę. A jak u ciebie na studiach?
- Jest niezły zapiernicz, ale jakoś idzie. Dobrze, że jestem na zaocznych, bo na dziennych, jeszcze na tym kierunku to gwóźdź do trumny.
***
- Rachel, o której występuje Taylor? - Zapytałam.
Szatynka spojrzała na zegarek, zastanowiła się chwilę i po krótkiej chwili odpowiedziała:
- O 15 coś, zresztą będziemy słyszeć.
- Czyli do chwili wytchnienia brakuje nam kilkunastu minut. Powiem ci, że padam z nóg. Jeśli ktoś mi powie, że praca w kawiarni to nie praca, bo nie ma przy czym się namęczyć to przyrzekam, że zabiję.
- Ja razem z tobą. - Odpowiedziała brunetka, lekko się uśmiechając.
Odkąd tu pracuję, czyli od prawie 2 miesięcy, zauważyłam, że Rachel nie jest osobą wylewną. Prawie nic nie mówi o sobie, a jeśli już mówi to o jakiś duperelach. Z jednej strony to dobrze, nawet bardzo dobrze, bo po co ktoś ma znać jej życiorys, ale z drugiej strony czasami nie wiem o czym mam z nią rozmawiać. Fakt faktem ja też nie chwaliłam się nie wiadomo jak moim życiem z przed dwóch miesięcy wstecz, bo tam były tylko jednorazowe sytuacje, o których mogłam powiedzieć, ale zawsze coś. Oczywiście na samym początku, jak każda nowo poznana osoba nie obyło się bez pytań o tego dupka w długich włosach. Niechętnie rozmawiam na ten temat i staram się go jak najszybciej zakończyć.
- Słyszysz? - Zapytała Rachel.
But my friends talk to me: We are never ever ever ever getting back together. - Rozbrzmiewały echem słowa refrenu jednej z piosenek.
- Bingo! Pewnie, że słyszę! No to Rachel mamy spokój na co najmniej godzinę.
- Kawki czy herbatki? - Zapytała żartobliwie dziewczyna.
- Herbatkę proszę i kawałek ciasta truskawkowego.
- Oczywiście.
- To ja zapłacę za nas, a ty rób napoje i nakładaj żarełko na talerzyki.
- Daj spokój, Rose, ja zapłacę za siebie. - Szatynka zaczęła gestykulować w akcie protestu.
- Siedź cicho, jeśli mówię, że zapłacę to zapłacę.
- No dobra....., ale następnym razem ja zapłacę za nas.
- Okie dokie.
Minęło niecałe 20 minut naszej upragnionej przerwy, kiedy obie usłyszałyśmy, jak ktoś wchodzi do pomieszczenia.
- Dzień dobry! - Odezwał się gość znużonym, smutnym głosem i od razu podszedł do stolika, przeglądając menu.
Kiedy tylko zobaczyłam kawałek jego nogi od razu weszłam pod ladę.
- Rose, co ty robisz? - Szepnęła dziewczyna.
- To Harry! Idź go obsłuż.... Błagam cię!
- Z kim pani rozmawia? - Zapytał dość zaciekawiony Hazz.
- Eeeee yyyyy nie, to tylko koleżanka naprawia yyyyyyy rurę, tak rurę od.....
- Może pomogę?
- Nie, nie trzeba, ona sobie świetnie radzi. Co panu podać?
- Czarną kawę.
Długowłosy podejrzanym wzrokiem usiadł na wybranym przez siebie miejscu i przez chwilę wpatrywał się w ladę, gdzie Rachel parzyła kawę.
- Proszę, coś jeszcze panu podać?
- Nie, dziękuję.
- A mogę zdjęcie z panem?
- Tak.
Harry wymownie wstał od swojego stolika, na którym postawił swojego Iphona i zrobił sobie z Rachel kilka zdjęć, w tym samym czasie do środka wparowała Poppy....
- Hej Rose! Przybywam do ciebie! - Krzyczała blondynka od progu.
- Shit! - Powiedziałam po cichu sama do siebie.
Zielonooki razem z Rachel obrócili się w napięciu, a Poppy zamurowało.
- Ałć.... - Tylko tyle wydusiła z siebie.
- Chwila. Ty jesteś przyjaciółką Rose! - Krzyknął Harry.
Nie pozostawało mi nic innego jak wyjść spod lady....
- Tak. Ona jest moją przyjaciółką. - Stanęłam za nim z założonymi rękami.
- Wyjechałaś tak szybko.
- Nie zaczynaj tego tematu. Powiedziałam, że to co było to się nie odstanie i zostaw mnie w spokoju!
- Ale ja nie potrafię!
- Gówno mnie to obchodzi! Gdzie to twoje narcyzowate zachowanie?! Nie udawaj teraz ofiary losu! Nie całą milę dalej gra Taylor, a za kulisami są jej przyjaciółki, nawet Kendall! Do niej wróć! Pewnie się ucieszy, a Kardashiankom przyda się nowa pożywka! Idź, biegnij! Na co czekasz?!
- Na ciebie!
- A odwal się w końcu ode mnie i pozwól mi żyć! Z boku jest butik SL, idź i się odstresuj i zapomnij o mnie!
Nic już nie powiedział. Postawił na stoliku 5 dolarów i wyszedł.
- Dziewczyny, ja mam tego dosyć! Jutro zmieniam kolor włosów razem z imieniem i nazwiskiem! Może to cholerna przesada, ale ja mam tego dosyć! Nadal kocham Liama, a ten przygłup niech spierdziela ode mnie jak najdalej!
- Rose, spokojnie. - Powiedziała łagodnym głosem Po.
- Idź do domu, odpocznij. Ja sobie poradzę.
- Jesteś kochana, Rachel. I mam jeszcze jedną do ciebie prośbę; jeśli Harry tu wróci, a to jest bardzo możliwe, a z racji tego, że od jutra zaczyna mi się dwutygodniowy urlop to powiedz mu, że tu nie pracuję.
- Dobrze. Masz to u mnie jak w banku.
Wzięłam z wieszaka moją kurtkę, ściągnęłam firmowy fartuch i razem z Poppy poszłyśmy na metro.
W DOMU
- Chcesz coś jeść? - Zapytałam.
- Coś bym zjadła. Masz może płatki?
- Tak, w trzeciej szufladzie pod oknem, a mleko w lodówce.
- Ok.
Ja zrobiłam sobie kanapki i obie usiadłyśmy w kuchni przy stole.
- Wiesz, ten pomysł ze zmianą fryzury oraz imieniem i nazwiskiem jest całkiem dobry i w cale nie głupi. Jeśli to ma ci pomóc to czemu nie? Zresztą jak zjemy to chodźmy do fryzjera. Po co czekać do jutra?
- Miałam się ciebie o to samo pytać.
- Telepatia, moja droga.
- Dokładnie, a powiedz jak sytuacja z Liamem?
Poppy odsunęła talerz z płatkami od siebie i postawiła obie ręce na stole.
- Dalej chodzi struty, a jak mija się z Lou to nawet na niego nie spojrzy. Ze mną pogadać pogada, ale szału nie ma.
- I to wszystko moja wina.... Próbowałam do niego kilkanaście razy dzwonić, ale nic. Sygnał jest, a on nie odbiera, albo włącza się sekretarka.... Jestem w jego oczach przegrana i tą najgorszą.
- Nie zgadzam się z tym do końca.
- Dlaczego?
- Bo mi się wydaje, że on mimo wszystko nadal cię kocha, ale potrzebuje czasu. Ja wiem, że ty byś chciała wszystko od razu, ale tak nie można. Jeszcze dzisiaj ten nawiedzony Harry.... Dobra! Koniec zawodzenia! Ubieraj się i idziemy do fryzjera.
***
- Moja przyjaciółka potrzebuje radykalnej zmiany wizerunku. Ma być totalnie inną osobą, nie do poznania.Oddaję ją w pani ręce.
- Poppy, nie zostawiaj mnie.
- Nie martw się. Jesteś w dobrych rękach, a ja polecę do urzędu po wnioski.
Poppy przyszła do fryzjera dwie godziny później z kompletem dokumentów pod ręką.
- O mój Boże! Rose, to ty?!
- Tak.
- Zatkało mnie... Wyglądasz prześlicznie!
- Jak myślisz, nikt mnie nie pozna?
- W życiu.... Nie ma takiej opcji.
Jak mam być szczera to nie poznaję sama siebie. Od zawsze moje włosy były w kolorze bardzo ciemnego mahoniu, a tu nagle blond i ta długość..... Ale mi się podoba, a to chyba najważniejsze. Zaraz idziemy do domu, zamawiamy pizzę i wypełniamy wnioski, w między czasie popijając wszystko Cherry.
-----------------------------------------------------------------------------------
Siemanko! :*
Witam Was w 2016 roku i na samym początku chcę Wam za wszystko podziękować, gdyż 2-go stycznia minął okrąglutki rok odkąd prowadzę tego bloga. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, miłe słowa i wsparcie, kiedy pisałam, że czeka mnie operacja. Jesteście najlepsi! :*
Myślałam, że podziękowania napiszę szybciej, ale byłam nieprzytomna po Sylwestrze, a potem jeszcze w trakcie jakieś problemy z bloggerem wyszły, ale na szczęście udało się wszystko ogarnąć. :)
Życzę Wam w Nowym Roku tego co najlepsze, a przede wszystkim wytrwania w szkole/pracy do wakacji. Spełnienia swoich wszystkich marzeń i postanowień noworocznych. Niech ten rok będzie Waszym rokiem!
Rozdział zostawiam Wam do oceny, ale dla mnie szału nie ma i wiem, że jest nudny, ale myślę, że nie najgorszy. Jak myślicie, co wydarzy się dalej?
Do zobaczenia! :*
Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....
***
Patrzył na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, tak jak na kosmitę, którego widzi pierwszy raz w życiu.
- To co chcesz mi w takim razie powiedzieć? - Zapytał po krótkiej chwili, a serce waliło mu jak oszalałe.
Z uśmiechem na twarzy zaczęłam mówić swoją kompletnie nieprzemyślaną wcześniej kwestię.
- Przyszłam, bo chcę ci powiedzieć, że jesteś szują i dupkiem, więc jeśli liczyłeś, że będziemy jeszcze raz razem, to się zdrowo pomyliłeś. Ty się nigdy nie zmienisz. Dalej będziesz arogancki, może fakt, nie sypiasz już z byle kim, ale to co zrobiłeś było szczytem wszystkiego. Po ciula wsadziłeś łapy w nieswoje sprawy?! To tyle.
Harry był w wielkim szoku. Siedział na skosie, obok mnie, a jego oczy zawiesiły się na bliżej nieokreślonym punkcie. Wstałam i udałam się w kierunki drzwi od jego sypialni. Wychodząc z jego pokoju, zatrzymałam się i odwróciłam się w jego stronę.
- Zapomniałam ci powiedzieć, że wyprowadzam się. Nie szukaj mnie i nie próbuj nawiązać ze mną jakiegokolwiek kontaktu.
- Rose, Zaczekaj!
Nie zatrzymałam się. Szłam prosto przed siebie, a Harry za mną. Przed ostatnimi drzwiami, które prowadziły na uliczkę, złapał moją rękę i usilnie błagał mnie o szansę. Byłam nieugięta. To koniec.
Wróciłam do domu i jeśli mam być szczera to chciało mi się wyć. Byłam w martwym punkcie bez żadnego zarysu na najbliższe dni. Wiedziałam tylko, że dzisiaj muszę się wyprowadzić. Wszystko działo się tak bardzo szybko.... Tamtego dnia Poppy i Lou wrócili do Anglii, a z Liamem nadal nie było kontaktu.
Zaczęłam się pakować, a w między czasie zadzwoniłam do agencji, która zajmuje się sprzedażą luksusowych posiadłości. Nie było łatwo załatwić wszystko w jeden dzień, ale się udało. Wieczorem, kiedy niebo przybrało kolor różowy, przekręciłam kluczyk w drzwiach ostatni raz. Ostatni raz poszłam do ogrodu z basenem, by przypomnieć sobie te beztroskie chwile, które miały miejsce tak całkiem niedawno.
Nie chciałam opuszczać tego domu, bo przyzwyczaiłam się do niego, podobało mi się tutaj, ale wiedziałam, że muszę to zrobić dla własnego dobra. Odetchnęłam głęboko kalifornijskim powietrzem i ruszyłam w drogę. Przede mną kilka tysięcy mil do pokonania.
2 MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Jest listopad, a Nowy Jork jesienią wygląda przepięknie. Tak, właśnie. Przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Przypomniały mi się słowa Zayna, w których mówił mi, że tu się czuł najbardziej anonimowo.
Willę w New Port Beach udało się sprzedać dość szybko, bo już po tygodniu znalazła ona kupca, więc nie miałam na co narzekać. W Big Apple mieszkam w apartamencie z widokiem na Empire State Building. Wiem, apartament. Kocham przestronne i nowoczesne mieszkania, więc nie mogło to być nic innego.
Przez ostatnie dwa miesiące moje życie obróciło się o 180 stopni. Oprócz kupna apartamentu, zaczęłam chodzić do pracy. Tak, ja i praca... Brzmi to komicznie. Co prawda parzę głównie kawę i herbatę oraz podaję ciastka w paryskiej kawiarni w centrum Nowego Jorku, ale zawsze coś. Grunt, że wzięłam się za siebie. W prawdzie praca to jeszcze nic, bo poszłam też na studia! Fakt, są to studia zaoczne, ale to jest jakiś cholerny przełom! Ja nigdy nie śniłam o studiach, nie mówiąc już o kierunku jakim jest psychologia....
***
Jak co ranka, także i tego zadzwonił mój znienawidzony przeze mnie budzik, który jak zwykle wskazywał na godzinę 6:30. Przetarłam oczy i wzięłam do ręki mój telefon, bo nie byłam pewna daty tamtego dnia.
- Jasny gwint! Dzisiaj przylatuje do mnie Poppy! - Wyszeptałam sama do siebie, a przy okazji dostałam niezłego pobudzenia.
Zbiegłam/Zleciałam z łóżka i pognałam do toalety, by szybciutko się ogarnąć. Jak co ranka nie stroiłam się nie wiadomo jak, bo i tak mam na sobie fartuch z logo firmy, więc związałam włosy w koński ogon, a potem w koka, wytuszowałam rzęsy, musnęłam usta błyszczykiem i wyszłam, uprzednio ubierając się w jeansy i sweterek w bordowe, pionowe paski oraz w czarną, skórzaną kurtkę i niezawodne conversy. Ruszyłam od razu w stronę metra, bo nie chciało mi się tracić nerwów na korki i na te sieroty za kierownicą, co jeździć nie umieją. Czasami zastanawiam się jak oni w ogóle zdali na prawo jazdy....
40 minut później przekraczam próg ciepłego i przytulnego pomieszczonka.
- Hej Rose! - Przywitała mnie moja kompanka z pracy, niska szatynka o błękitnych oczach.
- Hej Rachel!
- Nie na widzę piątków. Dzisiaj czeka nas największy przemiał ludzi, zresztą Tylor ma dzisiaj występować na Time Square, więc może nie będzie tak źle.
- Nie mam zielonego pojęcia. Dla mnie to będzie nawet udany dzień, bo przyjeżdża do mnie przyjaciółka z UK.
- To super! A tak przy okazji nie wiesz może, czy dzisiaj dajemy jakieś promocje?
- Tak, szefowa mówiła, że dzisiaj jest -25% na wszystkie herbaty, a do zamówień powyżej 15-stu dolarów mamy dorzuć kawałek ciasta.
- Faktycznie... Wyleciało mi z głowy, bo wczoraj do późnej nocy świętowaliśmy sukces mojego Daniela, bo dostał się na okres próbny do jakiejś korporacji na Wall Street, nie pamiętam jej nazwy, ale to w sumie najmniej ważne.
- No to przekaż mu ode mnie serdeczne gratulacje.
- Oczywiście, że przekażę. A jak u ciebie na studiach?
- Jest niezły zapiernicz, ale jakoś idzie. Dobrze, że jestem na zaocznych, bo na dziennych, jeszcze na tym kierunku to gwóźdź do trumny.
***
- Rachel, o której występuje Taylor? - Zapytałam.
Szatynka spojrzała na zegarek, zastanowiła się chwilę i po krótkiej chwili odpowiedziała:
- O 15 coś, zresztą będziemy słyszeć.
- Czyli do chwili wytchnienia brakuje nam kilkunastu minut. Powiem ci, że padam z nóg. Jeśli ktoś mi powie, że praca w kawiarni to nie praca, bo nie ma przy czym się namęczyć to przyrzekam, że zabiję.
- Ja razem z tobą. - Odpowiedziała brunetka, lekko się uśmiechając.
Odkąd tu pracuję, czyli od prawie 2 miesięcy, zauważyłam, że Rachel nie jest osobą wylewną. Prawie nic nie mówi o sobie, a jeśli już mówi to o jakiś duperelach. Z jednej strony to dobrze, nawet bardzo dobrze, bo po co ktoś ma znać jej życiorys, ale z drugiej strony czasami nie wiem o czym mam z nią rozmawiać. Fakt faktem ja też nie chwaliłam się nie wiadomo jak moim życiem z przed dwóch miesięcy wstecz, bo tam były tylko jednorazowe sytuacje, o których mogłam powiedzieć, ale zawsze coś. Oczywiście na samym początku, jak każda nowo poznana osoba nie obyło się bez pytań o tego dupka w długich włosach. Niechętnie rozmawiam na ten temat i staram się go jak najszybciej zakończyć.
- Słyszysz? - Zapytała Rachel.
But my friends talk to me: We are never ever ever ever getting back together. - Rozbrzmiewały echem słowa refrenu jednej z piosenek.
- Bingo! Pewnie, że słyszę! No to Rachel mamy spokój na co najmniej godzinę.
- Kawki czy herbatki? - Zapytała żartobliwie dziewczyna.
- Herbatkę proszę i kawałek ciasta truskawkowego.
- Oczywiście.
- To ja zapłacę za nas, a ty rób napoje i nakładaj żarełko na talerzyki.
- Daj spokój, Rose, ja zapłacę za siebie. - Szatynka zaczęła gestykulować w akcie protestu.
- Siedź cicho, jeśli mówię, że zapłacę to zapłacę.
- No dobra....., ale następnym razem ja zapłacę za nas.
- Okie dokie.
Minęło niecałe 20 minut naszej upragnionej przerwy, kiedy obie usłyszałyśmy, jak ktoś wchodzi do pomieszczenia.
- Dzień dobry! - Odezwał się gość znużonym, smutnym głosem i od razu podszedł do stolika, przeglądając menu.
Kiedy tylko zobaczyłam kawałek jego nogi od razu weszłam pod ladę.
- Rose, co ty robisz? - Szepnęła dziewczyna.
- To Harry! Idź go obsłuż.... Błagam cię!
- Z kim pani rozmawia? - Zapytał dość zaciekawiony Hazz.
- Eeeee yyyyy nie, to tylko koleżanka naprawia yyyyyyy rurę, tak rurę od.....
- Może pomogę?
- Nie, nie trzeba, ona sobie świetnie radzi. Co panu podać?
- Czarną kawę.
Długowłosy podejrzanym wzrokiem usiadł na wybranym przez siebie miejscu i przez chwilę wpatrywał się w ladę, gdzie Rachel parzyła kawę.
- Proszę, coś jeszcze panu podać?
- Nie, dziękuję.
- A mogę zdjęcie z panem?
- Tak.
Harry wymownie wstał od swojego stolika, na którym postawił swojego Iphona i zrobił sobie z Rachel kilka zdjęć, w tym samym czasie do środka wparowała Poppy....
- Hej Rose! Przybywam do ciebie! - Krzyczała blondynka od progu.
- Shit! - Powiedziałam po cichu sama do siebie.
Zielonooki razem z Rachel obrócili się w napięciu, a Poppy zamurowało.
- Ałć.... - Tylko tyle wydusiła z siebie.
- Chwila. Ty jesteś przyjaciółką Rose! - Krzyknął Harry.
Nie pozostawało mi nic innego jak wyjść spod lady....
- Tak. Ona jest moją przyjaciółką. - Stanęłam za nim z założonymi rękami.
- Wyjechałaś tak szybko.
- Nie zaczynaj tego tematu. Powiedziałam, że to co było to się nie odstanie i zostaw mnie w spokoju!
- Ale ja nie potrafię!
- Gówno mnie to obchodzi! Gdzie to twoje narcyzowate zachowanie?! Nie udawaj teraz ofiary losu! Nie całą milę dalej gra Taylor, a za kulisami są jej przyjaciółki, nawet Kendall! Do niej wróć! Pewnie się ucieszy, a Kardashiankom przyda się nowa pożywka! Idź, biegnij! Na co czekasz?!
- Na ciebie!
- A odwal się w końcu ode mnie i pozwól mi żyć! Z boku jest butik SL, idź i się odstresuj i zapomnij o mnie!
Nic już nie powiedział. Postawił na stoliku 5 dolarów i wyszedł.
- Dziewczyny, ja mam tego dosyć! Jutro zmieniam kolor włosów razem z imieniem i nazwiskiem! Może to cholerna przesada, ale ja mam tego dosyć! Nadal kocham Liama, a ten przygłup niech spierdziela ode mnie jak najdalej!
- Rose, spokojnie. - Powiedziała łagodnym głosem Po.
- Idź do domu, odpocznij. Ja sobie poradzę.
- Jesteś kochana, Rachel. I mam jeszcze jedną do ciebie prośbę; jeśli Harry tu wróci, a to jest bardzo możliwe, a z racji tego, że od jutra zaczyna mi się dwutygodniowy urlop to powiedz mu, że tu nie pracuję.
- Dobrze. Masz to u mnie jak w banku.
Wzięłam z wieszaka moją kurtkę, ściągnęłam firmowy fartuch i razem z Poppy poszłyśmy na metro.
W DOMU
- Chcesz coś jeść? - Zapytałam.
- Coś bym zjadła. Masz może płatki?
- Tak, w trzeciej szufladzie pod oknem, a mleko w lodówce.
- Ok.
Ja zrobiłam sobie kanapki i obie usiadłyśmy w kuchni przy stole.
- Wiesz, ten pomysł ze zmianą fryzury oraz imieniem i nazwiskiem jest całkiem dobry i w cale nie głupi. Jeśli to ma ci pomóc to czemu nie? Zresztą jak zjemy to chodźmy do fryzjera. Po co czekać do jutra?
- Miałam się ciebie o to samo pytać.
- Telepatia, moja droga.
- Dokładnie, a powiedz jak sytuacja z Liamem?
Poppy odsunęła talerz z płatkami od siebie i postawiła obie ręce na stole.
- Dalej chodzi struty, a jak mija się z Lou to nawet na niego nie spojrzy. Ze mną pogadać pogada, ale szału nie ma.
- I to wszystko moja wina.... Próbowałam do niego kilkanaście razy dzwonić, ale nic. Sygnał jest, a on nie odbiera, albo włącza się sekretarka.... Jestem w jego oczach przegrana i tą najgorszą.
- Nie zgadzam się z tym do końca.
- Dlaczego?
- Bo mi się wydaje, że on mimo wszystko nadal cię kocha, ale potrzebuje czasu. Ja wiem, że ty byś chciała wszystko od razu, ale tak nie można. Jeszcze dzisiaj ten nawiedzony Harry.... Dobra! Koniec zawodzenia! Ubieraj się i idziemy do fryzjera.
***
- Moja przyjaciółka potrzebuje radykalnej zmiany wizerunku. Ma być totalnie inną osobą, nie do poznania.Oddaję ją w pani ręce.
- Poppy, nie zostawiaj mnie.
- Nie martw się. Jesteś w dobrych rękach, a ja polecę do urzędu po wnioski.
Poppy przyszła do fryzjera dwie godziny później z kompletem dokumentów pod ręką.
- O mój Boże! Rose, to ty?!
- Tak.
- Zatkało mnie... Wyglądasz prześlicznie!
- Jak myślisz, nikt mnie nie pozna?
- W życiu.... Nie ma takiej opcji.
Jak mam być szczera to nie poznaję sama siebie. Od zawsze moje włosy były w kolorze bardzo ciemnego mahoniu, a tu nagle blond i ta długość..... Ale mi się podoba, a to chyba najważniejsze. Zaraz idziemy do domu, zamawiamy pizzę i wypełniamy wnioski, w między czasie popijając wszystko Cherry.
-----------------------------------------------------------------------------------
Siemanko! :*
Witam Was w 2016 roku i na samym początku chcę Wam za wszystko podziękować, gdyż 2-go stycznia minął okrąglutki rok odkąd prowadzę tego bloga. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, miłe słowa i wsparcie, kiedy pisałam, że czeka mnie operacja. Jesteście najlepsi! :*
Myślałam, że podziękowania napiszę szybciej, ale byłam nieprzytomna po Sylwestrze, a potem jeszcze w trakcie jakieś problemy z bloggerem wyszły, ale na szczęście udało się wszystko ogarnąć. :)
Życzę Wam w Nowym Roku tego co najlepsze, a przede wszystkim wytrwania w szkole/pracy do wakacji. Spełnienia swoich wszystkich marzeń i postanowień noworocznych. Niech ten rok będzie Waszym rokiem!
Rozdział zostawiam Wam do oceny, ale dla mnie szału nie ma i wiem, że jest nudny, ale myślę, że nie najgorszy. Jak myślicie, co wydarzy się dalej?
Do zobaczenia! :*
środa, 23 grudnia 2015
Christmas is coming...... Imagin dla Victorii Moore/Niall
Odkąd Mullingar zostało zasypane śniegiem jesteśmy zdani sami na siebie. Zero łączności z miastem.
- Coś czuję, że te święta będą bardzo ciekawe... - Mówię sarkastycznie sama do siebie wyglądając przez okno, za którym na chwilę obecną widzę tylko kilka osób próbujących przedostać się przez zaspy białego puchu.
Odchodzę od okna i siadam w wielkim fotelu przed kominkiem, z którego bucha przyjemny żar ciepłego powietrza. Na stoliku, w kubku jest moja owocowa herbata, zapewne już całkiem zimna, bo nie ulatnia się z niej żadna para wodna. Właśnie zdaję sobie sprawę, że w końcu nastała ta wiekopomna chwila, kiedy właśnie cofamy się o dobre 200 lat wstecz. Jest pełno śniegu, nie ma Internetu, ani prądu, a ludzie w końcu zaczynają żyć. Słyszę radosne krzyki przed moim domem. To dzieci, które właśnie wybiegły na dwór i rzucają się kulkami zrobionymi ze śniegu. To dokładnie te same dzieci, którym każdego dnia Internet i telewizja dyktują każdy krok w realnym życiu.
Wstaję z siedziska i podchodzę do olbrzymiego regału z przeróżniastymi książkami, w których mogę wybierać od klasyki thrillerów po fantastykę. Moją uwagę przykuwa dawano już nieczytana przeze mnie "Plaża Babylon". Biorę ją w moje dłonie i uważnie przyglądam się okładce.
- Pamiętam jak ich życie (milionerów i miliarderów) mi imponowało, ale z drugiej strony obrzydzało. Nigdy nie mogłam pojąć co niektórych ich zachowań i tego jak można nie szanować cudzej pracy lub wymuszać rzeczy, które są nie do osiągnięcia . - Myślę.
Po chwili dumania oddalam się od książek i tym razem siadam bliżej kominka, by blask padający od niego dobrze oświetlał mi czytane przeze mnie strony.
***
Minęły solidne dwie godziny, kiedy z amoku czytania wyrywa mnie ciężkie pukanie w drzwi. Podnoszę wzrok znad książki trochę zdezorientowana, lecz po chwili, gdy słyszę ponowne stukanie, wstaję i udaję się w stronę drzwi.
- W końcu otworzyłaś. Już myślałem, że cię nie ma. - Mówi słodki blondyn z czapką renifera na głowie.
- Niall! - Krzyczę pełna entuzjazmu i rzucam mu się na szyję. - Już myślałam, że nie dojedziesz przez ten śnieg. Wchodź do środka, ściągaj kurtkę i tą twoją oldschoolową czapkę.
- W całym mieście nie ma światła? - Pyta.
- Nie, bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Byłeś już u rodziców?
- No coś ty. Z tobą mieszkam, a nie z mamą i tatą.
Uśmiecham się na te słowa, które są utwierdzeniem, że nie jest typowym maminsynkiem, a ten typ facetów jest najgorszy ze wszystkich.
- Chcesz coś do picia albo do jedzenia? - Proponuję.
- Nie. W Londynie poszedłem przed odlotem na lunch z chłopakami i nie jestem głodny. Wercia, mam pytanie.... Zdążyłaś zrobić zakupy na jutrzejszą Wigilię?
- Ty tylko o jednym. - Śmieję się. - Nie martw się, zdążyłam. Zapasy są i z głodu nie umrzesz.
- To dobrze. - Na jego twarzy pojawia się uśmiech. - Idę zanieść walizkę z ciuchami do pralni.
- Weź latarkę. - Wskazuję na stolik w korytarzu.
- Racja. - Stuka się w głowę i zmierza w kierunku czarnego przedmiotu, w którym drzemie potężna moc światła.
Kilka minut później, Niall znów pojawia się na moim horyzoncie i coraz bliżej przybliża się do mnie.
- Weronika, ja wiem, że Wigilia dopiero jutro, ale ja nie mogę dłużej czekać.
Przez moją głowę przebiegają tysiące myśli, nie wiem czego mogę się za chwilę spodziewać.
Ten słodziutki żarłoczek przyciąga mnie do siebie i mocno przytula. Nie wiem co mam powiedzieć. Kiedy wypuszcza mnie ze swoich silnych ramion, z rękawa sweterka wyciąga małe, czarne pudełeczko i bez słów mi wręcza. Zauważam, że uśmiecha się nerwowo w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Niall, co to jest? - Pytam pozytywnie przerażona.
- Otwórz to się przekonasz.
Pomalutku uchylam wieczko pudełeczka, a moim oczom ukazują się kluczyki. Tak, kluczyki.
Uśmiecham się szeroko i spoglądam moimi brązowymi oczami na postać przede mną.
- Pamiętasz jak kiedyś mówiłaś, że chciałaś mieć Jeepa i wysiadać z niego na parkingu w szpileczkach?
- Mój Boże... Niall, ty chyba żartujesz? - Pytam z szeroko otwartymi gałkami ocznymi.
- Nie. Dokładnie 6 godzin temu pojechałem z Carolą do salonu samochodowego w Londynie. To, że ona zna twój gust, wie co ci się może podobać, więc skutkiem wojny i kompromisu oboje doszliśmy do porozumienia, że ten model co wybraliśmy będzie trafiony i z pewnością ci się spodoba. A z racji tego, że ciężko jest się tu dostać, to jutro, w Wigilię przyjadą nim Harry z Carolą.
- Kocham cię! - Krzyczę, a z moich oczu zaczynają spływać łzy szczęścia.
Nie mogę się powstrzymać.... Rzucam się na jego usta i w ramach podzięki gorąco całuję. Odrywam się na chwilę by złapać oddech, szepczę ciche "dziękuję" i wracam do robionej wcześniej czynności.
WIGILIA
Budzę się cała w skowronkach, a do moich nozdrzy dochodzi słodki zapach kakaa i jajecznicy. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a słońce pięknie świeci odbijając swój blask w śniegu przez co wydaje się, że jest bardzo jaskrawo. Wstaję z łóżka by otworzyć okno. Delikatnie, na czubkach palców stąpam po lodowatej podłodze. Uchylam okno by zaczerpnąć świeżego powietrza, lecz atakuje mnie siarczysty mróz. Cofam się i z powrotem siedzę pod ciepłą kołdrą w czerwone wzory. Spoglądam na ekran swojego telefonu i dostrzegam kilka wiadomości, których nie sprawdzam.
- Dzień dobry kochanie! - Wchodzi Niall z tacą na której trzyma posiłek.
- Śniadanie do łóżka... Kochany jesteś.
- Dla ciebie wszystko.
Podaje mi śniadanie na kolana, a sam pakuje się obok mnie.
- Smacznego. - Mówi i pokazuje swoje białe zęby. - Jest już prąd i od rana działają odśnieżarki.
- To świetnie! - Odpowiadam z pełną buzią. Nialluś, kochany mój, wiedziałam, że kochasz jeść, ale że tak pyszną jajecznicę robisz to jestem w szoku.
- Widzisz Wera, nie doceniasz mnie.
- Palnęłabym cię poduszką w głowę, ale rozlałoby się kakao, a ja nie mam zamiaru w Wigilię włączać automatu.
- To nawet całkiem fajnie. - Mówi zamyślony.
- Co fajnie? Co ty kombinujesz? - Pytam.
- Ja? Nic.
- Niall....? Znam ten ton głosu.
- No dobra. Wiem, że dzisiejszą kolację mieliśmy spędzić tylko we dwoje, ale z racji tego, że Carola z Harrym dzisiaj przyjadą to ja z Haroldem wymyśliliśmy coś innego.
- Carola o tym wie?
- Nie.
- Zaczynam się bać, bo kiedy Harry rzuci głupim do potęgi entej pomysłem, cała wasza trójka się szczerzy i jesteście za tą propozycją.
- Weronika, obiecuję ci z ręką na sercu, że to będzie najlepszy dzień w twoim życiu.
- Najcudowniejszy dzień był wtedy, kiedy cię po koncercie spotkałam, więc nie wiem jak ty to przebijesz. - Głupio się śmieję.
- Jeszcze się zdziwisz.....
***
Stoję w korytarzu z moją i Nialla, którąś z jego pokaźniej kolekcji walizek, walizką. Blondyn szpera w jednej z szuflad z dokumentami i szuka dowodu rejestracyjnego od samochodu, którym mamy jechać. Słyszę charakterystyczny dźwięk. Jestem pewna, że dostałam wiadomość. Ściągam rękawiczkę z prawej ręki i wyjmuję telefon z torebki, w której mam rysownik i ołówek.
OD CAROLINE: Hej Słońce! :* Zjechaliśmy już z promu i nie wiem co się dzieje, ale Harry prowadzi mnie w jakieś krzaki.... Dosłownie. Wiesz coś o tym?
DO CAROLINE: Zastrzeliłaś mnie tym pytaniem. Nic nie wiem. Niall nic mi nie mówił, powiedział tylko, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu..... O.o
OD CAROLINE: No to całkiem nieźle.... Jeśli za jakiś czas okaże się to głupim żartem, albo dennym pomysłem, nie musimy nawet zgadywać kto był pomysłodawcą...
DO CAROLINE: Taaa... Nasz Haroldzik....
Włożyłam telefon do torebki, a na "nagą" dłoń założyłam uprzednio ściągniętą rękawiczkę.
- I co, znalazłeś? - Pytam.
- Tak. Możemy jechać. Nie! Nie możemy jechać!
- Co znowu?
- Zapomniałem o gitarze!
***
Na dworze pomału robi się ciemno, dochodzi godzina 16:30, a my nadal jedziemy. Ku mojemu zdziwieniu wjeżdżamy w jakąś polną drogę. Wokół nas nie ma nic, tylko drzewa, las. Niall podaje mi do rąk czarną chustę i każe zawiązać oczy.
- Po co mam to zrobić? - Pytam.
- Nie zadawaj zbędnych interpelacji (pytań). Jeszcze 5 min drogi. Zaufaj mi.
Biorę głęboki oddech i zawiązuję swoje oczy.
5 minut ciągnęło mi się w nieskończoność. Miałam wrażenie, że w ciągu tych paru minut zdążyłabym narysować stos obrazów i myślę, że wyszłyby całkiem nieźle.
Słyszę charakterystyczny dźwięk zaciąganego hamulca ręcznego.
- Ściągnij chustkę.
Robię to co każe mi blondyn, a chwilę po tym, moim oczom ukazuje się oświetlona lampkami chatka na środku polany wokół, której nie ma nic oprócz lasu. Prawdę mówiąc najbardziej moją uwagę przykuwa stojący przed domem wielki samochód. Z racji tego, że jest już ciemno wytężam wzrok by dokładniej przyjrzeć się formie samochodu.
- Na co czekasz. - Mówi Niall śmiejąc się.
Wybiegam z pojazdu, w którym aktualnie się znajduję i prędko gnam do drugiego samochodu. Oglądam go z każdej strony. W końcu wchodzę do środka, dotykam kierownicy i folii, którą okryte są siedzenia.
- Zadowolona?
- No wiesz. Teraz schodzisz na boczny tor, bo moją nową miłością jest ten o to cudowny samochód. Pogódź się z tym Niall.
- Jakoś przeżyję... - Mówi, próbując udawać rozpacz, lecz kiepsko mu to wychodzi.
Wychodzę z pojazdu i łapczywie całuję Nialla, tak jakby zaraz miałoby go nie być.
- Pocałunki przy -25. Tego mi było trzeba. - Szepcze blondyn.
- Dobra hołota. Dosyć tych czułości! - Mówi Carola wychodząc przed domek razem z Harrym.
- Caroline, Harry! - Krzyczę. Odrywam się od Niallerka i szybkim krokiem podchodzę najpierw do Caroline, a potem do Harolda i mocno ich wyściskuję.
- Dziewczyny, idźcie do środka, a ja z Niallem wniesiemy bagaże.
KOLACJA
Złożyliśmy sobie życzenia i właśnie zajadamy się różnymi pysznościami, które przygotowała Carola razem z Harrym. Błąd! Sama Carola, bo Harry jeśli chodzi o gotowanie to ma dwie lewe ręce. Kiedyś chciał zupę ugotować. Postawił na palnik garnek z wodą i poszedł coś robić. Dobrze, że mieszkanie się nie spaliło....
- Jestem nie najedzony, lecz nażarty. Pękam w szwach. - Mówi Niall.
Patrzymy się z niedowierzaniem, a w naszych oczach przewija się pytanie: "A może on jest chory? To nie możliwe.... On najedzony?!"
- Dobra panie i drogi Styles'ie, ja porywam moją Polish Piękność na spacerek, a wy macie dom do dyspozycji.
Harry i Carola umownie wymienili się spojrzeniami co o czymś świadczyło....
***
- Niall gdzie ty mnie prowadzisz?
- Zaraz zobaczysz.
- I po co ci ta gitara na plecach? Nie. Patrz. Tam się pali ognisko. Ja nigdzie nie idę. A jak to jakiś bandyta, złodziej, pijak, a może gwałciciel? Ja się boję.
Mój kochany chłopak trzyma mnie za rękę i w takiej chwili, chwili zgrozy szczerzy swoje zęby, że o mało mu nie wypadną.
- Z czego ty się tak cieszysz?
- Bo tam nikogo nie ma. To ognisko miało być rozpalone.
- Świetnie. Zawsze marzyłam o śpiewaniu piosenek w środku lasu i to jeszcze przed północą... - Myślę.
Przez chwilę zapada między nami niezręczna cisza, aby ją przerwać zaczynam śpiewać.
- Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, może mnie o rękę prosić chociaż dziś. Nanananana nie pamiętam jak to dalej szło.
Choć jest ciemno zauważam kątem oka, że Nialler znów się uśmiecha. Nie wiem co mu dzisiaj się stało, ale jest tak radosny, że zastanawiam się czy on jest na pewno trzeźwy.
- Piłeś coś dzisiaj?
- No coś ty. Przecież samochód prowadziłem.
- To co ty taki wesolutki jesteś?
- Usiądź. - Niall wskazuje na kłodę drzewa obok rozpalonego ogniska, a sam stoi naprzeciw mnie.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy. Było to po koncercie, wypadł ci telefon i go znalazłem. Wtedy nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Cały czas patrzyłem i patrzyłem i nie mogłem nasycić się twoim widokiem. Miesiące mijają, a ja chcę więcej i więcej. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, ale teraz już wiem: jestem w tobie zakochany. Jestem zakochany i jednocześnie przerażony, że ciebie stracę. Dlatego nie chcę ryzykować ani chwili dłużej. - W tym momencie Niall klęka przede mną, a z kieszeni kurtki wyciąga czerwone pudełeczko. Weronika, czy zostaniesz moją żoną?
Jestem poruszona i wzruszona, moje oczy wypełniają się łzami. Mam do wyboru dwa magiczne słówka, bez namysłu wybieram...
- Tak! Wyjdę za ciebie! - Wstaję z kłody i tulę się mocno do blondyna.
- Tak się cieszę! Kocham cię tak bardzo mocno!
- Ja ciebie też!
Nasze usta łączą się w długim i namiętnym pocałunku. Jeszcze chwilę temu myślałam, że zamarznę. Teraz jestem rozpalona do czerwoności.
Kiedy przestajemy się całować, a pierścionek pięknie błyszczy w blasku księżyca, Niall przejmuje inicjatywę.
- Z racji tego, że mamy Wigilię muszę ci zagrać i zaśpiewać jedną piosenkę.
Usiadłam z powrotem na moje wcześniejsze miejsce i zamieniłam się w słuch.
Pierwsze akordy.... Znam to!
Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special....
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam Was Kochani! :* Dostałam w wiadomości prywatnej zamówienie na imagin z Niallem dla Victorii Moore. Podchodziłam do niego kilka razy i ostatecznie wyszło mi coś takiego. :) Wiem, że mistrzem pisania imaginów nie jestem, ale myślę, że wyszło mi całkiem do przegryzienia. :) Opinie zostawiam Wam, a przede wszystkim Weronice. :*
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z racji tego, że jutro jest Wigilia to pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Od razu mówię, że nie jestem fanką, kopiuj-wklej dennych życzeń, czy też świątecznych wierszyków. ;)
W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazda Betlejemska drogę wskaże.
Zapomnijmy o idiosynkrazji*,
otwórzmy skrzynię pełną słodkich marzeń.
Niechaj Niewinność z Panem Bogiem,
jak Trzej Królowie z darami swoimi,
staną cicho za Waszym progiem,
by urealnić to, co dotąd było marzeniami.
Ciepłem serc otulmy naszych bliskich
i uśmiechnijmy się do siebie.
Magia Świąt niechaj zjedna wszystkich,
Niech wszystkie spory odejdą w kąt,
Niech zamartwienia i smutki, które
towarzyszyły Wam dotychczas ulotnią się
niczym niewidzialna mgiełka, a Nowy Rok,
który nadchodzi wielkimi krokami, niech
przyniesie Wam same pozytywy i radość z
życia.
*niechęć do innych
- Coś czuję, że te święta będą bardzo ciekawe... - Mówię sarkastycznie sama do siebie wyglądając przez okno, za którym na chwilę obecną widzę tylko kilka osób próbujących przedostać się przez zaspy białego puchu.
Odchodzę od okna i siadam w wielkim fotelu przed kominkiem, z którego bucha przyjemny żar ciepłego powietrza. Na stoliku, w kubku jest moja owocowa herbata, zapewne już całkiem zimna, bo nie ulatnia się z niej żadna para wodna. Właśnie zdaję sobie sprawę, że w końcu nastała ta wiekopomna chwila, kiedy właśnie cofamy się o dobre 200 lat wstecz. Jest pełno śniegu, nie ma Internetu, ani prądu, a ludzie w końcu zaczynają żyć. Słyszę radosne krzyki przed moim domem. To dzieci, które właśnie wybiegły na dwór i rzucają się kulkami zrobionymi ze śniegu. To dokładnie te same dzieci, którym każdego dnia Internet i telewizja dyktują każdy krok w realnym życiu.
Wstaję z siedziska i podchodzę do olbrzymiego regału z przeróżniastymi książkami, w których mogę wybierać od klasyki thrillerów po fantastykę. Moją uwagę przykuwa dawano już nieczytana przeze mnie "Plaża Babylon". Biorę ją w moje dłonie i uważnie przyglądam się okładce.
- Pamiętam jak ich życie (milionerów i miliarderów) mi imponowało, ale z drugiej strony obrzydzało. Nigdy nie mogłam pojąć co niektórych ich zachowań i tego jak można nie szanować cudzej pracy lub wymuszać rzeczy, które są nie do osiągnięcia . - Myślę.
Po chwili dumania oddalam się od książek i tym razem siadam bliżej kominka, by blask padający od niego dobrze oświetlał mi czytane przeze mnie strony.
***
Minęły solidne dwie godziny, kiedy z amoku czytania wyrywa mnie ciężkie pukanie w drzwi. Podnoszę wzrok znad książki trochę zdezorientowana, lecz po chwili, gdy słyszę ponowne stukanie, wstaję i udaję się w stronę drzwi.
- W końcu otworzyłaś. Już myślałem, że cię nie ma. - Mówi słodki blondyn z czapką renifera na głowie.
- Niall! - Krzyczę pełna entuzjazmu i rzucam mu się na szyję. - Już myślałam, że nie dojedziesz przez ten śnieg. Wchodź do środka, ściągaj kurtkę i tą twoją oldschoolową czapkę.
- W całym mieście nie ma światła? - Pyta.
- Nie, bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Byłeś już u rodziców?
- No coś ty. Z tobą mieszkam, a nie z mamą i tatą.
Uśmiecham się na te słowa, które są utwierdzeniem, że nie jest typowym maminsynkiem, a ten typ facetów jest najgorszy ze wszystkich.
- Chcesz coś do picia albo do jedzenia? - Proponuję.
- Nie. W Londynie poszedłem przed odlotem na lunch z chłopakami i nie jestem głodny. Wercia, mam pytanie.... Zdążyłaś zrobić zakupy na jutrzejszą Wigilię?
- Ty tylko o jednym. - Śmieję się. - Nie martw się, zdążyłam. Zapasy są i z głodu nie umrzesz.
- To dobrze. - Na jego twarzy pojawia się uśmiech. - Idę zanieść walizkę z ciuchami do pralni.
- Weź latarkę. - Wskazuję na stolik w korytarzu.
- Racja. - Stuka się w głowę i zmierza w kierunku czarnego przedmiotu, w którym drzemie potężna moc światła.
Kilka minut później, Niall znów pojawia się na moim horyzoncie i coraz bliżej przybliża się do mnie.
- Weronika, ja wiem, że Wigilia dopiero jutro, ale ja nie mogę dłużej czekać.
Przez moją głowę przebiegają tysiące myśli, nie wiem czego mogę się za chwilę spodziewać.
Ten słodziutki żarłoczek przyciąga mnie do siebie i mocno przytula. Nie wiem co mam powiedzieć. Kiedy wypuszcza mnie ze swoich silnych ramion, z rękawa sweterka wyciąga małe, czarne pudełeczko i bez słów mi wręcza. Zauważam, że uśmiecha się nerwowo w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Niall, co to jest? - Pytam pozytywnie przerażona.
- Otwórz to się przekonasz.
Pomalutku uchylam wieczko pudełeczka, a moim oczom ukazują się kluczyki. Tak, kluczyki.
Uśmiecham się szeroko i spoglądam moimi brązowymi oczami na postać przede mną.
- Pamiętasz jak kiedyś mówiłaś, że chciałaś mieć Jeepa i wysiadać z niego na parkingu w szpileczkach?
- Mój Boże... Niall, ty chyba żartujesz? - Pytam z szeroko otwartymi gałkami ocznymi.
- Nie. Dokładnie 6 godzin temu pojechałem z Carolą do salonu samochodowego w Londynie. To, że ona zna twój gust, wie co ci się może podobać, więc skutkiem wojny i kompromisu oboje doszliśmy do porozumienia, że ten model co wybraliśmy będzie trafiony i z pewnością ci się spodoba. A z racji tego, że ciężko jest się tu dostać, to jutro, w Wigilię przyjadą nim Harry z Carolą.
- Kocham cię! - Krzyczę, a z moich oczu zaczynają spływać łzy szczęścia.
Nie mogę się powstrzymać.... Rzucam się na jego usta i w ramach podzięki gorąco całuję. Odrywam się na chwilę by złapać oddech, szepczę ciche "dziękuję" i wracam do robionej wcześniej czynności.
WIGILIA
Budzę się cała w skowronkach, a do moich nozdrzy dochodzi słodki zapach kakaa i jajecznicy. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a słońce pięknie świeci odbijając swój blask w śniegu przez co wydaje się, że jest bardzo jaskrawo. Wstaję z łóżka by otworzyć okno. Delikatnie, na czubkach palców stąpam po lodowatej podłodze. Uchylam okno by zaczerpnąć świeżego powietrza, lecz atakuje mnie siarczysty mróz. Cofam się i z powrotem siedzę pod ciepłą kołdrą w czerwone wzory. Spoglądam na ekran swojego telefonu i dostrzegam kilka wiadomości, których nie sprawdzam.
- Dzień dobry kochanie! - Wchodzi Niall z tacą na której trzyma posiłek.
- Śniadanie do łóżka... Kochany jesteś.
- Dla ciebie wszystko.
Podaje mi śniadanie na kolana, a sam pakuje się obok mnie.
- Smacznego. - Mówi i pokazuje swoje białe zęby. - Jest już prąd i od rana działają odśnieżarki.
- To świetnie! - Odpowiadam z pełną buzią. Nialluś, kochany mój, wiedziałam, że kochasz jeść, ale że tak pyszną jajecznicę robisz to jestem w szoku.
- Widzisz Wera, nie doceniasz mnie.
- Palnęłabym cię poduszką w głowę, ale rozlałoby się kakao, a ja nie mam zamiaru w Wigilię włączać automatu.
- To nawet całkiem fajnie. - Mówi zamyślony.
- Co fajnie? Co ty kombinujesz? - Pytam.
- Ja? Nic.
- Niall....? Znam ten ton głosu.
- No dobra. Wiem, że dzisiejszą kolację mieliśmy spędzić tylko we dwoje, ale z racji tego, że Carola z Harrym dzisiaj przyjadą to ja z Haroldem wymyśliliśmy coś innego.
- Carola o tym wie?
- Nie.
- Zaczynam się bać, bo kiedy Harry rzuci głupim do potęgi entej pomysłem, cała wasza trójka się szczerzy i jesteście za tą propozycją.
- Weronika, obiecuję ci z ręką na sercu, że to będzie najlepszy dzień w twoim życiu.
- Najcudowniejszy dzień był wtedy, kiedy cię po koncercie spotkałam, więc nie wiem jak ty to przebijesz. - Głupio się śmieję.
- Jeszcze się zdziwisz.....
***
Stoję w korytarzu z moją i Nialla, którąś z jego pokaźniej kolekcji walizek, walizką. Blondyn szpera w jednej z szuflad z dokumentami i szuka dowodu rejestracyjnego od samochodu, którym mamy jechać. Słyszę charakterystyczny dźwięk. Jestem pewna, że dostałam wiadomość. Ściągam rękawiczkę z prawej ręki i wyjmuję telefon z torebki, w której mam rysownik i ołówek.
OD CAROLINE: Hej Słońce! :* Zjechaliśmy już z promu i nie wiem co się dzieje, ale Harry prowadzi mnie w jakieś krzaki.... Dosłownie. Wiesz coś o tym?
DO CAROLINE: Zastrzeliłaś mnie tym pytaniem. Nic nie wiem. Niall nic mi nie mówił, powiedział tylko, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu..... O.o
OD CAROLINE: No to całkiem nieźle.... Jeśli za jakiś czas okaże się to głupim żartem, albo dennym pomysłem, nie musimy nawet zgadywać kto był pomysłodawcą...
DO CAROLINE: Taaa... Nasz Haroldzik....
Włożyłam telefon do torebki, a na "nagą" dłoń założyłam uprzednio ściągniętą rękawiczkę.
- I co, znalazłeś? - Pytam.
- Tak. Możemy jechać. Nie! Nie możemy jechać!
- Co znowu?
- Zapomniałem o gitarze!
***
Na dworze pomału robi się ciemno, dochodzi godzina 16:30, a my nadal jedziemy. Ku mojemu zdziwieniu wjeżdżamy w jakąś polną drogę. Wokół nas nie ma nic, tylko drzewa, las. Niall podaje mi do rąk czarną chustę i każe zawiązać oczy.
- Po co mam to zrobić? - Pytam.
- Nie zadawaj zbędnych interpelacji (pytań). Jeszcze 5 min drogi. Zaufaj mi.
Biorę głęboki oddech i zawiązuję swoje oczy.
5 minut ciągnęło mi się w nieskończoność. Miałam wrażenie, że w ciągu tych paru minut zdążyłabym narysować stos obrazów i myślę, że wyszłyby całkiem nieźle.
Słyszę charakterystyczny dźwięk zaciąganego hamulca ręcznego.
- Ściągnij chustkę.
Robię to co każe mi blondyn, a chwilę po tym, moim oczom ukazuje się oświetlona lampkami chatka na środku polany wokół, której nie ma nic oprócz lasu. Prawdę mówiąc najbardziej moją uwagę przykuwa stojący przed domem wielki samochód. Z racji tego, że jest już ciemno wytężam wzrok by dokładniej przyjrzeć się formie samochodu.
- Na co czekasz. - Mówi Niall śmiejąc się.
Wybiegam z pojazdu, w którym aktualnie się znajduję i prędko gnam do drugiego samochodu. Oglądam go z każdej strony. W końcu wchodzę do środka, dotykam kierownicy i folii, którą okryte są siedzenia.
- Zadowolona?
- No wiesz. Teraz schodzisz na boczny tor, bo moją nową miłością jest ten o to cudowny samochód. Pogódź się z tym Niall.
- Jakoś przeżyję... - Mówi, próbując udawać rozpacz, lecz kiepsko mu to wychodzi.
Wychodzę z pojazdu i łapczywie całuję Nialla, tak jakby zaraz miałoby go nie być.
- Pocałunki przy -25. Tego mi było trzeba. - Szepcze blondyn.
- Dobra hołota. Dosyć tych czułości! - Mówi Carola wychodząc przed domek razem z Harrym.
- Caroline, Harry! - Krzyczę. Odrywam się od Niallerka i szybkim krokiem podchodzę najpierw do Caroline, a potem do Harolda i mocno ich wyściskuję.
- Dziewczyny, idźcie do środka, a ja z Niallem wniesiemy bagaże.
KOLACJA
Złożyliśmy sobie życzenia i właśnie zajadamy się różnymi pysznościami, które przygotowała Carola razem z Harrym. Błąd! Sama Carola, bo Harry jeśli chodzi o gotowanie to ma dwie lewe ręce. Kiedyś chciał zupę ugotować. Postawił na palnik garnek z wodą i poszedł coś robić. Dobrze, że mieszkanie się nie spaliło....
- Jestem nie najedzony, lecz nażarty. Pękam w szwach. - Mówi Niall.
Patrzymy się z niedowierzaniem, a w naszych oczach przewija się pytanie: "A może on jest chory? To nie możliwe.... On najedzony?!"
- Dobra panie i drogi Styles'ie, ja porywam moją Polish Piękność na spacerek, a wy macie dom do dyspozycji.
Harry i Carola umownie wymienili się spojrzeniami co o czymś świadczyło....
***
- Niall gdzie ty mnie prowadzisz?
- Zaraz zobaczysz.
- I po co ci ta gitara na plecach? Nie. Patrz. Tam się pali ognisko. Ja nigdzie nie idę. A jak to jakiś bandyta, złodziej, pijak, a może gwałciciel? Ja się boję.
Mój kochany chłopak trzyma mnie za rękę i w takiej chwili, chwili zgrozy szczerzy swoje zęby, że o mało mu nie wypadną.
- Z czego ty się tak cieszysz?
- Bo tam nikogo nie ma. To ognisko miało być rozpalone.
- Świetnie. Zawsze marzyłam o śpiewaniu piosenek w środku lasu i to jeszcze przed północą... - Myślę.
Przez chwilę zapada między nami niezręczna cisza, aby ją przerwać zaczynam śpiewać.
- Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, może mnie o rękę prosić chociaż dziś. Nanananana nie pamiętam jak to dalej szło.
Choć jest ciemno zauważam kątem oka, że Nialler znów się uśmiecha. Nie wiem co mu dzisiaj się stało, ale jest tak radosny, że zastanawiam się czy on jest na pewno trzeźwy.
- Piłeś coś dzisiaj?
- No coś ty. Przecież samochód prowadziłem.
- To co ty taki wesolutki jesteś?
- Usiądź. - Niall wskazuje na kłodę drzewa obok rozpalonego ogniska, a sam stoi naprzeciw mnie.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy. Było to po koncercie, wypadł ci telefon i go znalazłem. Wtedy nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Cały czas patrzyłem i patrzyłem i nie mogłem nasycić się twoim widokiem. Miesiące mijają, a ja chcę więcej i więcej. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, ale teraz już wiem: jestem w tobie zakochany. Jestem zakochany i jednocześnie przerażony, że ciebie stracę. Dlatego nie chcę ryzykować ani chwili dłużej. - W tym momencie Niall klęka przede mną, a z kieszeni kurtki wyciąga czerwone pudełeczko. Weronika, czy zostaniesz moją żoną?
Jestem poruszona i wzruszona, moje oczy wypełniają się łzami. Mam do wyboru dwa magiczne słówka, bez namysłu wybieram...
- Tak! Wyjdę za ciebie! - Wstaję z kłody i tulę się mocno do blondyna.
- Tak się cieszę! Kocham cię tak bardzo mocno!
- Ja ciebie też!
Nasze usta łączą się w długim i namiętnym pocałunku. Jeszcze chwilę temu myślałam, że zamarznę. Teraz jestem rozpalona do czerwoności.
Kiedy przestajemy się całować, a pierścionek pięknie błyszczy w blasku księżyca, Niall przejmuje inicjatywę.
- Z racji tego, że mamy Wigilię muszę ci zagrać i zaśpiewać jedną piosenkę.
Usiadłam z powrotem na moje wcześniejsze miejsce i zamieniłam się w słuch.
Pierwsze akordy.... Znam to!
Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special....
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam Was Kochani! :* Dostałam w wiadomości prywatnej zamówienie na imagin z Niallem dla Victorii Moore. Podchodziłam do niego kilka razy i ostatecznie wyszło mi coś takiego. :) Wiem, że mistrzem pisania imaginów nie jestem, ale myślę, że wyszło mi całkiem do przegryzienia. :) Opinie zostawiam Wam, a przede wszystkim Weronice. :*
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z racji tego, że jutro jest Wigilia to pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Od razu mówię, że nie jestem fanką, kopiuj-wklej dennych życzeń, czy też świątecznych wierszyków. ;)
W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazda Betlejemska drogę wskaże.
Zapomnijmy o idiosynkrazji*,
otwórzmy skrzynię pełną słodkich marzeń.
Niechaj Niewinność z Panem Bogiem,
jak Trzej Królowie z darami swoimi,
staną cicho za Waszym progiem,
by urealnić to, co dotąd było marzeniami.
Ciepłem serc otulmy naszych bliskich
i uśmiechnijmy się do siebie.
Magia Świąt niechaj zjedna wszystkich,
Niech wszystkie spory odejdą w kąt,
Niech zamartwienia i smutki, które
towarzyszyły Wam dotychczas ulotnią się
niczym niewidzialna mgiełka, a Nowy Rok,
który nadchodzi wielkimi krokami, niech
przyniesie Wam same pozytywy i radość z
życia.
WESOŁYCH ŚWIĄT KOCHANI I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2016 ROKU!
*niechęć do innych
sobota, 19 grudnia 2015
Rozdział 16
3 DNI PÓŹNIEJ
Tak. Właśnie tyle minęło od wyjścia na światło dzienne feralnej prawdy, która satysfakcjonowała tylko i wyłącznie Harry'ego.
- Rose? - Zapytała niepewnie Poppy, wchodząc do mojej sypialni.
- Co chcesz?
- Nie możesz siedzieć w tym pokoju całe wieki. Minęły już 3 dni, a zapuściłaś się jak menelka. Rozejrzyj się jaki tu syf. Rose, popatrz na mnie. - Podeszła do mnie i ujęła moją twarz w swoje dłonie. - Powiedz mi, czego ty się spodziewałaś? Myślałaś, że jak ty mu powiesz to inaczej zareaguje? Myślałaś, że rzuci ci się na szyję i wszystko ci wybaczy, na pstryknięcie palcem?
- Zostaw mnie! - Wyrwałam się blondynie.
- Rose! Popatrz mi prosto w oczy i opowiedz!
Po krótkiej chwili podniosłam wzrok na Poppy.
- Nie, wcale tak nie myślałam! Zadowolona?!
- Tak.
- Teraz wyjdź.
- Ale....?
- Wynocha! - Trzasnęłam drzwiami tuż za jej plecami.
Wzięłam telefon do ręki i wybrałam numer Liama. Miałam malutką, wręcz mikroskopijną iskierkę nadziei, że odbierze. Na próżno.... Abonament niedostępny, nagraj wiadomość głosową......
POPPY
Nie wiem co ja mam zrobić by ta dziewczyna wzięła się w końcu w garść. Zawsze taka silna psychicznie, mocna w gębie, a teraz? Zupełnie inna osoba. Ja wiem, że ona kocha Liama, ale jak się kogoś kocha to nie powinno wyrządzać mu się takiej krzywdy. Z jednej strony sama sobie nawarzyła piwa, ale z drugiej, kto chciałby się przyznać do brudów z przeszłości, a Li wiążąc się z nią jeszcze w szkole, powinien mieć na uwadze, że Rose do grzecznych nie należy. Powinien wiedzieć, że złego byka nie tak łatwo okiełznać.
Ale cóż. Ja czasu nie cofnę. Było minęło, a ta dziewczyna naprawdę musi wziąć się w garść, bo będzie coraz gorzej. Warto zaznaczyć, że już jest tragicznie, aż boję się co będzie jutro, a broń Boże po jutrze....
Przez te trzy dni w mojej głowie mam tylko Rose i Liama. Ciągle myślę na ich temat, a powinnam chyba pogadać z Lou o tym wszytskim, w końcu to jego kuzyn. A zresztą, teraz to pewnie nie będą się do siebie latami odzywać.....
Usiadłam w salonie przed telewizorem, gdzie już wcześniej, na wielkiej sofie usadowił się Louis.
- I jak z nią? - Zapytał.
- Kiepsko.... Nie odzywa się, a jeśli już, to z wielkim przymusem i złością. Ona się załamała, a w pokoju u niej jest jedna wielka melina.
- Mogę dać sobie uciąć rękę, że z Liamem jest podobnie. Jest bardzo wrażliwy i kochał Rose. Za to mnie znienawidził i jak sobie pomyślę, że będziemy musieli się spotkać na jakiejś uroczystości rodzinnej to zaczyna mnie mdlić. Ja wiem, że to moja wina, ale cholera, jesteśmy kuzynami, od dziecka razem, najlepsi kumple. Może jeszcze Li zachowałby się inaczej gdyby nie to, że niestety dwa razy przespałem się z Rose i myślę, że nawet to go mogło zaboleć bardziej, niż ten cały Harry.
- Pewnie masz rację, ale musimy ją stąd wyrwać. Ona nie może do końca swojego życia siedzieć zamknięta.
- No dobrze, ale pytanie za 100 punktów, jak chcesz to zrobić?
- Nie wiem, Louis, nie wiem. Coś wykombinuję.
- A może ją na zakupy zabierz, w końcu to jest czynność, którą kobiety kochają najbardziej.
- To nie jest dobry pomysł. A jak spotkamy, a w szczególności ona spotka Harry'ego? Przecież z tego co mi się wydaje i wiem to ten narcyz pół życia spędził w galerii i w butikach i pewnie wiele jeszcze czasu tam pobędzie.
- No to może do kina na jakiś film, albo do kawiarni na jakąś dobrą kawę i ciastko?
- Ten pomysł już o wiele lepszy, ale ona na to nie pójdzie jak wprost jej powiem, żeby ze mną poszła. Trudny orzech do zgryzienia z nią mamy.... Wiem..... A może ty z nią pogadaj.
- Jak to? Ja?
- A widzisz tu innego Louisa?
- No nie.
- No to masz odpowiedź.
- Ale co ja mam jej powiedzieć?
- Louis, nie wiem. Ja nie potrafiłam do niej przemówić, bo kiepski ze mnie psycholog, ale może tobie się uda. W końcu znasz ją trochę lepiej niż ja....
- Sarkazm?
- Tak.
- Dobra, szkoda mitrężyć czas. Idę.
***
- Rose? Jesteś tam? Halo? Rose? Mogę wejść?
Cisza.
- Rose, wpuść mnie, chcę tylko porozmawiać.
Cisza
- Pros....
- Nie mamy o czym!
- Błagam cię, otwórz te drzwi.
- Nie! Idź stąd! Chcę być sama!
- Jesteś sama od trzech dni. Nie możesz tam ciągle siedzieć.
- Powiedziałam idź stąd!
Louis tylko ciężko westchnął i zszedł na dół, do kuchni. Ja w tym czasie przygotowywałam coś do jedzenia.
- I jak? - Zapytałam.
- Beznadziejnie.
- Czyli?
- Nie wpuściła mnie nawet do środka.
Oparłam się o blat, a ścierkę kuchenną, którą trzymałam w prawej dłoni zarzuciłam na ramię.
- Czyli jest jeszcze gorzej....
- Raczej tak.
- Dosyć tego! Pilnuj sosu by się nie przypalił i makaronu, żeby się nie rozgotował, a ja idę zrobić jej terapię wstrząsową! - W tym samym momencie podałam ścierkę Lou i stanowczym krokiem ruszyłam do pokoju dziewczyny o hebanowych włosach.
Stanowczo i nie bawiąc się w pukanie do drzwi weszłam do pokoju Rose.
- Co się tak patrzysz? Wstawaj, a nie gnijesz w tym łóżku!
Podeszłam do garderoby i wyciągnęłam z niej ręcznik, czystą bieliznę i ubrania, które rzuciłam prosto w ciemnowłosą. - Masz 3 sekundy, by podnieść swój zadek i iść do łazienki, którą masz 5 kroków dalej.
Moja przyjaciółka już podniosła rękę, już chciała coś powiedzieć, jednak nie pozwoliłam jej na to.
- Bez żadnych p r o t e s t ó w. Idziesz i się nie odzywasz.
Widziałam, że trochę się przestraszyła widząc we mnie taką stanowczość, ale to dobrze. Albo użala się nad sobą, albo udowodni Liamowi, że zrobi wszystko, aby go odzyskać, bo gębą wiele nie narobi....
W czasie, kiedy Rose brała prysznic, pozwoliłam sobie wziąć odkurzać, byle jakie wiaderko, płyn do podłóg i jakąś szmatę znalezioną w garażu. Musiałam pomóc dziewczynie, bo wiedziałam, że ona dzisiaj na pewno nie posprząta swojego burdelu. Tak więc, poskładałam do garderoby walające się po podłodze ciuchy, wytarłam kurze, odkurzyłam i umyłam podłogę. Po skończonych porządkach, które wydawały się, że zajmą mi całą wieczność, zamknęłam pokój dziewczyny na klucz, a na drzwiach zostawiłam kartkę: Zejdź do kuchni, bo do pokoju i tak się nie dostaniesz.
ROSE
Nie mam zielonego pojęcia co ta dziewczyna wyprawia. Jej się fajnie gada, bo ma Lou, który nie zdradził jej, chodząc z nią i jest fair w stosunku do niej. Co prawda, to prawda, nie mogę całe życie się użalać, ale jak mam zachowywać się inaczej? Mam mętlik w głowie. Nie wiem, czy mam iść do Harry'ego, pogadać z nim na spokojnie, wyjaśnić wszystko, czy dać sobie z nim spokój. Tak bardzo chciałabym odzyskać Liama, ale teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać, muszę dać mu czas na przemyślenia. Z drugiej strony... Kogo ja oszukuję? Przecież on ma mnie za dziwkę, która puszcza się z pierwszym lepszym napotkanym facetem.
Po 45-cio minutowym zawodzeniu pod prysznicem, stwierdziłam, że pora wyjść, bo jeszcze trochę i ta dwójka z dołu może wyważyć drzwi od łazienki.
***
- No w końcu jesteś. - Rzekł Louis, delikatnie się uśmiechając.
- Dzięki Poppy, że wyrwałaś mnie z tego molochu. Gdyby nie ty, pewnie utkwiłabym tam na wieczność.
- Daj spokój. W końcu od czegoś ma się najlepszych przyjaciół. Teraz siadaj i podaję ci spaghetti.
- Super! Od trzech i w zasadzie pół dnia, nie jem nic porządnego, więc z miłą chęcią coś skonsumuję.
Dostałam do dyspozycji cały, kopiasty talerz makaronu z sosem i całą górą sera. Pewnie przytyję po tym z 5 kg, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś.
- Nie wiem, które z was to robiło, ale jest to tak nieziemsko pyszne, że brakuje mi słów! - Powiedziałam z pełną buzią, przez co trochę sepleniłam.
- Ja tylko pilnowałem, żeby się nie przypaliło. - Odparł Lou.
- Eeeee tam. To zwykły makaron i nic więcej.
- Może zwykły makaron dla ciebie, ale dla mnie siódmy cud!
- A jak się czujesz?
- Dzięki Po. O wiele lepiej. - Posłałam uśmiech blondynie.
- To dobrze, że lepiej, bo jutro rano mamy samolot do Londynu. - Poinformował mnie Loui.
- Co?
- Dzisiaj jest 25. Musimy już wracać, a Poppy i ja nie pojechalibyśmy, gdybyś nie wyłoniła się ze swojego pokoju.
- Zabralibyśmy cię ze sobą. - Dodała Po.
Szczerze mówiąc zatkało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Straciłam rachubę czasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że już jest końcówka sierpnia, więc podwójnie nie mogę się załamać.
RANEK, 26 SIERPNIA
Wstałam o godzinie 5 rano (Lou i Poppy jeszcze spali) i postanowiłam przygotować im kanapki na drogę i śniadanie. Nie jestem wybitną kucharką, więc śniadanie nie było wykwintne, ale za to smakowite. W końcu kto nie lubi naleśników? Postawiłam na stole w jadalni talerz naleśników, nutellę, dżem oraz kawę i sok, a kanapki zapakowałam do podręcznej torby Poppy.
- Co tak pachnie? - Zapytała Po wchodząc do kuchni razem z Louisem.
- Zapraszam do jadalni.
Zjedliśmy śniadanie o bagatela 5:30 (!) Mój rekord. Nigdy nie wstawałam o tej godzinie, ale głupio bym się czuła gdyby Poppy i Lou odjechali spod mojego domu, a ja bym słodko ucinała komara. Nie..... To by było nie do przyjęcia.
***
Taksówka stała już pod domem, a my w korytarzu. Chciało mi się płakać.
- Dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję, że podtrzymywaliście mnie na duchu i dziękuję ci Poppy, że przyjeżdżając tutaj powtórnie, wybaczyłaś mi wszystko.
- A ja ci dziękuję, że zmieniłaś moje życie i pokazałaś mi, że szaleństwo zaczyna się dopiero za murami szkoły. Dziękuję.
- No to przytulas. - Rzekł Loui.
To był bardzo emocjonujący moment. Przytuliliśmy się wszyscy razem, a kiedy dwójka zakochanych opuściła mój dom, pobiegłam do mojego pokoju, zabrałam telefon, a z korytarza drapnęłam klucze od domu. Nie próżnowałam. Nie obchodziła mnie wczesna pora. Wyszłam. Powietrze było rześkie. Szłam 5 minut. Tyle czasu wystarczyło by stanąć po drzwiami jego domu. Nie pukałam, ani nie dzwoniłam, tylko weszłam. Skierowałam się wprost do jego sypialni, uprzednio mijając oszołomioną moim widokiem panią od sprzątania. Przywitałam się z nią szeptem. Moją uwagę przykuły butelki po różnych alkoholach i gazeta, a na niej nagłówek: Zapłakana Rose Collins wybiega z domu swojego ex, Harry'ego Styles'a. Czy znów ją skrzywdził? Moja pierwsza myśl jaka nasunęła mi się to; skąd oni to wiedzą? Przecież nie widziałam żadnych wścibskich oczu. Chyba, że byłam tak przejęta całą sytuacją, że nikogo nie widziałam.... Nie ważne.....
Zatrzymałam się pod drzwiami jego sypialni, wzięłam głęboki oddech i weszłam.
Usiadłam na rogu łóżka, a Harry spał, całkiem rozwalony na wszystkie "cztery strony świata". Po krótkiej chwili zaczęłam go szturchać.
- Co? - Wymamrotał nie zdając sobie jeszcze sprawy, kto znajduje się obok niego.
- Jajco.
Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....
Tak. Właśnie tyle minęło od wyjścia na światło dzienne feralnej prawdy, która satysfakcjonowała tylko i wyłącznie Harry'ego.
- Rose? - Zapytała niepewnie Poppy, wchodząc do mojej sypialni.
- Co chcesz?
- Nie możesz siedzieć w tym pokoju całe wieki. Minęły już 3 dni, a zapuściłaś się jak menelka. Rozejrzyj się jaki tu syf. Rose, popatrz na mnie. - Podeszła do mnie i ujęła moją twarz w swoje dłonie. - Powiedz mi, czego ty się spodziewałaś? Myślałaś, że jak ty mu powiesz to inaczej zareaguje? Myślałaś, że rzuci ci się na szyję i wszystko ci wybaczy, na pstryknięcie palcem?
- Zostaw mnie! - Wyrwałam się blondynie.
- Rose! Popatrz mi prosto w oczy i opowiedz!
Po krótkiej chwili podniosłam wzrok na Poppy.
- Nie, wcale tak nie myślałam! Zadowolona?!
- Tak.
- Teraz wyjdź.
- Ale....?
- Wynocha! - Trzasnęłam drzwiami tuż za jej plecami.
Wzięłam telefon do ręki i wybrałam numer Liama. Miałam malutką, wręcz mikroskopijną iskierkę nadziei, że odbierze. Na próżno.... Abonament niedostępny, nagraj wiadomość głosową......
POPPY
Nie wiem co ja mam zrobić by ta dziewczyna wzięła się w końcu w garść. Zawsze taka silna psychicznie, mocna w gębie, a teraz? Zupełnie inna osoba. Ja wiem, że ona kocha Liama, ale jak się kogoś kocha to nie powinno wyrządzać mu się takiej krzywdy. Z jednej strony sama sobie nawarzyła piwa, ale z drugiej, kto chciałby się przyznać do brudów z przeszłości, a Li wiążąc się z nią jeszcze w szkole, powinien mieć na uwadze, że Rose do grzecznych nie należy. Powinien wiedzieć, że złego byka nie tak łatwo okiełznać.
Ale cóż. Ja czasu nie cofnę. Było minęło, a ta dziewczyna naprawdę musi wziąć się w garść, bo będzie coraz gorzej. Warto zaznaczyć, że już jest tragicznie, aż boję się co będzie jutro, a broń Boże po jutrze....
Przez te trzy dni w mojej głowie mam tylko Rose i Liama. Ciągle myślę na ich temat, a powinnam chyba pogadać z Lou o tym wszytskim, w końcu to jego kuzyn. A zresztą, teraz to pewnie nie będą się do siebie latami odzywać.....
Usiadłam w salonie przed telewizorem, gdzie już wcześniej, na wielkiej sofie usadowił się Louis.
- I jak z nią? - Zapytał.
- Kiepsko.... Nie odzywa się, a jeśli już, to z wielkim przymusem i złością. Ona się załamała, a w pokoju u niej jest jedna wielka melina.
- Mogę dać sobie uciąć rękę, że z Liamem jest podobnie. Jest bardzo wrażliwy i kochał Rose. Za to mnie znienawidził i jak sobie pomyślę, że będziemy musieli się spotkać na jakiejś uroczystości rodzinnej to zaczyna mnie mdlić. Ja wiem, że to moja wina, ale cholera, jesteśmy kuzynami, od dziecka razem, najlepsi kumple. Może jeszcze Li zachowałby się inaczej gdyby nie to, że niestety dwa razy przespałem się z Rose i myślę, że nawet to go mogło zaboleć bardziej, niż ten cały Harry.
- Pewnie masz rację, ale musimy ją stąd wyrwać. Ona nie może do końca swojego życia siedzieć zamknięta.
- No dobrze, ale pytanie za 100 punktów, jak chcesz to zrobić?
- Nie wiem, Louis, nie wiem. Coś wykombinuję.
- A może ją na zakupy zabierz, w końcu to jest czynność, którą kobiety kochają najbardziej.
- To nie jest dobry pomysł. A jak spotkamy, a w szczególności ona spotka Harry'ego? Przecież z tego co mi się wydaje i wiem to ten narcyz pół życia spędził w galerii i w butikach i pewnie wiele jeszcze czasu tam pobędzie.
- No to może do kina na jakiś film, albo do kawiarni na jakąś dobrą kawę i ciastko?
- Ten pomysł już o wiele lepszy, ale ona na to nie pójdzie jak wprost jej powiem, żeby ze mną poszła. Trudny orzech do zgryzienia z nią mamy.... Wiem..... A może ty z nią pogadaj.
- Jak to? Ja?
- A widzisz tu innego Louisa?
- No nie.
- No to masz odpowiedź.
- Ale co ja mam jej powiedzieć?
- Louis, nie wiem. Ja nie potrafiłam do niej przemówić, bo kiepski ze mnie psycholog, ale może tobie się uda. W końcu znasz ją trochę lepiej niż ja....
- Sarkazm?
- Tak.
- Dobra, szkoda mitrężyć czas. Idę.
***
- Rose? Jesteś tam? Halo? Rose? Mogę wejść?
Cisza.
- Rose, wpuść mnie, chcę tylko porozmawiać.
Cisza
- Pros....
- Nie mamy o czym!
- Błagam cię, otwórz te drzwi.
- Nie! Idź stąd! Chcę być sama!
- Jesteś sama od trzech dni. Nie możesz tam ciągle siedzieć.
- Powiedziałam idź stąd!
Louis tylko ciężko westchnął i zszedł na dół, do kuchni. Ja w tym czasie przygotowywałam coś do jedzenia.
- I jak? - Zapytałam.
- Beznadziejnie.
- Czyli?
- Nie wpuściła mnie nawet do środka.
Oparłam się o blat, a ścierkę kuchenną, którą trzymałam w prawej dłoni zarzuciłam na ramię.
- Czyli jest jeszcze gorzej....
- Raczej tak.
- Dosyć tego! Pilnuj sosu by się nie przypalił i makaronu, żeby się nie rozgotował, a ja idę zrobić jej terapię wstrząsową! - W tym samym momencie podałam ścierkę Lou i stanowczym krokiem ruszyłam do pokoju dziewczyny o hebanowych włosach.
Stanowczo i nie bawiąc się w pukanie do drzwi weszłam do pokoju Rose.
- Co się tak patrzysz? Wstawaj, a nie gnijesz w tym łóżku!
Podeszłam do garderoby i wyciągnęłam z niej ręcznik, czystą bieliznę i ubrania, które rzuciłam prosto w ciemnowłosą. - Masz 3 sekundy, by podnieść swój zadek i iść do łazienki, którą masz 5 kroków dalej.
Moja przyjaciółka już podniosła rękę, już chciała coś powiedzieć, jednak nie pozwoliłam jej na to.
- Bez żadnych p r o t e s t ó w. Idziesz i się nie odzywasz.
Widziałam, że trochę się przestraszyła widząc we mnie taką stanowczość, ale to dobrze. Albo użala się nad sobą, albo udowodni Liamowi, że zrobi wszystko, aby go odzyskać, bo gębą wiele nie narobi....
W czasie, kiedy Rose brała prysznic, pozwoliłam sobie wziąć odkurzać, byle jakie wiaderko, płyn do podłóg i jakąś szmatę znalezioną w garażu. Musiałam pomóc dziewczynie, bo wiedziałam, że ona dzisiaj na pewno nie posprząta swojego burdelu. Tak więc, poskładałam do garderoby walające się po podłodze ciuchy, wytarłam kurze, odkurzyłam i umyłam podłogę. Po skończonych porządkach, które wydawały się, że zajmą mi całą wieczność, zamknęłam pokój dziewczyny na klucz, a na drzwiach zostawiłam kartkę: Zejdź do kuchni, bo do pokoju i tak się nie dostaniesz.
ROSE
Nie mam zielonego pojęcia co ta dziewczyna wyprawia. Jej się fajnie gada, bo ma Lou, który nie zdradził jej, chodząc z nią i jest fair w stosunku do niej. Co prawda, to prawda, nie mogę całe życie się użalać, ale jak mam zachowywać się inaczej? Mam mętlik w głowie. Nie wiem, czy mam iść do Harry'ego, pogadać z nim na spokojnie, wyjaśnić wszystko, czy dać sobie z nim spokój. Tak bardzo chciałabym odzyskać Liama, ale teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać, muszę dać mu czas na przemyślenia. Z drugiej strony... Kogo ja oszukuję? Przecież on ma mnie za dziwkę, która puszcza się z pierwszym lepszym napotkanym facetem.
Po 45-cio minutowym zawodzeniu pod prysznicem, stwierdziłam, że pora wyjść, bo jeszcze trochę i ta dwójka z dołu może wyważyć drzwi od łazienki.
***
- No w końcu jesteś. - Rzekł Louis, delikatnie się uśmiechając.
- Dzięki Poppy, że wyrwałaś mnie z tego molochu. Gdyby nie ty, pewnie utkwiłabym tam na wieczność.
- Daj spokój. W końcu od czegoś ma się najlepszych przyjaciół. Teraz siadaj i podaję ci spaghetti.
- Super! Od trzech i w zasadzie pół dnia, nie jem nic porządnego, więc z miłą chęcią coś skonsumuję.
Dostałam do dyspozycji cały, kopiasty talerz makaronu z sosem i całą górą sera. Pewnie przytyję po tym z 5 kg, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś.
- Nie wiem, które z was to robiło, ale jest to tak nieziemsko pyszne, że brakuje mi słów! - Powiedziałam z pełną buzią, przez co trochę sepleniłam.
- Ja tylko pilnowałem, żeby się nie przypaliło. - Odparł Lou.
- Eeeee tam. To zwykły makaron i nic więcej.
- Może zwykły makaron dla ciebie, ale dla mnie siódmy cud!
- A jak się czujesz?
- Dzięki Po. O wiele lepiej. - Posłałam uśmiech blondynie.
- To dobrze, że lepiej, bo jutro rano mamy samolot do Londynu. - Poinformował mnie Loui.
- Co?
- Dzisiaj jest 25. Musimy już wracać, a Poppy i ja nie pojechalibyśmy, gdybyś nie wyłoniła się ze swojego pokoju.
- Zabralibyśmy cię ze sobą. - Dodała Po.
Szczerze mówiąc zatkało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Straciłam rachubę czasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że już jest końcówka sierpnia, więc podwójnie nie mogę się załamać.
RANEK, 26 SIERPNIA
Wstałam o godzinie 5 rano (Lou i Poppy jeszcze spali) i postanowiłam przygotować im kanapki na drogę i śniadanie. Nie jestem wybitną kucharką, więc śniadanie nie było wykwintne, ale za to smakowite. W końcu kto nie lubi naleśników? Postawiłam na stole w jadalni talerz naleśników, nutellę, dżem oraz kawę i sok, a kanapki zapakowałam do podręcznej torby Poppy.
- Co tak pachnie? - Zapytała Po wchodząc do kuchni razem z Louisem.
- Zapraszam do jadalni.
Zjedliśmy śniadanie o bagatela 5:30 (!) Mój rekord. Nigdy nie wstawałam o tej godzinie, ale głupio bym się czuła gdyby Poppy i Lou odjechali spod mojego domu, a ja bym słodko ucinała komara. Nie..... To by było nie do przyjęcia.
***
Taksówka stała już pod domem, a my w korytarzu. Chciało mi się płakać.
- Dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję, że podtrzymywaliście mnie na duchu i dziękuję ci Poppy, że przyjeżdżając tutaj powtórnie, wybaczyłaś mi wszystko.
- A ja ci dziękuję, że zmieniłaś moje życie i pokazałaś mi, że szaleństwo zaczyna się dopiero za murami szkoły. Dziękuję.
- No to przytulas. - Rzekł Loui.
To był bardzo emocjonujący moment. Przytuliliśmy się wszyscy razem, a kiedy dwójka zakochanych opuściła mój dom, pobiegłam do mojego pokoju, zabrałam telefon, a z korytarza drapnęłam klucze od domu. Nie próżnowałam. Nie obchodziła mnie wczesna pora. Wyszłam. Powietrze było rześkie. Szłam 5 minut. Tyle czasu wystarczyło by stanąć po drzwiami jego domu. Nie pukałam, ani nie dzwoniłam, tylko weszłam. Skierowałam się wprost do jego sypialni, uprzednio mijając oszołomioną moim widokiem panią od sprzątania. Przywitałam się z nią szeptem. Moją uwagę przykuły butelki po różnych alkoholach i gazeta, a na niej nagłówek: Zapłakana Rose Collins wybiega z domu swojego ex, Harry'ego Styles'a. Czy znów ją skrzywdził? Moja pierwsza myśl jaka nasunęła mi się to; skąd oni to wiedzą? Przecież nie widziałam żadnych wścibskich oczu. Chyba, że byłam tak przejęta całą sytuacją, że nikogo nie widziałam.... Nie ważne.....
Zatrzymałam się pod drzwiami jego sypialni, wzięłam głęboki oddech i weszłam.
Usiadłam na rogu łóżka, a Harry spał, całkiem rozwalony na wszystkie "cztery strony świata". Po krótkiej chwili zaczęłam go szturchać.
- Co? - Wymamrotał nie zdając sobie jeszcze sprawy, kto znajduje się obok niego.
- Jajco.
Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


