środa, 23 grudnia 2015

Christmas is coming...... Imagin dla Victorii Moore/Niall

            Odkąd Mullingar zostało zasypane śniegiem jesteśmy zdani sami na siebie. Zero łączności z miastem. 
- Coś czuję, że te święta będą bardzo ciekawe... - Mówię sarkastycznie sama do siebie wyglądając przez okno, za którym na chwilę obecną widzę tylko kilka osób próbujących przedostać się przez zaspy białego puchu.
           Odchodzę od okna i siadam w wielkim fotelu przed kominkiem, z którego bucha przyjemny żar ciepłego powietrza. Na stoliku, w kubku jest moja owocowa herbata, zapewne już całkiem zimna, bo nie ulatnia się z niej żadna para wodna. Właśnie zdaję sobie sprawę, że w końcu nastała ta wiekopomna chwila, kiedy właśnie cofamy się o dobre 200 lat wstecz. Jest pełno śniegu, nie ma Internetu, ani prądu, a ludzie w końcu zaczynają żyć. Słyszę radosne krzyki przed moim domem. To dzieci, które właśnie wybiegły na dwór i rzucają się kulkami zrobionymi ze śniegu. To dokładnie te same dzieci, którym każdego dnia Internet i telewizja dyktują każdy krok w realnym życiu.
           Wstaję z siedziska i podchodzę do olbrzymiego regału z przeróżniastymi książkami, w których mogę wybierać od klasyki thrillerów po fantastykę. Moją uwagę przykuwa dawano już nieczytana przeze mnie "Plaża Babylon". Biorę ją w moje dłonie i uważnie przyglądam się okładce.
- Pamiętam jak ich życie (milionerów i miliarderów) mi imponowało, ale z drugiej strony obrzydzało. Nigdy nie mogłam pojąć co niektórych ich zachowań i tego jak można nie szanować cudzej pracy lub wymuszać rzeczy, które są nie do osiągnięcia . - Myślę.
Po chwili dumania oddalam się od książek i tym razem siadam bliżej kominka, by blask padający od niego dobrze oświetlał mi czytane przeze mnie strony.

***

            Minęły solidne dwie godziny, kiedy z amoku czytania wyrywa mnie ciężkie pukanie w drzwi. Podnoszę wzrok znad książki trochę zdezorientowana, lecz po chwili, gdy słyszę ponowne stukanie, wstaję i udaję się w stronę drzwi.
- W końcu otworzyłaś. Już myślałem, że cię nie ma. - Mówi słodki blondyn z czapką renifera na głowie.
- Niall! - Krzyczę pełna entuzjazmu i rzucam mu się na szyję. - Już myślałam, że nie dojedziesz przez ten śnieg. Wchodź do środka, ściągaj kurtkę i tą twoją oldschoolową czapkę.
- W całym mieście nie ma światła? - Pyta.
- Nie, bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Byłeś już u rodziców?
- No coś ty. Z tobą mieszkam, a nie z mamą i tatą.
Uśmiecham się na te słowa, które są utwierdzeniem, że nie jest typowym maminsynkiem, a ten typ facetów jest najgorszy ze wszystkich.
- Chcesz coś do picia albo do jedzenia? - Proponuję.
- Nie. W Londynie poszedłem przed odlotem na lunch z chłopakami i nie jestem głodny. Wercia, mam pytanie.... Zdążyłaś zrobić zakupy na jutrzejszą Wigilię?
- Ty tylko o jednym. - Śmieję się. - Nie martw się, zdążyłam. Zapasy są i z głodu nie umrzesz.
- To dobrze. - Na jego twarzy pojawia się uśmiech. - Idę zanieść walizkę z ciuchami do pralni.
- Weź latarkę. - Wskazuję na stolik w korytarzu.
- Racja. - Stuka się w głowę i zmierza w kierunku czarnego przedmiotu, w którym drzemie potężna moc światła.
           Kilka minut później, Niall znów pojawia się na moim horyzoncie i coraz bliżej przybliża się do mnie.
- Weronika, ja wiem, że Wigilia dopiero jutro, ale ja nie mogę dłużej czekać.
Przez moją głowę przebiegają tysiące myśli, nie wiem czego mogę się za chwilę spodziewać.
Ten słodziutki żarłoczek przyciąga mnie do siebie i mocno przytula. Nie wiem co mam powiedzieć. Kiedy wypuszcza mnie ze swoich silnych ramion, z rękawa sweterka wyciąga małe, czarne pudełeczko i bez słów mi wręcza. Zauważam, że uśmiecha się nerwowo w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Niall, co to jest? - Pytam pozytywnie przerażona.
- Otwórz to się przekonasz.
Pomalutku uchylam wieczko pudełeczka, a moim oczom ukazują się kluczyki. Tak, kluczyki.
Uśmiecham się szeroko i spoglądam moimi brązowymi oczami na postać przede mną.
- Pamiętasz jak kiedyś mówiłaś, że chciałaś mieć Jeepa i wysiadać z niego na parkingu w szpileczkach?
- Mój Boże... Niall, ty chyba żartujesz? - Pytam z szeroko otwartymi gałkami ocznymi.
- Nie. Dokładnie 6 godzin temu pojechałem z Carolą do salonu samochodowego w Londynie. To, że ona zna twój gust, wie co ci się może podobać, więc skutkiem wojny i kompromisu oboje doszliśmy do porozumienia, że ten model co wybraliśmy będzie trafiony i z pewnością ci się spodoba. A z racji tego, że ciężko jest się tu dostać, to jutro, w Wigilię przyjadą nim Harry z Carolą.
- Kocham cię! - Krzyczę, a z moich oczu zaczynają spływać łzy szczęścia.
Nie mogę się powstrzymać.... Rzucam się na jego usta i w ramach podzięki gorąco całuję. Odrywam się na chwilę by złapać oddech, szepczę ciche "dziękuję" i wracam do robionej wcześniej czynności.

WIGILIA

            Budzę się cała w skowronkach, a do moich nozdrzy dochodzi słodki zapach kakaa i jajecznicy. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a słońce pięknie świeci odbijając swój blask w śniegu przez co wydaje się, że jest bardzo jaskrawo. Wstaję z łóżka by otworzyć okno. Delikatnie, na czubkach palców stąpam po lodowatej podłodze. Uchylam okno by zaczerpnąć świeżego powietrza, lecz atakuje mnie siarczysty mróz. Cofam się i z powrotem siedzę pod ciepłą kołdrą w czerwone wzory. Spoglądam na ekran swojego telefonu i dostrzegam kilka wiadomości, których nie sprawdzam.
- Dzień dobry kochanie! - Wchodzi Niall z tacą na której trzyma posiłek.
- Śniadanie do łóżka... Kochany jesteś.
- Dla ciebie wszystko.
Podaje mi śniadanie na kolana, a sam pakuje się obok mnie.
- Smacznego. - Mówi i pokazuje swoje białe zęby. - Jest już prąd i od rana działają odśnieżarki.
- To świetnie! - Odpowiadam z pełną buzią. Nialluś, kochany mój, wiedziałam, że kochasz jeść, ale że tak pyszną jajecznicę robisz to jestem w szoku.
- Widzisz Wera, nie doceniasz mnie.
- Palnęłabym cię poduszką w głowę, ale rozlałoby się kakao, a ja nie mam zamiaru w Wigilię włączać automatu.
- To nawet całkiem fajnie. - Mówi zamyślony.
- Co fajnie? Co ty kombinujesz? - Pytam.
- Ja? Nic.
- Niall....? Znam ten ton głosu.
- No dobra. Wiem, że dzisiejszą kolację mieliśmy spędzić tylko we dwoje, ale z racji tego, że Carola z Harrym dzisiaj przyjadą to ja z Haroldem wymyśliliśmy coś innego.
- Carola o tym wie?
- Nie.
- Zaczynam się bać, bo kiedy Harry rzuci głupim do potęgi entej pomysłem, cała wasza trójka się szczerzy i jesteście za tą propozycją.
- Weronika, obiecuję ci z ręką na sercu, że to będzie najlepszy dzień w twoim życiu.
- Najcudowniejszy dzień był wtedy, kiedy cię po koncercie spotkałam, więc nie wiem jak ty to przebijesz. - Głupio się śmieję.
- Jeszcze się zdziwisz.....



***


              Stoję w korytarzu z moją i Nialla, którąś z jego pokaźniej kolekcji walizek, walizką. Blondyn szpera w jednej z szuflad z dokumentami i szuka dowodu rejestracyjnego od samochodu, którym mamy jechać. Słyszę charakterystyczny dźwięk. Jestem pewna, że dostałam wiadomość. Ściągam rękawiczkę z prawej ręki i wyjmuję telefon z torebki, w której mam rysownik i ołówek. 
OD CAROLINE: Hej Słońce! :* Zjechaliśmy już z promu i nie wiem co się dzieje, ale Harry prowadzi mnie w jakieś krzaki.... Dosłownie. Wiesz coś o tym?
DO CAROLINE: Zastrzeliłaś mnie tym pytaniem. Nic nie wiem. Niall nic mi nie mówił, powiedział tylko, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu..... O.o
OD CAROLINE: No to całkiem nieźle.... Jeśli za jakiś czas okaże się to głupim żartem, albo dennym pomysłem, nie musimy nawet zgadywać kto był pomysłodawcą...
DO CAROLINE: Taaa... Nasz Haroldzik....

             Włożyłam telefon do torebki, a na "nagą" dłoń założyłam uprzednio ściągniętą rękawiczkę.
- I co, znalazłeś? - Pytam.
- Tak. Możemy jechać. Nie! Nie możemy jechać!
- Co znowu?
- Zapomniałem o gitarze!


***

             Na dworze pomału robi się ciemno, dochodzi godzina 16:30, a my nadal jedziemy. Ku mojemu zdziwieniu wjeżdżamy w jakąś polną drogę. Wokół nas nie ma nic, tylko drzewa, las. Niall podaje mi do rąk czarną chustę i każe zawiązać oczy.
- Po co mam to zrobić? - Pytam.
- Nie zadawaj zbędnych interpelacji (pytań). Jeszcze 5 min drogi. Zaufaj mi.
Biorę głęboki oddech i zawiązuję swoje oczy.
             5 minut ciągnęło mi się w nieskończoność. Miałam wrażenie, że w ciągu tych paru minut zdążyłabym narysować stos obrazów i myślę, że wyszłyby całkiem nieźle.
             Słyszę charakterystyczny dźwięk zaciąganego hamulca ręcznego.
- Ściągnij chustkę.
Robię to co każe mi blondyn, a chwilę po tym, moim oczom ukazuje się oświetlona lampkami chatka na środku polany wokół, której nie ma nic oprócz lasu. Prawdę mówiąc najbardziej moją uwagę przykuwa stojący przed domem wielki samochód. Z racji tego, że jest już ciemno wytężam wzrok by dokładniej przyjrzeć się formie samochodu.
- Na co czekasz. - Mówi Niall śmiejąc się.
Wybiegam z pojazdu, w którym aktualnie się znajduję i prędko gnam do drugiego samochodu. Oglądam go z każdej strony. W końcu wchodzę do środka, dotykam kierownicy i folii, którą okryte są siedzenia. 

- Zadowolona?
- No wiesz. Teraz schodzisz na boczny tor, bo moją nową miłością jest ten o to cudowny samochód. Pogódź się z tym Niall.
- Jakoś przeżyję... - Mówi, próbując udawać rozpacz, lecz kiepsko mu to wychodzi.
Wychodzę z pojazdu i łapczywie całuję Nialla, tak jakby zaraz miałoby go nie być.
- Pocałunki przy -25. Tego mi było trzeba. - Szepcze blondyn.
- Dobra hołota. Dosyć tych czułości! - Mówi Carola wychodząc przed domek razem z Harrym.
- Caroline, Harry! - Krzyczę. Odrywam się od Niallerka i szybkim krokiem podchodzę najpierw do Caroline, a potem do Harolda i mocno ich wyściskuję.
- Dziewczyny, idźcie do środka, a ja z Niallem wniesiemy bagaże. 


KOLACJA

           Złożyliśmy sobie życzenia i właśnie zajadamy się różnymi pysznościami, które przygotowała Carola razem z Harrym. Błąd! Sama Carola, bo Harry jeśli chodzi o gotowanie to ma dwie lewe ręce. Kiedyś chciał zupę ugotować. Postawił na palnik garnek z wodą i poszedł coś robić. Dobrze, że mieszkanie się nie spaliło....
- Jestem nie najedzony, lecz nażarty. Pękam w szwach. - Mówi Niall.
Patrzymy się z niedowierzaniem, a w naszych oczach przewija się pytanie: "A może on jest chory? To nie możliwe.... On najedzony?!"
- Dobra panie i drogi Styles'ie, ja porywam moją Polish Piękność na spacerek, a wy macie dom do dyspozycji.
Harry i Carola umownie wymienili się spojrzeniami co o czymś świadczyło.... 


***

            - Niall gdzie ty mnie prowadzisz?
- Zaraz zobaczysz.
- I po co ci ta gitara na plecach? Nie. Patrz. Tam się pali ognisko. Ja nigdzie nie idę. A jak to jakiś bandyta, złodziej, pijak, a może gwałciciel? Ja się boję.
Mój kochany chłopak trzyma mnie za rękę i w takiej chwili, chwili zgrozy szczerzy swoje zęby, że o mało mu nie wypadną.
- Z czego ty się tak cieszysz?
- Bo tam nikogo nie ma. To ognisko miało być rozpalone.
- Świetnie. Zawsze marzyłam o śpiewaniu piosenek w środku lasu i to jeszcze przed północą... - Myślę.
Przez chwilę zapada między nami niezręczna cisza, aby ją przerwać zaczynam śpiewać.
- Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, może mnie o rękę prosić chociaż dziś. Nanananana nie pamiętam jak to dalej szło.
Choć jest ciemno zauważam kątem oka, że Nialler znów się uśmiecha. Nie wiem co mu dzisiaj się stało, ale jest tak radosny, że zastanawiam się czy on jest na pewno trzeźwy.
- Piłeś coś dzisiaj?
- No coś ty. Przecież samochód prowadziłem.
- To co ty taki wesolutki jesteś?
- Usiądź. - Niall wskazuje na kłodę drzewa obok rozpalonego ogniska, a sam stoi naprzeciw mnie.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy. Było to po koncercie, wypadł ci telefon i go znalazłem. Wtedy nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Cały czas patrzyłem i patrzyłem i nie mogłem nasycić się twoim widokiem. Miesiące mijają, a ja chcę więcej i więcej. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, ale teraz już wiem: jestem w tobie zakochany. Jestem zakochany i jednocześnie przerażony, że ciebie stracę. Dlatego nie chcę ryzykować ani chwili dłużej. - W tym momencie Niall klęka przede mną, a z kieszeni kurtki wyciąga czerwone pudełeczko. Weronika, czy zostaniesz moją żoną?
Jestem poruszona i wzruszona, moje oczy wypełniają się łzami. Mam do wyboru dwa magiczne słówka, bez namysłu wybieram...
- Tak! Wyjdę za ciebie! - Wstaję z kłody i tulę się mocno do blondyna.
- Tak się cieszę! Kocham cię tak bardzo mocno!
- Ja ciebie też!
Nasze usta łączą się w długim i namiętnym pocałunku. Jeszcze chwilę temu myślałam, że zamarznę. Teraz jestem rozpalona do czerwoności.
Kiedy przestajemy się całować, a pierścionek pięknie błyszczy w blasku księżyca, Niall przejmuje inicjatywę.
- Z racji tego, że mamy Wigilię muszę ci zagrać i zaśpiewać jedną piosenkę.
Usiadłam z powrotem na moje wcześniejsze miejsce i zamieniłam się w słuch.
        Pierwsze akordy.... Znam to!
Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special....


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam Was Kochani! :* Dostałam w wiadomości prywatnej zamówienie na imagin z Niallem dla Victorii Moore. Podchodziłam do niego kilka razy i ostatecznie wyszło mi coś takiego. :) Wiem, że mistrzem pisania imaginów nie jestem, ale myślę, że wyszło mi całkiem do przegryzienia. :) Opinie zostawiam Wam, a przede wszystkim Weronice. :*
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z racji tego, że jutro jest Wigilia to pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Od razu mówię, że nie jestem fanką, kopiuj-wklej dennych życzeń, czy też świątecznych wierszyków. ;)

W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazda Betlejemska drogę wskaże.
Zapomnijmy o idiosynkrazji*,
otwórzmy skrzynię pełną słodkich marzeń.
Niechaj Niewinność z Panem Bogiem,
jak Trzej Królowie z darami swoimi,
staną cicho za Waszym progiem,
by urealnić to, co dotąd było marzeniami.
Ciepłem serc otulmy naszych bliskich
i uśmiechnijmy się do siebie.
Magia Świąt niechaj zjedna wszystkich,
Niech wszystkie spory odejdą w kąt,
Niech zamartwienia i smutki, które
towarzyszyły Wam dotychczas ulotnią się
niczym niewidzialna mgiełka, a Nowy Rok,
który nadchodzi wielkimi krokami, niech
przyniesie Wam same pozytywy i radość z
życia.
 

WESOŁYCH ŚWIĄT KOCHANI I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2016 ROKU! 
     
*niechęć do innych   


sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 16

3 DNI PÓŹNIEJ

             Tak. Właśnie tyle minęło od wyjścia na światło dzienne feralnej prawdy, która satysfakcjonowała tylko i wyłącznie Harry'ego.
- Rose? - Zapytała niepewnie Poppy, wchodząc do mojej sypialni.
- Co chcesz?
- Nie możesz siedzieć w tym pokoju całe wieki. Minęły już 3 dni, a zapuściłaś się jak menelka. Rozejrzyj się jaki tu syf. Rose, popatrz na mnie. - Podeszła do mnie i ujęła moją twarz w swoje dłonie. - Powiedz mi, czego ty się spodziewałaś? Myślałaś, że jak ty mu powiesz to inaczej zareaguje? Myślałaś, że rzuci ci się na szyję i wszystko ci wybaczy, na pstryknięcie palcem?
- Zostaw mnie! - Wyrwałam się blondynie.
- Rose! Popatrz mi prosto w oczy i opowiedz!
Po krótkiej chwili podniosłam wzrok na Poppy.
- Nie, wcale tak nie myślałam! Zadowolona?!
- Tak.
- Teraz wyjdź.
- Ale....?
- Wynocha! - Trzasnęłam drzwiami tuż za jej plecami.
Wzięłam telefon do ręki i wybrałam numer Liama. Miałam malutką, wręcz mikroskopijną iskierkę nadziei, że odbierze. Na próżno.... Abonament niedostępny, nagraj wiadomość głosową......

POPPY


            Nie wiem co ja mam zrobić by ta dziewczyna wzięła się w końcu w garść. Zawsze taka silna psychicznie, mocna w gębie, a teraz? Zupełnie inna osoba. Ja wiem, że ona kocha Liama, ale jak się kogoś kocha to nie powinno wyrządzać mu się takiej krzywdy. Z jednej strony sama sobie nawarzyła piwa, ale z drugiej, kto chciałby się przyznać do brudów z przeszłości, a Li wiążąc się z nią jeszcze w szkole, powinien mieć na uwadze, że Rose do grzecznych nie należy. Powinien wiedzieć, że złego byka nie tak łatwo okiełznać.
          Ale cóż. Ja czasu nie cofnę. Było minęło, a ta dziewczyna naprawdę musi wziąć się w garść, bo będzie coraz gorzej. Warto zaznaczyć, że już jest tragicznie, aż boję się co będzie jutro, a broń Boże po jutrze....
         Przez te trzy dni w mojej głowie mam tylko Rose i Liama. Ciągle myślę na ich temat, a powinnam chyba pogadać z Lou o tym wszytskim, w końcu to jego kuzyn. A zresztą, teraz to pewnie nie będą się do siebie latami odzywać.....
         Usiadłam w salonie przed telewizorem, gdzie już wcześniej, na wielkiej sofie usadowił się Louis.
- I jak z nią? - Zapytał.
- Kiepsko.... Nie odzywa się, a jeśli już, to z wielkim przymusem i złością. Ona się załamała, a w pokoju u niej jest jedna wielka melina.
- Mogę dać sobie uciąć rękę, że z Liamem jest podobnie. Jest bardzo wrażliwy i kochał Rose. Za to mnie znienawidził i jak sobie pomyślę, że będziemy musieli się spotkać na jakiejś uroczystości rodzinnej to zaczyna mnie mdlić. Ja wiem, że to moja wina, ale cholera, jesteśmy kuzynami, od dziecka razem, najlepsi kumple. Może jeszcze Li zachowałby się inaczej gdyby nie to, że niestety dwa razy przespałem się z Rose i myślę, że nawet to go mogło zaboleć bardziej, niż ten cały Harry.
- Pewnie masz rację, ale musimy ją stąd wyrwać. Ona nie może do końca swojego życia siedzieć zamknięta.
- No dobrze, ale pytanie za 100 punktów, jak chcesz to zrobić?
- Nie wiem, Louis, nie wiem. Coś wykombinuję.
- A może ją na zakupy zabierz, w końcu to jest czynność, którą kobiety kochają najbardziej.
- To nie jest dobry pomysł. A jak spotkamy, a w szczególności ona spotka Harry'ego? Przecież z tego co mi się wydaje i wiem to ten narcyz pół życia spędził w galerii i w butikach i pewnie wiele jeszcze czasu tam pobędzie.
- No to może do kina na jakiś film, albo do kawiarni na jakąś dobrą kawę i ciastko?
- Ten pomysł już o wiele lepszy, ale ona na to nie pójdzie jak wprost jej powiem, żeby ze mną poszła. Trudny orzech do zgryzienia z nią mamy.... Wiem..... A może ty z nią pogadaj.
- Jak to? Ja?
- A widzisz tu innego Louisa?
- No nie.
- No to masz odpowiedź.
- Ale co ja mam jej powiedzieć?
- Louis, nie wiem. Ja nie potrafiłam do niej przemówić, bo kiepski ze mnie psycholog, ale może tobie się uda. W końcu znasz ją trochę lepiej niż ja....
- Sarkazm?
- Tak.
- Dobra, szkoda mitrężyć czas. Idę.

***

          - Rose? Jesteś tam? Halo? Rose? Mogę wejść?
Cisza.
- Rose, wpuść mnie, chcę tylko porozmawiać.
Cisza
- Pros....
- Nie mamy o czym!
- Błagam cię, otwórz te drzwi.
- Nie! Idź stąd! Chcę być sama!
- Jesteś sama od trzech dni. Nie możesz tam ciągle siedzieć.
- Powiedziałam idź stąd!
         Louis tylko ciężko westchnął i zszedł na dół, do kuchni. Ja w tym czasie przygotowywałam coś do jedzenia.
- I jak? - Zapytałam.
- Beznadziejnie.
- Czyli?
- Nie wpuściła mnie nawet do środka.
Oparłam się o blat, a ścierkę kuchenną, którą trzymałam w prawej dłoni zarzuciłam na ramię.
- Czyli jest jeszcze gorzej....
- Raczej tak.
- Dosyć tego! Pilnuj sosu by się nie przypalił i makaronu, żeby się nie rozgotował, a ja idę zrobić jej terapię wstrząsową! - W tym samym momencie podałam ścierkę Lou i stanowczym krokiem ruszyłam do pokoju dziewczyny o hebanowych włosach.
           Stanowczo i nie bawiąc się w pukanie do drzwi weszłam do pokoju Rose.
- Co się tak patrzysz? Wstawaj, a nie gnijesz w tym łóżku!
Podeszłam do garderoby i wyciągnęłam z niej ręcznik, czystą bieliznę i ubrania, które rzuciłam prosto w ciemnowłosą. - Masz 3 sekundy, by podnieść swój zadek i iść do łazienki, którą masz 5 kroków dalej.
Moja przyjaciółka już podniosła rękę, już chciała coś powiedzieć, jednak nie pozwoliłam jej na to.
- Bez żadnych p r o t e s t ó w. Idziesz i się nie odzywasz.
Widziałam, że trochę się przestraszyła widząc we mnie taką stanowczość, ale to dobrze. Albo użala się nad sobą, albo udowodni Liamowi, że zrobi wszystko, aby go odzyskać, bo gębą wiele nie narobi.... 
          W czasie, kiedy Rose brała prysznic, pozwoliłam sobie wziąć odkurzać, byle jakie wiaderko, płyn do podłóg i jakąś szmatę znalezioną w garażu. Musiałam pomóc dziewczynie, bo wiedziałam, że ona dzisiaj na pewno nie posprząta swojego burdelu. Tak więc, poskładałam do garderoby walające się po podłodze ciuchy, wytarłam kurze, odkurzyłam i umyłam podłogę. Po skończonych porządkach, które wydawały się, że zajmą mi całą wieczność, zamknęłam pokój dziewczyny na klucz, a na drzwiach zostawiłam kartkę: Zejdź do kuchni, bo do pokoju i tak się nie dostaniesz. 


ROSE

         Nie mam zielonego pojęcia co ta dziewczyna wyprawia. Jej się fajnie gada, bo ma Lou, który nie zdradził jej, chodząc z nią i jest fair w stosunku do niej. Co prawda, to prawda, nie mogę całe życie się użalać, ale jak mam zachowywać się inaczej? Mam mętlik w głowie. Nie wiem, czy mam iść do Harry'ego, pogadać z nim na spokojnie, wyjaśnić wszystko, czy dać sobie z nim spokój. Tak bardzo chciałabym odzyskać Liama, ale teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać, muszę dać mu czas na przemyślenia. Z drugiej strony... Kogo ja oszukuję? Przecież on ma mnie za dziwkę, która puszcza się z pierwszym lepszym napotkanym facetem.
        Po 45-cio minutowym zawodzeniu pod prysznicem, stwierdziłam, że pora wyjść, bo jeszcze trochę i ta dwójka z dołu może wyważyć drzwi od łazienki. 


***

        - No w końcu jesteś. - Rzekł Louis, delikatnie się uśmiechając.
- Dzięki Poppy, że wyrwałaś mnie z tego molochu. Gdyby nie ty, pewnie utkwiłabym tam na wieczność.
- Daj spokój. W końcu od czegoś ma się najlepszych przyjaciół. Teraz siadaj i podaję ci spaghetti.
- Super! Od trzech i w zasadzie pół dnia, nie jem nic porządnego, więc z miłą chęcią coś skonsumuję.
        Dostałam do dyspozycji cały, kopiasty talerz makaronu z sosem i całą górą sera. Pewnie przytyję po tym z 5 kg, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. 
- Nie wiem, które z was to robiło, ale jest to tak nieziemsko pyszne, że brakuje mi słów! - Powiedziałam z pełną buzią, przez co trochę sepleniłam. 
- Ja tylko pilnowałem, żeby się nie przypaliło. - Odparł Lou.
- Eeeee tam. To zwykły makaron i nic więcej.
- Może zwykły makaron dla ciebie, ale dla mnie siódmy cud!
- A jak się czujesz?
- Dzięki Po. O wiele lepiej. - Posłałam uśmiech blondynie.
- To dobrze, że lepiej, bo jutro rano mamy samolot do Londynu. - Poinformował mnie Loui.
- Co?
- Dzisiaj jest 25. Musimy już wracać, a Poppy i ja nie pojechalibyśmy, gdybyś nie wyłoniła się ze swojego pokoju.
- Zabralibyśmy cię ze sobą. - Dodała Po.
        Szczerze mówiąc zatkało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Straciłam rachubę czasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że już jest końcówka sierpnia, więc podwójnie nie mogę się załamać. 


RANEK, 26 SIERPNIA 

        Wstałam o godzinie 5 rano (Lou i Poppy jeszcze spali) i postanowiłam przygotować im kanapki na drogę i śniadanie. Nie jestem wybitną kucharką, więc śniadanie nie było wykwintne, ale za to smakowite. W końcu kto nie lubi naleśników? Postawiłam na stole w jadalni talerz naleśników, nutellę, dżem oraz kawę i sok, a kanapki zapakowałam do podręcznej torby Poppy.
- Co tak pachnie? - Zapytała Po wchodząc do kuchni razem z Louisem.
- Zapraszam do jadalni.
       Zjedliśmy śniadanie o bagatela 5:30 (!) Mój rekord. Nigdy nie wstawałam o tej godzinie, ale głupio bym się czuła gdyby Poppy i Lou odjechali spod mojego domu, a ja bym słodko ucinała komara. Nie..... To by było nie do przyjęcia. 


***

          Taksówka stała już pod domem, a my w korytarzu. Chciało mi się płakać.
- Dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję, że podtrzymywaliście mnie na duchu i dziękuję ci Poppy, że przyjeżdżając tutaj powtórnie, wybaczyłaś mi wszystko.
- A ja ci dziękuję, że zmieniłaś moje życie i pokazałaś mi, że szaleństwo zaczyna się dopiero za murami szkoły. Dziękuję.
- No to przytulas. - Rzekł Loui.
         To był bardzo emocjonujący moment. Przytuliliśmy się wszyscy razem, a kiedy dwójka zakochanych opuściła mój dom, pobiegłam do mojego pokoju, zabrałam telefon, a z korytarza drapnęłam klucze od domu. Nie próżnowałam. Nie obchodziła mnie wczesna pora. Wyszłam. Powietrze było rześkie. Szłam 5 minut. Tyle czasu wystarczyło by stanąć po drzwiami jego domu. Nie pukałam, ani nie dzwoniłam, tylko weszłam. Skierowałam się wprost do jego sypialni, uprzednio mijając oszołomioną moim widokiem panią od sprzątania. Przywitałam się z nią szeptem. Moją uwagę przykuły butelki po różnych alkoholach i gazeta, a na niej nagłówek: Zapłakana Rose Collins wybiega z domu swojego ex, Harry'ego Styles'a. Czy znów ją skrzywdził? Moja pierwsza myśl jaka nasunęła mi się to; skąd oni to wiedzą? Przecież nie widziałam żadnych wścibskich oczu. Chyba, że byłam tak przejęta całą sytuacją, że nikogo nie widziałam.... Nie ważne.....
          Zatrzymałam się pod drzwiami jego sypialni, wzięłam głęboki oddech i weszłam.
          Usiadłam na rogu łóżka, a Harry spał, całkiem rozwalony na wszystkie "cztery strony świata". Po krótkiej chwili zaczęłam go szturchać.
- Co? - Wymamrotał nie zdając sobie jeszcze sprawy, kto znajduje się obok niego.
- Jajco.
         Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 15

         Minęły dokładnie dwa tygodnie od moich urodzin, moich najlepszych urodzin jakie obchodziłam w ciągu wszystkich lat mojego życia.
         Zbliża się pomału koniec sierpnia, a za tym idzie wyjazd Poppy do Anglii. Lou i Liam też pewnie pojadą, tym bardziej, że ostatnio mama Li jest strasznie nachalna. Dzwoni bardzo często za byle pierdołą, co doprowadza mnie lekko mówiąc do szału.
         Zmieniając temat. Umówiłam się dzisiaj z Zaynem na spotkanie, do którego myślałam, że dojdzie wcześniej, ale nie znalazłam grama czasu, co jest oczywiście pretekstem, bo chciałam by ostatnie wydarzenia trochę ucichły. Najzwyczajniej w świecie bałam się Harry'ego. Miał mnie w garści i nadal ma.
         Przez ostatnie dwa tygodnie nie wydarzyło się nic spektakularnego, oprócz jednego. Poppy i Lou są razem! Jestem z tego powodu mega szczęśliwa. W końcu nic nie zapowiadało, że stworzą jakikolwiek związek. Lou w ogóle nie palił się zapłon, by zagadać do Poppy. Wydawało się, ze ich stosunki już zawsze będą utrzymywały się na relacji czysto koleżeńskiej, ale jednak! Zauważył w końcu dyskretne sygnały jakie wysyła mu Po.
        Aktualnie jest przed południem, za oknem żar (tradycyjnie) i właśnie wybieram się na spotkanie z Zaynem, ale najpierw muszę po niego pojechać, bo chłopak nie ma swojego samochodu, a Harry nie pożyczy mu swojego "muzealnego" gruchota, ani żadnego innego pojazdu.
- To ja wychodzę! - Krzyknęłam stojąc jedną nogą w domu, a drugą na zewnątrz.
- Chwila.
- Co?
- Gdzie ty idziesz, a w zasadzie jedziesz? - Zapytał Li.
- Mam ci kupić lecytynę na pamięć? Przecież mówiłam ci wczoraj, że jestem dzisiaj umówiona na spotkanie z koleżanką.
Tak, kłamstwo numer tysiąc jeden....
- Aaaaa, no tak. Zapomniałem. No to jedź, bo się jeszcze spóźnisz.
Cmoknęłam go w usta i wyszłam.
        Włożyłam kluczyki do stacyjki samochodu i ruszyłam kilka domów dalej. Umówiliśmy się z Zaynem, że ma czekać na mnie pod domem, bo nie mam ochoty na żadną konfrontację z Harrym, ale widocznie mnie nie posłuchał.
- Trudno. - Burknęłam sama do siebie i wyszłam z samochodu, prosto pod drzwi długowłosego i zadzwoniłam dzwonkiem, raz, drugi, trzeci raz.
Nikt nie otwiera.
- Czy ktoś tu robi sobie ze mnie jaja?! - Wrzasnęłam.
- Nie pieklij się tak, kochanie. Złość piękności szkodzi. - Powiedział Harry, kiedy otworzył drzwi wejściowe.
- Daruj sobie, Styles.
Niebotycznie wysokie szpilki sprawiały, że mogłam mu patrzeć prosto w oczy, z taką pogardą i obrzydzeniem, jakich dawno mój wzrok nie przejawiał w spojrzeniach.
- Nie patrz się tak na mnie, bo jeszcze jakiś urok rzucisz.
- Ciebie to naprawdę bawi?!
- Tak, a nie widzisz?
Właśnie w tym momencie zrobił tą swoją uwodzicielską minę. Chyba myślał, że na mnie podziała.
- Wiesz co? Jesteś tępy jak moja temperówka z przedszkola!
- Tępy? Oh.... Dzisiaj się przekonamy kto jest tępy, więc waż słowa, kotku.
- Dobra, nie chce mi się z tobą gadać. - Wyminęłam go i weszłam do korytarza. - Zayn! Ruchy! Ile można na ciebie czekać?!
- Już schodzę!
Obróciłam się i właśnie miałam opuścić ten przeklęty dom, kiedy ten ułomny człowiek o imieniu Harry, zasłonił mi drogę.
- Możesz mi powiedzieć co ty robisz?
- Jak to co? Stoję.
- To się przesuń i nie stój jak ciele malowane na środku.
- Ależ proszę.
Wsiadłam do samochodu, a ten drań stał, oparty o framugę drzwi i lampił się jak nie powiem kto.
- Daj jej spokój. - Powiedział Zayn.
- To nie twoja sprawa. Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz, ale wiesz dobrze, że ta intryga nikomu nie wyjdzie na dobre...... Będę później. - Cześć Rose. Wybacz, że tyle musiałaś czekać, ale musiałem wyglądać jak człowiek.
- Nic nie szkodzi. Właśnie widzę, że wyglądasz jak z okładki.
- Dzięki. To gdzie jedziemy?
- Myślałam o takiej knajpce w Malibu. Jest na poboczu drogi. Pewność, ze nikt nas nie podsłucha, a przede wszystkim, nie spotkamy żadnego z naszych wspólnych znajomych.
- Dobra, a skąd pewność?
- Zaufaj mi.
- Ufam. Zmieniając temat. Muszę ci coś powiedzieć.
- Słucham, choć trochę jestem przerażona.
- Powiem prostu z mostu bez owijania w bawełnę.
- No dobrze, mów.
- Harry ciągle o tobie mówi.
- Co?!
- Uważaj! Patrz na drogę!
Złapałam kierownicę dwiema dłońmi i patrzyłam przed siebie.
- Powiedz mi, jak mówi o mnie? Przecież my oboje za sobą nie przepadamy.
- Nie. On cię lubi, nawet bardzo.... Nie może przełknąć, że ułożyłaś sobie życie z jakimś angolem, a nie z nim.
- Słucham?!
- Tak. On wie, że źle zrobił, ale nie potrafi się do tego przyznać.
- Nie wierzę.... Ale przecież jego zachowanie wobec mnie ciągle sugeruje coś innego.
- Bo nie chce stracić swojego statusu "macho".
- Dobra. Ten człowiek jest dziwny.... Na szczęście już dojeżdżamy i koniec tematu o Harrym.

KILKA CHWIL PÓŹNIEJ

          - Pięknie tu i rzeczywiście, dość ustronnie.
- A nie mówiłam? Ale mniejsza z tym. Nie przyszliśmy podziwiać knajpki tylko porozmawiać.
- Racja.
- Jak udało ci się zbiec, już dwa lata temu? Ale ten czas leci.....
- Powiem ci, że sam nie wiem. Nadarzyła się okazja, kiedy mogłem wyrwać się z tego bagna i zaszyłem się w Nowym Jorku. Czułem się tam komfortowo, a przede wszystkim anonimowo. Były małe szanse, że ktoś mnie znajdzie w centrum tej metropolii.
- No dobrze. I jak tam żyłeś?
- Pracowałem w galerii handlowej, jako sprzedawca, a mieszkałem w malutkiej kawalerce obok Manhattanu.
- I mam rozumieć, że Harry o wszystkim wiedział?
- Tak. To on załatwił mi pracę i mieszkanie oraz donosił mi jak sytuacja z tobą, czy wszystko się już uspokoiło.
- Czemu on mi nie powiedział, że żyjesz i masz się dobrze?
- Nie chciałem cię niepokoić i wywoływać szoku. Wiedziałem, że jesteś w Anglii i wolałem nie denerwować cię na odległość.
Wstałam od stolika i zaczęłam chodzić w kółko. Byłam zdenerwowana, aż nachyliłam się nad Zaynem i wykrzyczałam:
- Czy ty masz pojęcie jak ja się czułam?! Przez prawie 1,5 roku żyłam ze świadomością, że nie żyjesz przeze mnie, a ty w tym czasie beztrosko żyłeś w Nowym Jorku!
- To nie tak.
- A jak?!
- Proszę Pani, proszę się uspokoić. - Podszedł kelner.
- Przepraszam.
Usiadłam z powrotem przy stoliku.
- Chciałem cię chronić.
- Przed czym?!
- Skąd ja mogłem wiedzieć czy nie wpadnie ci do głowy dziwny pomysł, a oboje wiemy, że twój mózg jest wybitnie zdolny jeśli chodzi o takie akcje!
- Proszę Państwa, proszę się uspokoić, bo inaczej będę zmuszony was wyprosić.
- Dobrze, przepraszamy. - Rzekł Zayn. - Rose, zrozum mnie. Nie mogłem się ujawnić. Nie mogłem narazić ciebie i mnie. Byliśmy tylko we dwoje, a akcje rozbojowe przeprowadzaliśmy wyjątkowo zgrabnie i szybko. Sama wiesz, że ani razu nie wpadliśmy w ręce policji. - Mówił bardzo cicho, tak, że ledwo go słyszałam.
- Tak. Z perspektywy czasu, wiem, że to był tylko bunt wyrażony patologicznym wychowaniem, a narkotyki, którymi się zajmowaliśmy były strasznym świństwem. Wstydzę się tego, ale było minęło. Tamte gangi policja zgarnęła, a nas nie. Upiekło się nam..... - Moja chwilowa złość jaką żywiłam do Zayna ulotniła się szybko, tak szybko jak się pojawiła.
- No właśnie. Więc już wszystko rozumiesz?
- Tak. Cieszę się, że jest już wszystko w porządku. Powiedz jeszcze. Jakie masz plany na przyszłość?
- Chcę wyjechać do Europy. Jutro rano mam samolot.
- Tak szybko?
- Tak.
- A wrócisz kiedyś do Stanów, może wpadniesz w odwiedzinki?
- Rose, słońce, oczywiście, że tak.
Na te słowa momentalnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Ponownie wstałam od stolika i złapałam Zayna za rękę.
- Chodź, pojedziemy gdzieś. Pokażę ci fajną miejscówkę.
Wyszliśmy z knajpki i stanęliśmy przed samochodem. Bez słów rzuciłam się na szyję Zayna i mocno go przytuliłam.
- Dziękuję, że jesteś i obiecaj mi, że będziesz moim przyjacielem do końca moich dni, nawet wtedy, kiedy jutro rozdzieli nas 7 tysięcy mil.
- Obiecuję, możesz być tego pewna.

15 MINUT PÓŹNIEJ

         - 3,2,1 możesz otworzyć oczy.
- Wow!
- I jak?
- Widok robi przeogromne wrażenie! Jest naprawdę pięknie! Widać stąd całe LA i góry!
- To mam rozumieć, że nie byłeś tu nigdy?
- Nie, w tym miejscu, nigdy.
- A jak układa ci się z tym, no....
- Liamem.
- O, tak właśnie.
- Nie chcę zapeszać, ale póki co, bardzo dobrze. Wszystko idzie w coraz lepszym kierunku, ale boję się, że Harry może wszystko popsuć. Kiedy u mnie się układa, on wyskakuje jak Filip z konopi i oczekuje cudów na kiju.... Momentami on mnie naprawdę przeraża.
        Kolejne pół godziny minęły na gadaniu o duperelach, do momentu, kiedy usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości o treści: Wracaj jak najszybciej, kłopoty.....
- Coś się stało?

- No właśnie nie wiem. Poppy napisała mi sms'a, żebym wracała, bo są jakieś kłopoty.
- No to wracajmy, szybko. Nie chcę cię niepokoić, ale to chyba sprawka Harry'ego.
- O nie.... Chyba czeka mnie najgorsze....
- Chcesz, żebym ja pojechał?
Bez namysłu rzuciłam mu kluczyki i wsiadłam do pojazdu od strony pasażera.

***

          Zayn wysiadł koło domu zielonookiego, ja w tym czasie przesiadłam się na miejsce kierowcy, wcześniej żegnając się z brunetem. Wszedł do domu i pokiwał mi głową na znak, że Harry'ego nie ma.
- Witaj piekło. - Pomyślałam w duchu.
Zaparkowałam w garażu i jak najprędzej udałam się do drzwi. Nie zdążyłam złapać klamki, kiedy te się otworzyły, a przede mną zobaczyłam posturę lokowatego z tym jego cwano-zadowolonym wyrazem twarzy.
- Coś ty narobił.... - Szepnęłam, widocznie musiał mnie usłyszeć.
- Chyba się domyślasz.
         Weszłam do salonu. Lou z Poppy ulotnili się do innego pokoju kiedy tylko mnie zobaczyli, a Liam siedział i patrzył się na mnie.
- Ja cię przepraszam, to nie.....
- Jak mogłaś?! A ja ci zaufałem! Myślałem, że jesteś inna! Czy ty w ogóle miałaś zamiar mnie poinformować o narkotykach, gangu, o tym, że kiedy mnie nie było, przespałaś się z tym popieprzonym aktoreczkiem?!
- Liam.... To nie tak. Miałam ci powiedzieć, ale się bałam! Bałam się Harry'ego! On miał mnie w garści! To on mnie zmusił do spędzenia z nim w nocy w zamian za dochowanie sekretu z mojej przeszłości! - Zawodziłam przez ściskające mnie od płaczu gardło.
- Nie wierzę ci! Chciałaś ten związek budować na kłamstwie?! Jesteś podła! Takie jak ty, nigdy się nie zmieniają! Nie na widzę cię! Myślałem, że jesteś normalna, ale nie! Ty udawałaś normalną!
- Muszę ci coś jeszcze powiedzieć...
- Słucham?! W twoim wykonaniu już chyba nic mnie nie zaskoczy!
- 2 razy przespałam się z Lou, raz, kiedy byliśmy pijani, co na drugi dzień się pobiliście, a drugi....
- Nie chcę tego słuchać! Jesteś skończoną szmatą!
- Liam, proszę, wybacz mi! - Rozpłakałam się. Moje życie właśnie runęło...
- Idę się pakować. Nie dzwoń do mnie!
- Przecież jesteśmy razem, kochamy się!
- Czy ty siebie słyszysz?! My byliśmy razem, teraz nie ma nas!
         Na te słowa wybiegłam z domu i cała zapłakana pobiegłam prosto do domu Styles'a i nie pukając wbiegłam do środka. Stał osłupiały i się na mnie patrzył. Podeszłam do niego i złapałam za jego koszulę.
- Dlaczego ty mi to zrobiłeś?! Dlaczego zrujnowałeś mi życie?! - Zaczęłam go szarpać. - Kiedy w końcu wyszłam na prostą, zjawiasz się ty i wszystko pierdolisz! Pytam się, dlaczego ty mi to do jasnej cholery zrobiłeś?!
- Bo cię kocham! Rozumiesz?! Kocham cię i chciałem żebyś była ze mną, a nie z nim! Zmieniłem się! Od naszego rozstania nie byłem z nikim innym! Zrozumiałem, że ciebie kocham i chcę z tobą być!
Zaczęłam śmiać się irytującym i nerwowym śmiechem.
- Ty mnie kochasz! Chcesz być ze mną! Ty jesteś zdrowo pojebany! Miałeś swoją szansę i ją straciłeś! Musiałeś odreagować i zrujnować moje życie, bo myślałeś, że co?! Że wrócę do ciebie?! Niedoczekanie!
Odwróciłam się i cała zapłakana zmierzałam w stronę wyjścia.
- Rose. - Harry złapał mnie za rękę.
- Spierdalaj! - Wyrwałam się i ruszyłam do mojego domu.
Liama już nie było, a Lou siedział przy stole w kuchni z podbitym okiem. Wskazałam na niego ręką, a Po tyko pokiwała głową.

PODSUMOWANIE
       Zawaliłam na całego, chociaż dobrze, że wszystko wyszło na jaw. Choć oboje teraz cierpimy, wiemy, że ta decyzja była właściwa. Związek nie może opierać się na kłamstwie tak jak w naszym przypadku. Żałuję, że straciłam tak cudownego mężczyznę, jakim był Liam. Wiem, że już nigdy takiego nie spotkam. Miałam szansę jedną na milion. Nie skorzystałam z niej tak jak trzeba.
       Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przejść z nią całe życie....
My nie umieliśmy, nam się nie udało....