KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ...
Tak, to już dziś. Cudowne zakończenie roku szkolnego. Wiem, że tak długo nic nie pisałam, ale tak na prawdę nie było o czym. Amandy nie było, Lou wyremontował akademik, w zasadzie nie on, tylko ekipa remontowa... Wszystko po staremu, no może z tą różnicą, że jest o wiele lepiej. No i jeszcze Louis pozwolił nam zamieszkać w jego willi do wakacji, a sam pojechał załatwiać interesy w Londynie i innych korporacyjnych miastach.
- Poppyyyy! - Krzyczałam do blondyny z samego rana.
- Co chcesz? - Zapytała ospale, przyczłapując do mnie w swoich różowych kapciach z wielkim świńskim ryjem na przodzie.
- Ty jeszcze nie gotowa?! Zaraz zakończenie roku szkolnego!
- Lata mi to koło pisi.
- Poppy! Od kiedy ty tak brzydko mówisz?!
Zjechała mnie tylko swoim wzrokiem i obie zaczęłyśmy ryć jak głupie. Dobrze, że madame Charlotte była już w szkole....
- Chodźcie na śniadanie! - Wołał Liam z drugiego krańca mieszkania.
- To ja polecę się szybko ubrać i zaraz do was przyjdę. - Powiedziała Poppy.
- Okej.
Pomalowałam moje usta bladoróżowym błyszczykiem, przeciągnęłam rzęsy mascarą i pomaszerowałam do jadalni.
- Hej kotku. - Powiedziałam przeciągle.
Liaś podszedł do mnie, złapał mnie w talii i namiętnie pocałował.
- Ejjj! Zlizałeś mi błyszczyk!
- Był bardzo dobry...
- Nie bądź taki wredny. - Rzekłam mrucząc i sama wpiłam się w jego soczyste usta.
- Już nie szkoda ci błyszczyka?
- Ciiii.
- Świetnie. Nie ma to jak erotyka z samego ranka. - Powiedziała blondyna, nie mogąc przestać się uśmiechać.
Zmieszana, odskoczyłam od Liama jak poparzona i jakby nigdy nic usiadłam do stołu, zatapiając łyżkę w słoiku kremu czekoladowego.
- A może by tak naleśnik do tego, a nie na sucho wpierdzielasz to co najlepsze?
Usłyszeliśmy to pytanie i ten charakterystyczny głos. Tak to musiał być on.
- Louis! - Krzyknęłam i podeszłam go uściskać.
- Cudownie znów was widzieć!
- Nam ciebie też. Jak jesteś głodny, to dołącz się do nas. Naleśników starczy dla każdego! - Rzekł rozradowany Liaś.
Uradowany jak małe dziecko w Boże Narodzenie Lou, pobiegł na górę, rzucił na środek swojej sypialni bagaże, umył ręce i w równie szybkim tempie do nas zszedł, by móc nacieszyć podniebienie tak rozkosznym śniadaniem. Dobra... Do rozkosznego, może mu brakuje, ale jak na Liama, to to jest majstersztyk kulinarny. Jeśliśmy, aż nam się uszy trzęsły, a w międzyczasie rozmawialiśmy jak przekupki na targu, zastanawiające się, które ziemniaki są lepsze.
- A jak poszły interesy w Londynie? - Zapytała Poppy.
- Interesująco. Udało mi się podpisać kontrakt z jedną z największych firm logistycznych w Europie, więc całkiem nieźle i już nie mogę się doczekać owoców z naszej wspólnej pracy.
- Wow. No to nieźle, ale do biznesu trzeba mieć łeb i w sumie, przypuszczam, że jest to ciężki kawałek chleba.
- We wszystkim co powiedziałaś, Poppy, masz stuprocentową rację. Wszystkim wydaje się, że co w tym może być trudnego. Przecież wystarczy kartka papieru i dobrze napisany biznes plan i już. Niestety nie. To jest jedna z podstaw, która kształtuje charakter rozpoczynającego przez nas przedsięwzięcia.
Skończyłam słuchać co ma do powiedzenia Louis i całkiem odruchowo spojrzałam na zegarek, który wisiał na ścianie, a swoją budową przypominał taflę delikatnego lodu, co dawało uczucie lekkości i wiecznej świeżości.
- Fuck! Poppy, zbieraj się! Za 10 minut zaczyna się apel! Zagadałyśmy się!
- O kurczaki! Już, tylko ubiorę buty.
Wzięłam z komody w korytarzu kluczyki do samochodu i rzuciłam je w stronę Liama.
- No ruszaj się! Na co czekasz! Chyba nie myślisz, że pójdziemy na piechotę!
- No nie, oczywiście, że nie.
Lou stał z boku i przyglądał się tej całej odwalanej przez nas szopki. Szczerze mówiąc z perspektywy osoby stojącej z boku wyglądało to dość komicznie, bynajmniej na tyle, by z czystym sumieniem stać, lampić się i ryć ze śmiechu jak jakiś debil. -.-
***
Zdążyliśmy na ostatnią chwilę. Całe zasapane, bo przecież jeszcze pół tej kilometrowej szkoły było do przebiegnięcia, ale udało się. Zajęłyśmy swoje miejsca i czekałyśmy na wywoływanie po dyplom. Oczywiście zanim to nastąpiło, musiała odbyć się tradycyjna pogawędka naszej dyry, podsumowująca cały rok szkolny, osiągnięcia uczniów itd.
- Zaraz mnie trafi. Siedzimy tu już ponad godzinę i słuchamy tej jej pięknej gadki. Już nie mogę. Mam ochotę wyjść i w cholerę nie wracać. - Szepnęłam do Poppy.
- Cicho siedź.
Podparłam głowę i jednego byłam pewna... Wróciła dawna grzeczna Poppy.
Po jakiś 20-stu minutach w końcu nadszedł upragniony moment rozdania dyplomów. Powiem szczerze, że nigdy nie łudziłam się, że uda mi się zdać High School, może wynik nie jest Bóg wie jak wybujały, ale najważniejsze, że zdałam. No mam taką nadzieję, że zdałam, bo w sumie dyrka jeszcze mnie nie wyczytała....
- Poppy, nie podoba mi się to. Wszystkich wyczy....
- A teraz specjalny dyplom dla Rose Collins, która mimo kilku małych skandali w trakcie roku szkolnego, wykazała się wielką odwagą, sumiennością i precyzją. Udowodniła, że zawsze jest czas, miejsce i pora, na to, by się zmienić i pokazać światu swoje prawdziwe ja. Chociaż byłaś z nami tylko przez jeden i ostatni rok, zawsze będziesz tu mile widziana, a od nowego roku będziesz stawiana za wzór do bycia sobą. - Rzekła mama Liama.
Kurczaki... Zamurowało mnie i to dosłownie. Chciało mi się płakać.(Ze szczęścia oczywiście.) Niepewnie wstałam i podeszłam do pani dyrektor, kiedy odbierałam upragniony dokument wszyscy stali i zaczęli bić brawo.
- Ja chciałam bardzo serdecznie podziękować wam wszystkim. Nie jestem przekonana czy stawianie mnie za wzór jest dobrym pomysłem, bo są ludzie lepsi ode mnie i największe gratulacje powinna zdobyć Poppy, bo prawie wszystko zawdzięczam jej, to ona mnie zmieniła, to ona tak wiele mnie nauczyła. Dziękuję.
W DOMU
- I jak poszło? - Zapytał Lou, kiedy przekraczaliśmy próg domu.
- Dobrze.
- Nie żartuj, Rose. Opowiedz mu wszystko, pochwal się! - Krzyczała rozradowana Poppy.
- Nie ma o czym mówić.
- Liam.... Powiedz jej coś.
- Ja się w to nie wtrącam.
- No dobra. Rose nie chce mówić to ja powiem za nią. Otóż nasza kochana Rose, została wyróżniona przez mamę Liama i dostała specjalny dyplom! Żałujcie, że tego nie widzieliście, ani nie słyszeliście!
- Rose, gratulacje! - Powiedzieli chłopcy i podeszli mnie uściskać.
Poszłam na górę do pokoju, zrzuciłam z siebie te eleganckie łachmany i przebrałam się w leginy i luźną podkoszulkę. Wiedziałam, że na dzisiaj to nie był koniec wrażeń.... Wyciągnęłam z mojego schowka w poduszce 4 średniej wielkości karteczki, które kombinowałam przez ostatni miesiąc i razem z nimi poszłam do elity na dole.
- No to świętujemy! - Krzyknął Lou i otworzył szampana.
- Proszę, odstaw to. - Powiedziałam.
- No co ty, Rose... Przecież lubisz alkohol.
- Lubię, ale nie dzisiaj.
- A to niby czemu?
- A dlatego. - Wyciągnęłam za pleców karteczki i wręczyłam im do rąk. - Z okazji zakończenia szkoły i rozpoczętych się wakacji, zabieram was w moje rodzinne strony do New Port Beach.
Gdy to powiedziałam ich miny były bezcenne... Szczeny im opadły, bo nie sądzili, że wpadnę na pomysł i zorganizuję coś takiego.
- Kocham cię, Rose! - Pisnęła blondyna i przytuliła mnie na misia.
Dołączył do niej Louis i w efekcie byłam podduszana. Czułam się jak sardynka w puszce. Kiedy w końcu mnie puścili Liam podszedł do mnie i popatrzył się wprost w moje oczy. Przeszły mnie ciarki. To nie było zwykłe spojrzenie, to było spojrzenie pożądania. Złapał mój podbródek i pocałował jak nigdy dotąd. Od tego pocałunku wiedziałam, że nie wiem o nim nic i będę pomału odkrywać skrywane przez niego sekrety...
- No to tym bardziej dzisiaj pijemy!
- Nie Louisku kochany. Spójrz na datę wylotu.
Lou niepewnie spojrzał na bilet, który trzymał w dłoni i krótko mówiąc, wytrzeszczył oczy jak żaba.
- Dzisiaj lecimy?! I to za dwie godziny?!
- Tak.
- No to na co my czekamy?! Chodźmy się spakować! - Krzyknął.
Po pół godzinie dom wyglądał, jakby przeszedł przez niego tajfun. Prawie wszystko poprzewracane, łazienka zdemolowana, no ale pomijając ten fakt, udało nam się spakować i jak dla dziewczyny to pół godziny to chyba rekord Guinessa. Liam zadzwonił jeszcze do swojej mamy i poinformował, że znika na czas nieokreślony do Ameryki. Najdziwniejsze jest to, że madame w ogóle nie stawiała jakichkolwiek oporów, ale co tam. Ona i tak nie jest najważniejsza.
Wsiedliśmy w samochód Lou i całą 4 pojechaliśmy na lotnisko. Tam odprawa i te inne sprawy... Trochę przy tym zeszło. Na samolot zdążyliśmy na ostatnią chwilę. Nawet nie czekaliśmy w hali odlotów. Zajęliśmy swoje miejsca i mieliśmy 12 godzin beztroskiego lenistwa. Oparłam głowę o szybę i trapiło mnie jedno pytanie: Czy rodzice znów mnie przyjmą? Nienawidzą mnie, ja ich z wzajemnością. Kurczę.... Wszystko wyjdzie w praniu, jak już będziemy na miejscu.
PODSUMOWANIE
Wow! Ten dzionek był szalony. Odebrałam dyplom i to z wyróżnieniem, chociaż moim zdaniem i tak na niego nie zasługuję. W ogóle to strasznie głupie uczucie być wyróżnionym. Zawsze to byłam tylko karcona i moje wyniki na koniec roku wyglądały bardzo badziewnie, a tu masz ci los. Świat jest dziwny. Że mama Liama nie protestowała, przed wyjazdem do Ameryki to, aż dziw. Ciekawe czemu.... Czyżby była "zajęta"? :-D
Wszyscy smacznie śpią. Cudownie tak na nich spojrzeć. Wyglądają tak słodko....
Mam nadzieję, że nie spotkam nigdzie po drodze, tego dupka Style'sa, bo pewnie nie obyło by się bez głupich komentarzy z jego strony....
Lądujemy...
AMERYKA
Udało się. Właśnie wychodzimy z lotniska.
- Boże, jak tu pięknie! - Krzyczała wniebowzięta Poppy.
- Nie byłaś nigdy w Ameryce? - Zapytałam.
- Nie. Moich rodziców nie było stać na takie luksusowe wycieczki.
- Rozumiem... Ale masz okazję zobaczyć ją teraz!
- Tak!
Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mojego rodzinnego domu. Naprawdę nie wiem, czego mogę się spodziewać.
- Gdzie jedziemy? - Zapytał Lou.
- Do mojego rodzinnego domu. Jestem ciekawa reakcji rodziców i tego, czy nas przyjmą, chociaż w to wątpię.
- Dlaczego? Przecież to twoi rodzice, kochają cię.
- No to żeś pojechał.... Oni mnie nie trawią. Pewnie dlatego, że byłam wpadką, a takie osobniki są u nas w rodzinie nie tolerowane. Oni w ogóle nie zakładali, że będą mieć jakiegokolwiek bachora, no ale pojawiłam się ja.
- No to gówniana sprawa.
- A żebyś wiedział...
Taksówka zatrzymała się pod wielkim utrzymanym w odcieniu beżu domu.
- To tutaj. - Westchnęłam i otworzyłam drzwi.
- Idę z tobą. - Rzekł Liam.
- Nie, lepiej nie. Poczekajcie w samochodzie. Muszę załatwić to sama.
- Jak chcesz.
Wyszłam i podeszłam do drzwi. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam drzwi. Czułam się jak złodziej we własnym domu. Szłam tak cicho... Minęłam korytarz, schody do mojego pokoju, dotknęłam tej ozdobnej ściany w salonie, aż zobaczyłam ich, siedzących na kanapie i oglądających telewizor. Podeszłam bliżej i stanęłam przed nimi...
- Cześć. - Powiedziałam.
- Oooo. Co ty tu robisz? - Zapytał ojciec.
- Przecież są wakacje i wróciłam do domu.
- To matka nic ci nie powiedziała?
- Nie.
- Ja myślałem, że ty już mieszkasz w Malibu.
- Co?! Jak?! Dlaczego w Malibu?! O co wam chodzi?!
- Otóż, ze względu na to, że jesteś już dorosła, ukończyłaś High School, to my do niańczenia ciebie nie jesteśmy potrzebni i kupiliśmy ci rezydencję w Malibu i samochód, który stoi w garażu. - Powiedziała moja "mamusia".
Wgięło mnie w podłogę po tym co usłyszałam.
- Aż tak mnie nienawidzicie?!
- Odsuń się, bo telewizor zasłaniasz!
- Ach tak! Proszę, oglądajcie sobie! Idę się spakować do mojego pokoju i nigdy więcej mnie nie zobaczycie!
- Nie musisz się pakować. Wszystkie twoje duperele są w nowym domu. A no i wyciąg z szafki w korytarzu twoje prawko i obok niego jest adres domu.
Wkurzona wyszłam z tego pieprzonego salonu, łzy napływały mi same do oczu. Wyciągnęłam z szafki to co miałam wyciągnąć, ostatni raz przez zaszklone oczy spojrzałam na ten przeklęty dom i wyszłam, trzasnęłam drzwiami, a ich to nawet nie wzruszyło. Otarłam łzy i zobaczyłam jak wszyscy wyszli z taksówki jak poparzeni. Liam zaraz mnie przytulił, a Poppy zapytała się co się stało.
- Nic się nie stało.
- Jak to nic.
- Nic. Wyciągnijcie nasze bagaże i włożymy je zaraz do mojego samochodu.
Otworzyłam garaż, a tam stoi nowiuśki z zafoliowanymi siedzeniami czarny Range Rover.
- To twój samochód? - Zapytał Lou z niedowierzaniem.
- Tak. Pakujcie manatki i jedziemy do mojego domu.
Poppy razem z Lou poszli wyciągać nasze walizki z taksówki, a ja z Liamem ściągałam folię z siedzeń.
- Rose, co się stało, że płakałaś?
- Później ci powiem. Nie chcę mówić przy Poppy i Lou.
Po 5 minutach wszystko było gotowe. Zapłaciłam panu od taksówki i wsiadłam za kierownicę. Kochałam jeździć samochodem. Miałam cały rok przerwy od prowadzenia pojazdu, bo mam tylko prawko amerykańskie i na terenie UE nie mogłabym na nim pojeździć.
- Gotowi do drogi? - Zapytałam.
- Oczywiście!
Spojrzałam na adres domu i doskonale wiedziałam gdzie on się znajduje... Dwa domy dalej od rezydencji Harry'ego...
Droga przebiegła nam bez jakiś większych niespodzianek. Mało ludzi, autostrada prawie pusta, wieczór, słońce pomału zachodzi.
- Jesteśmy. - Powiedziałam.
Wzięliśmy bagaże i weszliśmy do środka. Dom był przepiękny, ogromny w kolorystyce czerni, bieli i z kolorystycznymi akcentami.
- Rose?
- Nom.
- Dom jest cudowny, nigdy takiego nie widziałam, znaczy się na filmach widziałam, ale gdzie mamy iść? - Zapytała Poppy.
- A bo ja wiem. Tak jak i wy, ja jestem pierwszy raz w tym domu.
***
Po godzinie udało nam się ogarnąć cały dom, to nawet nie jest dom! To jest wyrąbna willa która ma chyba z 1000 m2! Normalnie w łeb sobie strzelić, bo ja nie wiem, kto to będzie sprzątał. Jeszcze jak sobie pomyślę o samych opłatach za prąd, wodę itd. to mi się niedobrze robi....
- Jemy coś? - Zapytałam.
- A jest coś w lodówce?
- Lou, nie musisz się martwić. Jedzenia nam chyba starczy do końca świata.
- No to skoro lodówka taka pełna, to może pizzę zrobię.
- Dobry pomysł, Poppy.
Blondyna zaciągnęła Louiska do pomocy przy pizzy, a ja wzięłam Liama do naszej sypialni i o wszystkim mu powiedziałam....
- Jestem w szoku. Nie sądziłem, że twoi rodzice traktują cię jak ostatniego śmiecia.
- To nie są już moi rodzice. Myślisz, że pieniądze, dom, to wszystko dali mi z miłości? Guzik prawda. Dają mi to wszystko, by jak najszybciej się mnie pozbyć. Nienawidzą mnie i będą nienawidzić, tylko najgorsze jest to, ze ja jestem Bogu ducha winna. Moja wina, że się urodziłam?! Mogli się nie pieprzyć!
I właśnie w tym momencie wybuchłam płaczem, bo uświadomiłam sobie, jak moi rodzicie zniszczyli mnie od środka. Skąd się wziął w moim życiu tak wcześnie alkohol, moje problemy ze szkołą i cała masa innych historii? Miałam zniszczoną psychikę, pod tym kątem byłam wrakiem człowieka.
Dobrze, że obok mnie siedział Liam. Przytuliłam się do niego i czułam bezpieczeństwo. W tamtej chwili wiedziałam, ze zła passa została przełamana. Miałam cudownych przyjaciół i chłopaka, którego kocham ponad wszystko.
- Rose, wiesz, że masz mnie. Możesz zawsze na mnie polegać. Przykro mi z powodu twoich rodziców, ale najgorsze za tobą. Nie możesz się teraz poddać. Będzie dobrze. - Powiedział i dał mi soczystego buziaka. - A teraz chodźmy na dół, bo tak ładnie pachnie....
- O tak. Prawdę mówiąc jestem głodna jak wilk i jakbym mogła to zeżarłabym konia z kopytami.
- No to tym bardziej chodźmy coś zjeść.
- W samą porę! Akurat pizza skończyła się już piec. Mam nadzieję, że nie jesteś zła, że Loui poszedł po wino do barku.
- Oczywiście, że nie. Dzisiaj świętujemy!
- Wziąłem różowe. Może być?
- Tak.
Siedliśmy przy wielkim stole o kolorze mlecznego szkła, nad nim wisiały wielkie czerwone lampy, a krzesła były oprawione białą skórą. Kieliszki były tak delikatne, że miałam wrażenie, że każdy większy ścisk, mógłby je zgnieść i sprawić, że zostanie po nich tylko pył.
- Uwaga, uwaga.... Pizza a'la Poppy! Włala!
Wzięłam kawałek i jak zwykle nawaliłam ketchupu i sosu czosnkowego. Pizza była pyszna, zjedliśmy wszystko. Zapomniałam o sytuacji z rodzicami. Powietrze wokół nas było luźne na maksa. Dodatkowo alkohol robił swoje...
- Chodźmy na taras!
Wyszliśmy na zewnątrz. Słońce już zaszło, ale było tak ciepło... Włączyłam światła wokół domu, w basenie i jacuzzi, włączyłam muzykę i impra zaczęła się na całego. Liam doniósł jeszcze procentów i w efekcie bardzo szybko byliśmy wstawieni. Poppy zaczęła tańczyć jakieś wyuzdane pozy razem z Lou, ja z moim boy'em całowaliśmy się w basenie. Dobrze, że ogrodzenie jest na tyle wysokie, że sąsiedzi nie widzieli co wyprawiamy.
- Liam, misiaczku mój, wypuść mnie na chwilkę, muszę do toalety.
- Ale wrócisz zaraz?
- Oczywiście mój skarbeńku kochany.
Wyszłam z basenu i o mało się nie zabiłam, bo chwiejne nogi + śliskie płytki = katastrofa. Ale nic. Wstałam i poszłam dalej. Blondyna poszła do kuchni po coś do jedzenia, a Louis leżał na leżaku. Puściłam do niego oczko i powiedziałam po cichu coś w stylu "chodź ze mną", nie wiem, nie pamiętam dokładnie, byłam za bardzo napruta. Poszłam do łazienki na górze, załatwiłam swoją potrzebę i wyszłam, kiedy nagle pojawił się Lou - drygnęłam. Panowała ciemność.
- Chcesz abym na zawał padła! - Krzyknęłam.
- Ciiii....
I w tym momencie złapał mnie w tali, przyciągnął do siebie, złapał za udo i zaczął całować najpierw w usta, potem w szyję....
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------
Hejka! W końcu po trzech tygodniach mojej nieobecności dodaję rozdział. Myślałam, że dodam go o wiele szybciej, ale nie przypuszczałam, że proces dochodzenia do siebie po operacji będzie tak długo trwał. Pisałam ten rozdział sukcesywnie po trochu od kilku dni, bo niestety jeszcze nie jestem w pełni na siłach. Leżę w łóżku, jeszcze jakby mało tego było dwa tygodnie temu pojawiły się powikłania. No nie ciekawie, ale teraz wszystko zmierza w dobrą stronę i mam nadzieję, że tak zostanie. Rozdział myślę, ze wyszedł dość długi, a to dlatego, że chcę Wam wynagrodzić moją nieobecność i bardzo przepraszam osoby, na których blogach mam zaległości, ale nie byłam w stanie czytać, a już tym bardziej dodawać komentarze, więc teraz będę pomału zabierała się za zaległe rozdziały, których nie przeczytałam. Do następnego :*
P.S. Przepraszam za jakiekolwiek błędy, które pojawiły się w tym rozdziale :)

