niedziela, 13 września 2015

Rozdział 10

        Po wyjściu Harrego usiadłam zdumiona na najbliższym siedzisku jakie miałam koło siebie i patrzyłam się tępo w ślepy punkt przed moimi oczami, rozmyślając co on wie.... Nie widziałam czy mam się śmiać, czy płakać. W końcu wychodzę na prostą, nawet po cichu przeglądałam ogłoszenia o pracę by nie siedzieć bezczynnie w domu, mimo że moi "rodzice" zaopatrzyli mnie w spore ilości gotówki, ALE, no właśnie ALE pojawia się Harry i burzy cały spokój wewnętrzny. W oddali domu słyszałam radosne głosy chłopaków i Poppy, którzy radośnie komentowali obejrzany film. Niczego nie świadomi weszli po schodach na piętro i widząc mój wyraz twarzy mina zrzedła im w dość expressowym tempie....
- Wszystko w porządku Rose? - Zapytał Liam.
- Harry tu był. Jeszcze raz. - Rzekłam bez grama emocji, tępo.
- Co on od ciebie chciał?
- Nie wiem. Zachowywał się tak... umm... nieważne. Jest wieczór, chodźmy lepiej spać.
- Przynieśliśmy ci jedzenie. - Powiedział swoim słodkim głosem Lou, a Poppy podniosła reklamówkę z KFC machając mi przed prawie samym nosem.
- Nie obraźcie się, ale nie skorzystam. Nie jestem głodna. Postawcie to w kuchni, a jutro odgrzeje to sobie na śniadanie.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Dobranoc wszystkim!
        Wstałam z fotela, wyminęłam ich wszystkich i w mgnieniu oka poszłam do sypialni ubrać się w pidżamę. Wskoczyłam do łożka pod kołdrę i zamknęłam oczy próbując zasnąć. Na próżno. Ciągle pojawiał mi się widok wrednego, ale jakże przystojnego pana Styles'a... Dobrze, że Liam nie czyta w moich myślach.... Gdybyśmy byli małżeństwem to zdążylibyśmy wziąć rozwód z 50 razy....
- Śpisz? - O wilku mowa....
- Próbuję.
Li podszedł do mnie, popatrzył się, po czym ominął łóżko z mojej strony, by dotrzeć na swoją część. Położył się wygodnie obejmując mnie od tylu w tali. Wiedziałam, że czeka mnie wywiad środowiskowy...
- Rose?
- Co?
- Dlaczego tak szybko się ulotniłaś?
- Nie miałam ochoty odpowiadać na zbędne pytania.
- Wiesz, że się o ciebie martwimy, a w szczególności ja.
- Tak, ale chyba nie przywykłam do tego. Przez całe życie byłam skazana sama na siebie, nie mogłam liczyć na nikogo i teraz tak nagle przerzucić się na "tryb opiekuńczy"... ciężko trochę.
- Wiesz, że możesz na mnie zawsze liczyć.
- Oczywiście.
- Co chciał od ciebie....
Nie pozwoliłam dokończyć mu tego pytania. Nie chciało mi się gadać na temat Harrego...
Szybko odwróciłam się w jego stronę i zamknęłam mu usta pocałunkiem, który był jednym z gorszych.... Ciągle widziałam Harolda, czułam jego obecność i te perfumy....
        Poczułam jakby ktoś przebił moje serce szpikulcem. Oderwałam się od Liama, a moje oczy momentalnie się zaszkliły. Odwróciłam się w stronę pokoju i zacisnęłam oczy tak mocno, że gałki oczne zaczęły mnie boleć.
- Coś nie tak?
- Nie. Coś mnie zabolało.... Chodźmy spać.
- Jak chcesz. - Ciężko westchnął i obrócił się do okna, a niebo było piękne, gwieździste, bez skazy...

***

       Była 1 w nocy. Przez chrapanie Liama nie mogłam zmrużyć oka. Wstałam z łóżka, zrobiło mi się czarno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie, a ból jaki rozsadzał moją czaszkę był nie do opisania. Ciekawe było to, że wszystko trwało może 30 sekund. Po tym czasie pomału ruszyłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Cicho zamknęłam drzwi i na palcach poszłam  do mojego celu.
- Kto postawił to dziadostwo na schodach! - powiedziałam szeptem sama do siebie.
       Czułam się jak złodziej we własnym domu, ale jeśli nie chciałam nikogo zbudzić musiałam się skradać. Włączyłam światło od podświetlanej, szklanej płyty z czarno-białym zdjęciem,  która oddzielała dolne szafki od górnych. Podłączyłam do prądu czajnik ze stali nierdzewnej, a do kubka z napisem YOU & I wsadziłam saszetkę białej herbaty i czekałam, aż czerwona kontrolka od czajnika zgaśnie wydając przy tym swój charakterystyczny dźwięk.
         Zalałam wrzącą wodą saszetkę z liśćmi, które dają wyśmienitą esencję znaną na całym świecie. Usiadłam na blacie kuchennym, złapałam kubek za uszko i pomalutku siorbałam napój. Nie myślałam o niczym. Chciałam się wyłączyć. Jedyne co mi przeleciało przez głowę to tylko, czy nie warto wyprowadzić się do innego miejsca. Z dala od Harrego, bo w końcu jestem z Li. 
- Co tu robisz? - Skierowałam to pytanie do Lou, kiedy zobaczyłam jak zaspanym krokiem zbliża się do mnie.
- Nic. Zobaczyłem smugę światła i myślałem, że może któreś z nas zapomniało zgasić.
- Aham.....
Podszedł bliżej i dopiero zobaczyłam, że jego odzienie to jedynie krótkie spodenki od pidżamy.
- Mogę się przysiąc?
- Tak. Jak twój nos?
- Dobrze.
- Stało się coś?
- Tak.... Nie chcę o tym rozmawiać...
- Ale Harry nic ci nie zrobił?
- Nie. Po części.... Ale jak na chwilę obecną nie chcę o tym nikomu mówić.
- Nie ma sprawy.  Rozumiem.
Po chwili niezręcznej ciszy dodał:
- Piękną noc dzisiaj mamy.
- Zgadzam się. Uwielbiam gwiazdy.
- A kto ich nie lubi.
- Taaaaa.
- Rose, popatrz się w moje oczy.
Odwróciłam głowę i głęboko wpatrywałam się w jego lśniące oczy, w których odbijały się tysiące błyszczących gwiazd. Nawet nie wiem, w którym momencie nasze usta złączyły się w pocałunku.  Jego mięsień sprytnie i tak namiętnie oplatał mój niczego nieświadomy i taki "niewinny" język. I równie nieświadomie znaleźliśmy się w jednym z pokoi, tych nazywanych "na szarym końcu".... 

***
 
       Czułam się cudownie. Miałam ochotę krzyczeć z rozkoszy, ale zbudziłabym cały dom.... Lou był taki męski... Po wszystkim leżeliśmy wtuleni obok siebie.
- Jak ci się kotku podobało? - Zapytał.
- Byłeś świetny.
- Ty też. 
Pocałowałam go, ubrałam się i zabierałam się do wychodzenia.
- Gdzie idziesz?
- Do Liama. Przecież nie mogę się zdradzić z tym co przed chwilą miało miejsce.
- Masz rację. Idź.
Złapał mnie jeszcze za rękę i przysunął do siebie.
- Zakochałem się w tobie.
Nie odpowiedziałam nic. Dałam mu buziaka na dobranoc i poszłam do siebie.
        Czułam się spełniona, szczęśliwa, ale z drugiej strony jak ta ostatnia suka. Zrobiłam to samo co Harry robił i pewnie dalej robi, sądząc po jego zachowaniu w stosunku do mnie.

***

       - Kochanie, pobudka.
- Jeszcze 5 minut.
- Nie, nie.... 11 już. Wstawaj.
       Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą zbudowaną posturę Liama. Uśmiechnęłam się i dałam mu całusa.
- Boże, jak zołza... - Pomyślałam w nadziei, że nigdy nie wyjdzie to co się stało na światło dzienne. - Idę zbudzić Poppy, bo pewnie śpi. - Powiedziałam po chwili.
 Liam zrobił kwaśną minę.
- Co jest?
- Bo rzecz w tym, że nie ma Poppy.
- Jak to nie ma?!
- No nie ma.
      Wstałam z łóżka jak poparzona, nawet zignorowałam znów ten silny ból głowy i pobiegłam do pokoju blondyny. Na szafce leżała kartka z treścią: "Wracam do domu. Było miło.... Cześć". Za chwilę doszedł do mnie Li.
- Czy nie wydaje ci się, że brzmi to dość sarkastycznie jak na Poppy?
- Tak. Mnie też to zdziwiło. A nie wysłała ci żadnej wiadomości?
- Nie wiem. Telefon mam w sypialni.
       I z powrotem sprint do pokoju, z którego przybiegłam.               Rzeczywiście na wyświetlaczu była mała koperta. Serce zaczęło mi walić jak młotem i słusznie... Kliknęłam w ikonkę wiadomości i przeczytałam: "Nie na widzę cię!!! Jak mogłaś mi to zrobić!!! Przecież wiesz, że Lou mi się podoba!!! Jesteś podłą &€(%!!! Jak widzisz, nawet to słowo nie przejdzie mi przez gardło... Żałuję, że cię poznałam! Takie jak ty, nigdy się nie zmieniają!!!"
- Cholera... - Szepnęłam do siebie pod nosem.
- I co?
- Nic. Musiała jechać, bo jej babcia zachorowała.
Tak, wiem. Znów skłamałam, ale to dla mojego dobra. 
- Nie dzwonisz do niej?
- Nie..... Pewnie nie będzie mogła odebrać.
- Jak uważasz. W każdym bądź razie chodź na śniadanie. Rzecz niespotykana, bo Tommo zrobił, co prawda tylko kanapki, ale zawsze coś...
- No to oczywiście, że idę.
Ruszyłam w stronę garderoby by się ubrać, kiedy to niespodziewanie Mr. Payne złapał mnie w talii i do siebie przyciągnął.
- Wiesz, że cię kocham najmocniej na świecie.
- Tak, wiem. Już o tym kiedyś wspominałeś. - Powiedziałam, po czym delikatnie się uśmiechnęłam. 
- Muszę ci coś powiedzieć.
- Coś się stało? - Wystraszyłam się, że zaraz powie, że z nami koniec.
- Muszę wyjechać.
- Co? Dlaczego?
- Razem z Louisem...
- Ale dlaczego?
- Lou ma do załatwienia interesy w Sydney, a ja muszę wrócić do Wolverhampton.
- Ale dlaczego?
- Z mamą coś się dzieje. Wiem, że karetka po nią była i jest w szpitalu. Muszę do niej pojechać.
- Rozumiem...
- Czemu się smucisz? Wrócę do ciebie za parę dni.
- Wiem. Mus to mus. - Przytuliłam się do niego i poszłam się ubrać.

***

        - W końcu zeszła moja princessa.
       Udawałam, że tego nie słyszę. Wyminęłam Li i Tommo, którzy pili kawę. Poszłam do kuchni po kanapki i dosiadłam się do nich, oznajmili mi jeszcze jedną wiadomość....
- Zaraz musimy jechać na lotnisko.
Na chwilę przestałam rzuć pokarm w moich ustach. Po chwili połknęłam to co miałam w buzi i lekko zdenerwowana rzekłam:
- Dlaczego nikt nie raczył poinformować mnie wcześniej, tylko oczywiście na ostatnią chwilę! Nie cierpię kiedy ktoś mnie stawia przed faktem!
Ostatnie słowa zaakcentowałam w stronę Lou, bo przecież wczoraj w nocy on był ze mną i o interesach na pewno wiedział o wiele wcześniej, a tym bardziej, że całe przedsięwzięcie ma się odbyć w Sydney....
- Ale nie chcieliśmy cię denerwować. - Rzekł Li.
- Czyli ty o mamie też wiedziałeś wcześniej?!
- Tak.
- Nie no, dziękuję wam, że w ogóle raczyliście mnie poinformować!
- Oj nie złość się tak.
- Louis, ty mnie lepiej nie denerwuj....
- Nie chciałem. - Podniósł ręce w geście poddania. 
- My cię przepraszamy...
- Dobra już. Nie ważne.... Jedźcie, bo się spóźnicie...
- Wiesz co Tommo?
- Co?
- Kobiety, to jedyny gatunek na Ziemi, którego nigdy nie ogarnę.
Mój wzrok w mgnieniu oka powędrował na mojego chłopaka...
- Wiedział co powiedział, ale zabłysnąłeś. Brawa dla tego pana!
- To ja się nie odzywam już.
- Mądra decyzja, Louis. 
- To my może się już ulotnimy...
- Tak, Liam... 
- Pa pa Rose. - Rzekł Lou i przytulił mnie na pożegnanie. 
Li dał mi buziaka w policzek, zabrał swoją walizkę i poszedł. 
        Właśnie zdałam sobie sprawę, że zostałam sama jak palec. Poppy jest na mnie zła, bo przyłapała mnie z Lou. Ciekawe, w którym momencie.... 
- Co ja najlepszego zrobiłam? Zraniłam Poppy, moją jedyną przyjaciółkę od serca, którą miałam, i której mogłam zaufać... Jaka idiotka ze mnie! Nie, muszę coś z tym zrobić...
Odłożyłam talerz do zmywarki, sięgnęłam po mój telefon i zaczęłam dzwonić do blondyny. 
        Minęło 5 min i za każdym razem włącza się automatyczna sekretarka. Były dwie możliwości; albo jest w samolocie i wyłączyła komórkę, albo znienawidziła mnie najbardziej jak można znienawidzić człowieka i nie ma najmniejszego zamiaru podnosić słuchawki od telefonu. Szczerze mówiąc to brałam tę drugą opcję. Ja na jej miejscu zachowałabym się tak samo, albo i jeszcze gorzej. 

***

        Wybiła 14. Za oknem żar, a przed chwilą dostałam telefon od Lou, że jest już na miejscu. Ciekawe czemu Liam się jeszcze nie odzywa? A nie ważne...
To co zaszło między mną a Lou to jedna wielka życiowa pomyłka i porażka. Idę do Harrego załatwić z nim tę sprawę, o której wczoraj wspomniał (...) że wie coś, czego ja nie wiem.... Ciekawe.... Ubrałam się w szorty i krótką bluzkę, drapnęłam pierwszą torebkę z brzegu i wyszłam. Ledwo co wyszłam z domu i zmierzałam w stronę jego posiadłości zobaczyłam jak zmierza w moim kierunku. Szokiem było, że ściął włosy i wrócił do fryzury z przed dwóch lat, dziwnie też zmienił styl na bardziej sportowy i nie miał na sobie tych dziwnych butów, które swoim złotym blaskiem zabijały wzrok od pierwszego spojrzenia...
        Nie tracąc czasu przyspieszyłam kroku, by jak najszybciej dotrzeć do jego szlachetnej postury. Kiedy znalazłam się na przeciw niego, bez przywitania zaczęłam krzyczeć do niego, co to miało być, to jego przystawianie się do mnie. Gapił się na mnie jak na jakąś idiotkę, zupełnie tak, jakby nie wiedział o czym mówię. 
- Harry, ty idioto, wyjaśnij mi to wszystko! Zjawiasz się z nienacka i wszystko psujesz!
- Z miłą chęcią, ale ja nie jestem Harry....