wtorek, 20 października 2015

Rozdział 13

           Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Nikogo wokół mnie nie było. Próbowałam cokolwiek sobie przypomnieć, ale nic. Pustka, dziura. Jedyne co pamiętałam to Harry, taras i rozmowa z nim. To wszystko  było dziwnie pokręcone. Nie. To ja jestem, byłam dziwnie pokręcona, ale na tamtą chwilę nawet nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko miało podłoże psychologiczne, że ciągnęło się za mną od dzieciństwa dopóki, dopóty nie powiedziałam STOP i naprawdę nie wzięłam się za siebie.
           W każdym bądź razie miałam przeczucie, że dzień będzie upojny we wrażenia. Nie wiem czemu zawdzięczałam tę dziwną impresję, ale moja intuicja nie dawała mi spokoju i kazała o tym ciągle myśleć.
           Podniosłam się i usiadłam na rogu łóżka. Moje ciuchy, w które byłam wczoraj ubrana leżały na podłodze wyłożonej na całej powierzchni panelami z mahonia. Łóżko stało na środku olbrzymiej sypialni i z pewnością wymiar jego był większy niż tradycyjne 2x2 m. Na wschodniej ścianie była wielka szafa wnękowa, a obok niej drzwi do łazienki, które w tamtej chwili były uchylone dzięki czemu doskonale widziałam perfekcyjnie położone kafelki i równie doskonale podświetlane elementy łazienkowe. Wszystko zrobione z taką dokładnością i wielką elegancją.
          Założyłam na siebie wczorajszą, czerwoną  sukienkę i uchyliłam okno by zaczerpnąć świeżego, rannego powietrza.
- Widzę, że już wstałaś. - Powiedział Loczek stając w drzwiach jak zwykle perfekcyjnie ubrany.
Drygnęłam.
- Tak.
- W takim razie chodź na dół. Musisz kogoś zobaczyć.
- Kogo?
- Chodź.
Serce zaczęło mi walić. Dlaczego on był taki tajemniczy?
          Zeszłam za nim na sam dół jego posiadłości i zobaczyłam czyjąś posturę odwróconą tyłem do nas. Jestem pewna, że znałam tę osobę. Wyminęłam Harry'ego i podeszłam bliżej, kiedy nagle postać odwróciła się w naszym kierunku. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Oczy samoistnie wypełniły się łzami. Zaczęłam kręcić głową na znak "nie". To było niedowierzanie. Beż żadnych słów podeszłam jeszcze bliżej do tej jednostki ludzkiej i rzuciłam się jej na szyję. Wtedy dopiero zaczęłam płakać.....
- Rose. Spokojnie, uspokój się już.
- Nie potrafię. Przez ponad rok żyłam ze świadomością, że nie żyjesz, a tym czasem zjawiasz się tu cały i zdrowy. - Wydukałam przez zaciśnięte od płaczu gardło.
- Już jest wszystko w porządku. - Powiedział pełnym spokoju głosem i pogłaskał mnie po głowie.
- Zayn, nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że jesteś, a co najważniejsze, że żyjesz. - Rzekłam odrywając się od bruneta.
- Harry? - Odwróciłam głowę w stronę Styles'a. - Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś od razu? Dlaczego taiłeś to, że Zayn żyje skoro się z nim przyjaźniłeś i przyjaźnisz dalej?
- Zayn mnie o to poprosił. - Powiedział oparty o wysoki drewniany regał, obity złotymi elementami Harry.
- Zayn, dlaczego? - Mój wzrok z powrotem powędrował na Malika.
- Nie chciałem, aby Harry ci o czymkolwiek mówił, bo pewne nie było czy przeżyję do dzisiejszego dnia.
- Dlaczego?
- Mafia mnie ścigała.
Mój wzrok wyrażał więcej niż tysiąc słów. Nawet nie musiałam zadawać kolejnego pytania.
- Usiądźmy w salonie. - Zaproponował długowłosy.
Po krótkiej chwili Zayn zaczął opowiadać.
- Opowiem ci wszystko w skrócie, bo nie ma czego ciągnąć.
- To mów.
- Ostatnie miesiące przed twoim wyjazdem do szkoły do Anglii, uprzedzając twoje pytania. Tak, po części wiedziałem co się z tobą dzieje, bo Harry mnie informował.
- Chwila. - Przerwałam. - Skąd ty wiedziałeś gdzie ja jestem? - Skierowałam to pytanie do Loczka.
- Pamiętasz zimną jesień, Londyn, premiera filmu, ty w taksówce ze swoimi znajomymi.
- Nie mów, że...
- Tak.
- Dobra. Jestem w szoku, ale opowiadaj dalej, Zayn.
- Ostatnie miesiące, kiedy rzekomo nie żyłem, ukrywałem się przed tą mafią, którą pozbyłaś najlepszego członka. Oni w akcie zemsty próbowali mnie zabić, bo wiedzieli, że jestem twoją prawą ręką, a samej nigdy cię nie zabiją, bo jesteś za przebiegła i tylko straciliby czas, a nic nie wskórali. Kiedy ty myślałaś, że nie żyję, uciekłem na drugi koniec Stanów, by na chwilę uciszyć sprawę. Kiedy wróciłem okazało się, że nasza mafia już nie istnieje, a ty jesteś w szkole z internatem i to za oceanem.
- I przez te kilka miesięcy kiedy byłeś na drugim krańcu kraju również utrzymywałeś kontakt z Harrym?
- Tak.
- Świetnie. A ja nic nie wiedziałam..... A tak w ogóle to czemu o tym wszystkim dowiaduję się teraz?
- Bo chciałem mieć pewność, że nic ci się nie stanie.
- Nie rozumiem.
- Wybiłem wszystkich z tej mafii. Wszystkich.... Co do joty....
Mówił z takim spokojem, ale nie dziwię się.... Teraz wszyscy wiemy, że mamy święty spokój i to na dobre. Nie mówiłam tego, ale przyjeżdżając tu żyłam w strachu, że oni mnie znajdą i zabiją, przy czym ciało tak zmasakrują, że nikt mnie nie pozna.
- Co zamierzasz teraz?
- Chyba zacznę normalnie żyć.
- Po tym wszystkim nie wiem czy dasz radę normalnie żyć.
- Dlaczego?
- Bo ja nadal nie żyję jak człowiek. Moim bliskim wyrządzam same krzywdy i dość często nie potrafię się opanować. Jestem zakłamaną szują.
- Dlaczego tak o sobie mówisz.
- Odkąd jestem z moim chłopakiem zdążyłam zdradzić go już trzy razy i w perfidny sposób zranić przyjaciółkę.
- Ale przecież nadal jesteś z Harrym i chyba on nie ma problemu, że go zdradziłaś.
- Ja nie jestem z Harrym.
- Nie?
- Nie.
- A mogę wiedzieć co u niego robiłaś przez całą noc i to jeszcze tak ubrana?
- Lepiej żebyś nie wiedział..... Słyszę, ze dzwoni mój telefon. Cholera! Gdzie on jest?!
- Tutaj. 
- Podaj mi go Harry.
Na wyświetlaczu widniał numer Lou. Odebrałam.
- Halo?
- Rose, do cholery! Gdzie ty się podziewasz?! Zdążyłem już cały dom z dziesięć razy obejść, a po tobie ani śladu!
- Co?! - Krzyknęłam, a Zayn z Haroldem tylko spojrzeli na mnie dziwacznym wzrokiem.
- To co słyszałaś....
- Dobra. Dziesięć minut i zaraz będę.
Rozłączyłam się i pobiegłam na górę po buty i torebkę.
- Co ci? - Zapytał mulat.
- Nic. Muszę lecieć. Pa!
Uścisnęłam Zayna.
- A ja?
- Pa!
Trzask drzwi i już mnie nie było.
Sprintem i to dosłownie ruszyłam spod domu Harry'ego i w równe dziesięć minut byłam pod moją willą. Spojrzenie Lou.... Lepiej nie pytajcie....
- Hej Tommo! - Powiedziałam zadyszana. Zdecydowanie brakowało mi kondycji.
- Gdzieś ty byłaś?!
- Załatwić sprawy.
Podeszłam do niego i przytuliłam na powitanie.
- Tak ubrana? Chwila... Ty pachniesz męskimi perfumami! Rose?!
Momentalnie odskoczyłam od niego.
- Co? Wydaje ci się. - Rzekłam chłodno i zaczęłam szukać kluczy w torebce.   
           Otworzyłam drzwi i oboje weszliśmy do środka. Torebkę i buty rzuciłam w róg korytarza i obrałam cel, jakim była kuchnia. 
- Chcesz coś do jedzenia? 
- Nie. Jadłem na lotnisku. 
- Co się stało, że tak szybko wróciłeś? - Zapytałam nalewając do szklanki przeźroczystą ciecz, jaką była woda. 
- Nic się nie stało. Po prostu szybko i sprawnie udało mi się załatwić wszystko co trzeba i nie uwierzysz.
- No nie uwierzę. Mów.
- Udało mi się załatwić kontrakt na 235 tysięcy dolarów!
- Ło mój Boże! Kupę siana.... 
- To prawda. Ale połowę chcę przeznaczyć na dom dziecka w Doncaster. 
- To bardzo dobrze świadczy o tobie. 
- Dzięki. Kasa nie ucieknie, jeszcze będzie niejeden kontrakt, a dzieciom bardzo się przyda. 
- Masz rację. 
             Zrobiłam sobie kanapki z twarogiem, a Louisowi herbatę i poszliśmy do jadalni. 
- Rose, co sądzisz abyśmy jeszcze dzisiaj, no wiesz.
- Nie. 
- Ale Rose....
- Nie. To co chwilowo było między nami nie powinno mieć miejsca i wiesz o tym dobrze. Liam to twój kuzyn, a mój chłopak i wobec niego zachowałam się bardzo nie fair i w stosunku do jednej osoby też... Nie możemy tego ciągnąć. Wróciłam tu po to by zacząć normalnie żyć. Dzisiaj okazuje się, że osoba z niedalekiej przeszłości jest tutaj, ma się dobrze i żyje. Powinnam uciec z tego miejsca, ale nie zrobię tego, bo całe życie się chowam w ciemnej dziurze i co rusz uciekam. Mam dosyć. Pora stawić czoło przeciwnościom i zmierzyć się z tym co mnie czeka. 
Po krótkiej ciszy Lou odpowiedział:
- Masz rację. To było nie fair w stosunku do bliskich nam osób. Ale nie mogłem i nadal nie mogę się tobie oprzeć.
- Louis!
- Bądźmy nadal przyjaciółmi i zapomnijmy o tym co było.
- Tak, to dobry pomysł i nam obojgu wyjdzie to na zdrowie. 
- Co miałaś na myśli mówiąc, że ciągle uciekasz i chowasz się i jakaś osoba z przeszłości. 
- Dowiesz się w sowim czasie. Już za niedługo.
- Dobra, o nic więcej nie pytam. 
- Wiesz, że Liam jutro wraca?
- Wiem. Rozmawiałem z nim wczoraj.
- A wiesz o której ma samolot, bo się nie zapytałam. 
- Bąknął coś, że jeśli zdąży na przedpołudniowy o 11 to będzie wcześniej, a jeśli nie to o 22 ma kolejny.
- Aha. Chwila!
- Co?
- Zmiana czasu! Przecież są strefy czasowe!
- No i?
- Jeśli zdąży na samolot o 11 to będzie dzisiaj kilka minut po 20 u nas!
- To chyba dobrze.
- Tak, ale.... To ja lecę pod prysznic, muszę się ogarnąć i musimy posprzątać, a potem zrobić coś do jedzenia. 
- Serio? 
- Dobra, dobra. Już widzę twój grymas na twarzy. Nie ma, że boli. Skoro jesteś to ja sama nie będę sprzątać. 
- Dobra. 
           Pobiegłam na górę do łazienki, wcześniej biorąc z garderoby zwykły siwy dres. Usiadłam jeszcze na brzegu wanny i wzięłam telefon do ręki. Wybrałam z listy kontaktów numer do Poppy i tradycyjne oczekiwanie, aż do momentu włączenia się automatycznej sekretarki. Tak bym chciała żeby w końcu odebrała i pozwoliła mi wszystko wyjaśnić. 
          W tamtej chwili tak bardzo pragnęłam mamy, osoby, która może mi pomóc, przytulić, pocieszyć, ale nie. Radź sobie sama. Matka i ojciec cię nie kochają. Przez całe życie radzę sobie sama, nie radzę. Mafia, Zayn, zdrady.... Czy to można nazwać radzeniem sobie w życiu, już nawet nie wspominając, że to nic z dorosłością wspólnego nie ma?
          Czułam się tak bardzo podle...
          Wzięłam prysznic i z mokrymi włosami, zawiązanymi w turban z ręcznika zeszłam na dół, gdzie czekał już na mnie Tommo. 
- To od czego zaczynamy? - Zapytał.
- Od wytarcia kurzu. (Urok ciemnych mebli. Codziennie trzeba ze ścierką latać, co czasami wprawia człowieka z stan najwyższej irytacji, wchodzący w lekką paranoję.)
- Sprzątamy cały dom?
- Nie. Góry nie musimy. 

***

             - Koniec. Większego syfu mieć nie mogłaś?
- Oj tam, oj tam. 
- Jezu Chryste, Rose....
- Co?
- Nic.
- To dobrze jak nic. Teraz jedziemy do Walmart'a, bo trzeba kupić coś do jedzenia.
- Serio? Do Walmart'a?
- Nie narzekaj. Jest najbliżej. Jak ci nie pasuje to możesz nie jechać i nic nie jeść. 
- Chyba nie mam wyjścia. 
- No to chodź. 
             Po 15-stu minutach jazdy samochodem byliśmy na miejscu. Wzięliśmy koszyk i weszliśmy do środka schłodzonego od klimatyzacji sklepu. 
- Masz w ogóle spisane artykuły spożywcze, które są ci potrzebne?
- Nie. Bierz to co uważasz, że się przyda. Koszyk zostaw tu - wskazałam palcem na regał z sypkimi produktami; mąki, kasze itd. - a ja idę na chemię. 
- Oki. 
            Brałam z półek szampon, odżywkę, płyny do podłóg, bo przy dzisiejszym sprzątaniu wszystkie się skończyły. Oprócz tego wzięłam tabletki do zmywarki i płyn do nabłyszczania naczyń. Wrzuciłam wytwory chemiczne do koszyka i poszłam na dział owoce/warzywa. 
- Lou, masz ochotę na jakieś owoce bądź warzywa? 
- Z chęcią zjadłbym banana. 
- To weź z funt i 20-30 uncji (jednostki masy), albo ile uważasz, a ja pójdę po jabłka i mango. 

*KILKA MINUT PÓŹNIEJ*

              - Coś jeszcze mamy do kupienia bądź załatwienia? - Zapytał Loui wsiadając do mojego Land Rover'a. 
- Nie. Chyba nie. Myślę, że możemy spokojnie wracać do domu. Albo nie. 
- Co?
- Zajedziemy jeszcze pod Subway'a i zamówimy coś do jedzenia. Teraz chyba nie powiesz, że nie jesteś głodny. 
- No nie. 
               Kiedy zamówiliśmy jedzenie, zjedliśmy je w drodze powrotnej, aby nie mitrężyć cennego czasu, który musieliśmy przeznaczyć na przygotowanie posiłku, bo intuicja mówiła mi, że Liam będzie dzisiaj. 
               Wnieśliśmy zakupy do domu, kiedy mój telefon wydał dźwięk wiadomości sms.
- To od Li. - Powiedziałam.
- Co napisał? 
- Ha! Wiedziałam. Wsiada do samolotu. Zdążył na przedpołudniowy rejs. Co oznacza....
- Że mamy trochę czasu dla siebie. - Wtórował mi Lou.
- Loui, nie. Mówiłam ci coś dzisiaj na ten temat. Nie możemy tak.  
               W akcie niechęci przewrócił oczami i oparł się o blat kuchenny. Ja w tym czasie rozkładałam zakupy do szafek i do lodówki. 
- Możesz wsadzić to do szafki obok zmywarki. - Podałam mu tabletki i płyn. 
- Rose, nie mo.... Nie ważne....
- Jak zacząłeś to dokończ. 
- Nie, nie ważne. Co robimy do jedzenia?
- Myślę, że możemy upiec kurczaka.
- Okej, ale chyba jeszcze czas. W końcu kurczak nie potrzebuje Bóg wie ile czasu na upieczenie się. 
*dzwonek do drzwi*
- Pójdę zobaczyć kto to.
Lou kiwnął głową na znak, że się zgadza. 
               Poszłam otworzyć drzwi, a tam osoby, których najmniej się spodziewałam. 
- Wszystko w porządku, Rose? Wybiegłaś dzisiaj z domu jak poparzona.
- Harry, mów ciszej. - Powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Ale czemu? - Zapytał Zayn.
- Bo przyjechał Lou, a za kilka godzin mój chłopak. A w ogóle pamiętaj Harry, że nasza znajomość jest skończona! Żegnam! A z tobą, Zayn spotkam się w któryś dzień i na spokojnie pogadamy. 
Zamknęłam drzwi i zobaczyłam Lou za mną. 
- O czym ty do nich mówiłaś? 
- O niczym.
- Rose. Przecież ten z długimi włosami już tu był.
- Dobra, okej! Naprawdę nie wiesz kto to był?!
- Nie.
- Nie czytasz gazet?!
- Czytam.
- Czytasz i nie rozpoznajesz tego gościa?! A filmy oglądasz?!
- Tak. Jasny gwint! To był...
- Tak! A teraz zmieńmy temat....

***

            Zbliżała się 20, kurczak "siedział" w piekarniku, ziemniaki się gotowały, a sałatę starczyło tylko przyprawić. Przebrałam się z dresów w jeansy i kremową koszulę z ozdobnymi guzikami. Lou ubrał czarne rurki i szarą koszulkę z napisem GENIUS. Nie zostało nam nic innego jak tylko czekać....
            Po kilku minutach rozległ się dzwonek do drzwi. Oboje pobiegliśmy otworzyć drzwi. 
- Liam! - Krzyknęłam i bardzo mocno go przytuliłam. 
- Cześć brachu! - Powiedział Louis i wymienił się z Li uściskiem dłoni. 
Przytulając Liama rzuciła mi się w oczy taksówka, która jeszcze nie odjechała. Zmrużyłam oczy i omijając wszystkich ruszyłam w stronę pojazdu. Otworzyłam tylnie drzwi i dzong! 
- Poppy! - Wyszarpałam blondynę z samochodu i mocno ją przytuliłam. - Ja ci wszystko wyjaśnię. To nie było tak jak myślałaś. Próbowałam się do ciebie dodzwonić, ale nie odbierałaś. Ja cię bł...
- Dobra, przestań już tak gadać, tylko wejdźmy do środka. 
           Wyszarpałam od niej walizkę i weszliśmy do środka. 

***

        - Kurczak był pyszny. - Rzekł Liam.
- Cieszę się.
- Hrm hrm.- Chrząkał Lou. 
- No dobra. Loui ma rację, cieszymy się, że wam smakowało. A teraz, kto ma ochotę na szampana?
- Wszyscy. - Powiedział Li. 
- Oki. Jak wszyscy to wszyscy. Chodź Poppy ze mną, pomożesz mi. 
        Sympatyczna osóbka wstała od stołu w jadalni i pomaszerowała za mną do kuchni. 
- Poppy, posłuchaj mnie. Ja wiem jak się mogłaś poczuć. To było bardzo niesprawiedliwe z mojej strony co do twojej osoby. Zachowałam się okropnie. To nie powinno się wydarzyć, ale pewnie mi nie uwierzysz, ale to Lou zaczął. On się do mnie przysunął. Bardzo żałuję tego co się stało, bo nigdy nie powinnam tak zrobić. Mogłam jasno odpowiedzieć "nie", ale wtedy szukałam ucieczki od problemów... Tak bardzo chciałam żebyś była przy mnie w ostatnich dniach. Tyle brudów z mojej przeszłości wyszło na jaw. Żyje osoba, która byłam przekonana, że nie żyje i to z mojej winy. Błagam cię, Poppy, wybacz mi. Kocham cię jak siostrę, której nigdy nie miałam, ty mnie po części zmieniłaś w dobrą osobę, chociaż do dobroci jeszcze mi daleko. Proszę cię....
- Wierzę ci Rose. Ja wiem, że to Lou zaczął, widziałam, a potem słyszałam... Dlatego się zmyłam, bo myślałam, że mu odmówisz, ale przecież Lou nie jest moim chłopakiem. Ja też głupio postąpiłam, chociaż nie tak głupio jak ty.
- Masz rację. Przyjacielski uścisk na misia?
- Ttttaaaakkkkkk! 
- Ile jeszcze mamy czekać?! - Krzyczał Tommo.
- Już idziemy! Poppy, bierz kieliszki z tamtej witryny i możemy świętować pojednanie. 
- Ale opowiesz mi o tych brudach z przeszłości. 
Mina mi zrzedła. 
- Tak, będę musiała, ale jeszcze nie teraz.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejka! 
Rozdział gotowy, dla mnie taki sobie, ale opinię zostawiam Wam. :)
Jak widzicie szablon zmieniony. Musiałam to zrobić, bo co jakiś czas, wyświetla mi się wiadomość, że jeśli jakiś szablon jest za bardzo obciążony to muszę go zmienić. 
PERFECT is my life <3 Ten album to będzie petarda! Nigdy jeszcze tak często jak teraz nie puszczali 1D w radiu i w TV z czego jestem mega szczęśliwa, a z nich potwornie dumna! :`)  
Do następnego :*

środa, 7 października 2015

Rozdział 12

            Na same słowo propozycja robiło mi się niedobrze. Pytanie, które chodziło mi po głowie w tamtej chwili to  "co ten dziad kombinuje?". Z resztą dziwne to było z mojej strony. Raz nazywałam go skończonym idiotą, człowiekiem bez serca i nieznającym terminu jakim była empatia do drugiego człowieka, ale z drugiej strony, było i nadal jest w nim coś co mnie pociąga. Dlaczego w tamtej chwili nie patrzyłam na Liama, cudownego mężczyznę, którego miałam przy swoim boku. Wspierał mnie, nie hańbił, przyjął mnie do swego serca, a ja? Potraktowałam go okropnie. Prawdę mówiąc to co działo się do tej chwili to jeszcze nic w porównaniu do tego co się wydarzy....
- Więc, co masz za propozycję? - Zapytałam.
Jego wzrok utkwił w wyrazie wielkiej niewiadomej. Moje uczucia były mieszane, ale byłam pewna, że bukiet kwiatów to tylko przykrywka do jego nieczystych zamiarów. Zdradziło go to pełne tryumfu spojrzenie, które zwiastowało jedną, wielką katastrofę....
- Więc, ten, jak mu tam, Liam jest twoim chłopakiem?
- Co ty kombinujesz?!
- Jest czy nie jest?
- Jest.
- A ten drugi to kto?
- Mój przyjaciel.
- Rozumiem.
- Powiesz w końcu o co chodzi?
- Nie pieklij się tak. Już mówię. Moja propozycja jest następująca. Będziesz spotykała się ze mną na szybki numerek, w tedy kiedy będę chciał i o tej porze, o której będę chciał. Jednym słowem będziesz moją...., sama wiesz kim... Jeśli jednak zdecydujesz się na odmowę, twój chłopak i kolega dowiedzą się o twojej czarnej przeszłości.
- Ty chcesz spotykać się ze mną na seks, w zamian za to nic nie powiesz?!
- Tak.
- Oszalałeś! Wokół ciebie tyle dup, tyle fanek, którym jęzor wisi na twój widok, a ty mówisz mi coś takiego?! Porypało cię do reszty!
- Czyżby?
- Wiesz. Spodziewałam się po tobie wszystkiego, ale to przekroczyło moje wszystkie myśli co do twojej osoby!
- Ale, wiesz, za....
- Pierdol się! Wynoś się z mojego domu!
- Dobrze słońce. Masz czas do 18, czyli zostało ci nie całe 5 godzin. Potem twoi współlokatorzy dowiedzą się o wszystkim. - Powiedział i dumnym krokiem opuścił mój dom.
         Upadłam na podłogę i z bezsilności zaczęłam łkać jak małe dziecko. Biłam pięściami w marmurową podłogę, z nadzieją, że coś mi to da. Na marne. Teraz, w tej chwili zdałam sobie sprawę, że zostałam sama jak palec i nikt nie może mi w tym pomóc. Muszę znaleźć w sobie siłę, której nigdy nie miałam, mimo że z zewnątrz każdy miał mnie za twardzielkę. Skorupa pękła.

***

        Kilkadziesiąt minut później próbowałam cokolwiek wymyślić, przechytrzyć Harrego, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Ten dupek miał mnie w garści i chociażby jeden fałszywy ruch z mojej strony, a ja mogłabym przypłacić surowymi konsekwencjami. On głupi nie jest, a kameleona potrafi grać jak nikt. Jest w tym perfekcyjny. *dzwoni telefon*
- Halo?
- Hej skarbie. - Usłyszałam głos Liama.
- Cześć. Co u ciebie słychać?
- Wszystko w porządku. Mama czuje się dobrze. Jej nagły upadek na zdrowiu to jedynie fałszywy alarm, a zarazem skutek uboczny po upojnej nocy z panem Stanley'em, jej sąsiadem.
- To dobrze, że wszystko w porządku.
- Kochanie, a ty dobrze się czujesz? Wydajesz się taka smutna przez telefon.
- Nie, to nic. Jest ok.
- Na pewno?
- Tak.
- Skoro tak twierdzisz.... W każdym bądź razie spotkałem Poppy
- I co ci mówiła? - Wtrąciłam się.
- Powiedziała, że masz się o nią nie martwić, bo u niej wszystko w porządku.
- Tylko tyle?
- Tak, bo mówiła, że gdzieś się spieszy i musi uciekać, więc nawet z nią nie porozmawiałem.
- Aha... Ale i tak do niej zadzwonię. Mamy sprawę do wyjaśnienia. 
- Pokłóciłaś się z nią?
- Nie, skąd! Babskie sprawy, które nie powinny cię obchodzić.
- Oczywiście się wie. A tak w ogóle to nie nudzi ci się samej?
- Nie mogę narzekać na brak atrakcji....
- To mam dla ciebie jeszcze większą atrakcję.
- Jaką?
- Za dwa dni jestem u ciebie. 
- Co?! 
- Mam nie wracać?
- Nie, nie... Oczywiście, że masz wrócić. To tyko z tęsknoty. Reakcja, wiesz.
- Mhm... To widzimy się za 48 godzin.
- Tak...
- W takim razie do zobaczenia i buziaki ślę.
- Ja też. Pa pa.
         Odłożyłam telefon na stolik kawowy i nie miałam innego wyjścia.... 
         Wyjrzałam na dwór przez okno w korytarzu i zobaczyłam Arthura. Teraz byłam pewna, co do jego osoby, więc nie tracąc ani chwili wybiegłam na ulicę przed dom. 
- Arthur!
- Rose! Cześć.
- Cześć. Podaj mi numer do Harrego. 
- Ok. Poczekaj, zaraz..., bo mam tu gdzieś jego... Mam. Masz jego wizytówkę, tam jest kilka numerów, ale na któryś z pewnością się dodzwonisz. 
- Dobra. Będę próbować. Dzięki. Na razie!
- Cze... Szybka dziewczyna z tej Rose. - Rzekł brat Loczka i poszedł dalej.
          Siedziałam sztywno na krześle w kuchni i nerwowo wybierałam pierwszy numer z wizytówki Styles'a. Ręce miałam zimne jak kościotrup, a serce kołatało mi jak oszalałe. Nie miałam odwagi zadzwonić. Napisałam wiadomość: 
Analizowałam twoją propozycję. Nie sądziłam, że kiedykolwiek spadnę tak nisko, ale sama doprowadziłam do tego stanu... Jakbym miała na tyle odwagi, myślę że przyznałabym się do tego co zrobiłam. Życie jest usłane kolcami, tak bardzo kaleczy mnie w stopy... Przepraszam wszystkich, za to co nastąpi, ale zgadzam się na twoją propozycję, choć moje serce krwawi...
Rose
Po chwili dostałam odpowiedź:
Mądra decyzja, Rose. Zrobiło mi się ciebie przez chwilę żal, no ale... Coś za coś. Wpadnij zaraz do mnie.
Harry
         Wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż i ubrałam się w najlepsze ciuchy. Nie miałam innego wyjścia, bo przypuszczam, że za "nieodpowiedni" strój byłby zdolny wymyślić coś równie głupiego jak to na co się zgodziłam. Z resztą, po nim można się teraz wszystkiego spodziewać.....





***

           Stałam pod jego drzwiami. Dom był pięknie oświetlony światełkami ledowymi, kolor miały podobny do ksenonów w samochodzie. Był wieczór, a na niebie zaczęły ukazywać się miliony gwiazd, które dodają uroku każdej nocy. Sprawiają, że nikt nie czuje się samotnie, dodają otuchy, a ja jej potrzebowałam. 
           Zadzwoniłam do drzwi. Po chwili otworzył mi je przystojny mężczyzna, ubrany w czarny garnitur i rozpiętą do połowy koszulę. - Pięknie wyglądasz Rose, wejdź.
- Dziękuję.  
          Przekroczyłam próg, a w tle słyszałam słowa piosenki Roxette "Listen to your heart". Czyżby zamierzony wybór? Korytarz i wszystkie pomieszczenia przez, które przechodziłam były podświetlone podobnie jak na zewnątrz ledówkami, ale zmieniającymi kolor w zależności od muzyki jaka leciała w tle. 
          Zaprowadził mnie na taras, który był na prawdę olbrzymi, a na nim był basen z jacuzzi i stolik z szampanem, dwoma kieliszkami i sałatką owocową. Facet. Przypuszczam, że ta sałatka sprawiła mu trudność skoro nic więcej nie zrobił. Dobra, to jest najmniej ważne w tej chwili. Odsunął mi krzesło jak prawdziwy dżentelmen i poprosił żebym usiadła. 
- Szampana? - Zapytał.
- Tak, jeśli ma do czegoś  dojść ty tylko w tedy, kiedy będę nachlana. 
Ten nic nie odpowiedział, tylko zaczął się śmiać wybaczcie, ale jak jakiś pojeb.....


- Dobrze się czujesz? - Zapytałam.
- Tak. - Wydukał przez śmiech, co sprawiło, że sama zaczęłam się śmiać. 
Kiedy się uspokoił, zaczął rozmowę.
- Wiesz. Ja nie jestem wcale taki zły za jakiego mnie masz.
- Nie?
- Nie.
- To po części przykrywka, a po części na prawdę zrobiło mi się ciebie żal.
- Co ty pieprzysz?! Za każdym razem mówisz coś innego i za każdym razem pokazujesz inne oblicze siebie.
- Taki mam zawód.
- Zawód. Ale dlaczego, nie potrafisz odróżnić pracy od tego co się dzieje po za nią? Nie potrafię zrozumieć co ja ci zrobiłam, że tak mnie traktujesz. Przecież my tylko ze sobą chodziliśmy i to krótko, sam wiesz. 
- Wiem. Dlatego prześpisz się ze mną jeden raz. Oszczędzę ci tego, co zamierzałem, bo jestem niedowartościowanym człowiekiem. Wchodzę ci z butami w życie, choć nie powinienem, ale nie mogę ci się oprzeć. 
Zarumieniłam się na jego słowa.... Nie może mi się oprzeć.....
- Nie mam innego wyjścia.... Ale nie powiesz o mojej przeszłości Liamowi i Louisowi.
- Nie. Obiecuję, ale muszę ci coś jeszcze powiedzieć, ale to jutro, bo on tu przyjedzie......


czwartek, 1 października 2015

Rozdział 11

(...) Ale ja nie jestem Harry....
     W tamtej chwili zatkało mnie jak nigdy. Nie wiem jak się czułam. Jak idiotka? Debilka? Nie wiem. Z pewnością poczułam się dziwnie.
- Jak to nie jesteś Harry? - Mój głos w tamtym momencie momentalnie zelżał. - Ta sama twarz, tylko ściąłeś włosy i zmieniłeś stylówę.
- Czy aby na pewno? - Zaczął się uśmiechać.
- Chwila... Ty nie masz tatuaży! - Wytrzeszczyłam oczy by dokładniej obejrzeć jego ramiona.
- No nie mam.
- To kim ty w ogóle jesteś?!
- Nazywam się Arthur Styles.
- Ty jesteś jego bratem?!
- Tak, a w zasadzie bratem bliźniakiem. - Arthur uśmiechał się od ucha do ucha.
- Ale Harry mi nigdy o tobie nie opowiadał, media też nic nie mówiły.
- Bo nigdy nie wychodziliśmy z domu razem. Czasami, jak Harry miał gorszy dzień to robiłem za jego sobowtóra. Ja chodziłem na imprezy zamiast niego.
Byłam zdezorientowana. Czułam się jeszcze bardziej dziwnie i byłam lekko skołowana.
- I nikt z mediów się nie skopcił, że coś tu nie gra?
- Nie. Odpowiednia charakteryzacja i już.
- Jestem w szoku. Nie wiem czemu on mi o niczym nie powiedział....
- Na to ci nie odpowiem.
- A gdzie mieszkasz?
- Na końcu ulicy.
- Czyli mieszkam na jednej ulicy z Harrym i jego sobowtórem.
Arthur delikatnie się zaśmiał, po czym zapytał mnie, jak się nazywam.
- Rose Collins. - Odpowiedziałam.
- Już wiem. Córka multimilionerów skrzywdzona przez Harrego Stylesa.
- Tak....
- Wybierasz się do mojego brata?
- Tak. Mamy kilka spraw do omówienia.
- Rozumiem. To ja cię już nie zatrzymuję. Do zobaczenia!
- Cześć!
          Kilka chwil później stałam pod domem tego dupka. Wzięłam głęboki oddech. Nie wiem czemu, ale miałam obawy przed przyjściem tutaj.
          Przycisnęłam dzwonek do drzwi i czekałam. Po krótkiej chwili pojawił się w nich mój cel oczernienia, o ile mogę tak mówić.
- O! Kogo ja widzę.
- Mamy do wyjaśnienia kilka spraw.
Bez czekania na pozwolenie, ominęłam jego posturę i weszłam do środka.
- No, no, widzę, że fajnie się urządziłeś. - Powiedziałam do niego sarkastycznie, widząc wielki przepych i dużo drogocennych materii wokół mnie.
- Dobra kotku, siadaj tutaj. - Wskazał mi miejsce na kanapie obitej czerwoną skórą, która wyglądała prawie jak tapicerka do samochodu, ale.... o gustach się nie dyskutuje.
- Nie mów do mnie kotku. - Warknęłam przez zęby, siadając na wyznaczonym przez niego miejscu.
- Więc ko...., to znaczy się Rose, o czym chciałaś porozmawiać?
- Co powiesz na to, że spotkałam twojego brata, zaczepiłam go, myśląc że to ty i uwierz mi lub nie, ale biedny Arthur oberwał ode mnie za twoje dziwne zachowanie! Dlaczego nigdy nie powiedziałeś mi, że masz brata i to w dodatku bliźniaka, który jak cię główka boli chodzi za ciebie na imprezy?!
Harry patrzył na mnie swoim cwaniackim uśmieszkiem i przez chwilę pomyślałam, że nie ma zamiaru nic mówić. Wziął szklankę napełnioną whisky i usiadł na przeciw mnie.
- To była tajemnica. Nie chciałem, żeby ktoś o tym wiedział. Zawsze lżej w obowiązkach.
- No przecież! Zapomniałabym, że ty z tych wygodnych i najlepiej podać ci wszystko pod nos! A może jeszcze mi powiesz, że w czasie, kiedy chodziłam z tobą, to może wcale nie byłeś to ty tylko Arthur, co?!
- Nie, nie. O to się nie martw. Arthur dowiedział się o tobie dopiero z gazet po naszym zerwaniu.
- Faktycznie. Zacytował mi nagłówek artykułu. - Szepnęłam sama do siebie.
- Co mówiłaś?
- Nic takiego.
- Skoro już tu jesteś, to może się czegoś napijesz?
- Nie chcę nic od ciebie! Ty podły sukinsynie!
- Rose. Nieładnie, oj nieładnie.
- Ktoś taki jak ty z pewnością nie będzie mi mówił co jest nieładne!
- W takim razie coś jeszcze ode mnie chcesz? - Zadał pytanie i podszedł do mnie, na tyle blisko, że zaczęłam czuć się niekomfortowo.
- Wiesz dobrze z jakim zamiarem tu przyszłam.
- Nie wiem. Rozjaśnij mi.
- Nie udawaj.
- Nie udaję.
Przewróciłam oczami i nerwowo westchnęłam:
- "(...) wiem o czymś, o czym ty nie wiesz." Teraz słucham co masz mi do powiedzenia na ten temat. - Skrzyżowałam ręce, a Harry ponownie udał się na swoje miejsce.
- Tak powiedziałem?
- Tak.
- Pomyłka. Miałem powiedzieć tak: "Wiem o czymś, o czym dowiedzą się twoi koledzy".
- Zrobiłeś to specjalnie! Specjalnie powiedziałeś źle, tylko po to, aby zrobić ze mnie idiotkę, albo.....
- Tak, wiem o mafii narkotykowej.
- Ale skąd, jak, od kogo?
- Mam swoje wtyki. Wiem, że zanim wyjechałaś do szkoły w Anglii, byłaś po uszy zamoczona w tym gównie.
- Nie..... - Byłam cała zrezygnowana, nie wiedziałam co dalej będzie ze mną i z moim życiem.
- Tak Rose. - Znów popatrzył na mnie, ale tym razem tryumfalnie i usiadł obok mnie.
- Nie powiesz im tego, prawda?
- To się okaże. Ciężko mi będzie, bo w końcu byłaś mózgiem tych wszystkich transakcji.
- Ty podły fiucie! - Złapałam za kołnierzyk jego rozpiętej koszuli i zaczęłam ją szarpać do tego momentu, aż rozerwałam wszystkie guziki, a on nawet nie próbował się bronić. - Nienawidzę cię! - Krzyknęłam i wybiegłam z jego domu.
Szłam środkiem ulicy, całkiem zrezygnowana. *dryń* To był sms, od Liama Kochanie jestem już na miejscu, także nie musisz się martwić. Jak znajdę wolną chwilę to zadzwonię. Mam nadzieję że bardzo ci się nie nudzi. :) Buziaki, Liam :*
- Na brak rozrywki nie narzekam..... - Powiedziałam w duchu sama do siebie.
            Po pięciu minutach, byłam już w domu. Torebkę rzuciłam w kąt korytarza, a sama udałam się do sypialni, gdzie na podłogę rzuciłam wszytko co miałam na sobie, zostając tylko w samej bieliźnie. Weszłam na łóżko i "zamelinowałam się" pod kołdrą. 




Jedyne czego mi brakowało to Poppy i rozmowy z nią, z tą mądrą i twardo po ziemi stąpającą dziewczyną.

PODSUMOWANIE

           Cóż.... Dzień do dupy i to dosłownie. Jest dopiero kilka minut po 16, ale biorę tabletki nasenne i idę spać. Nie mam siły na nic. Zdradziłam Liama z Lou i w ogóle mam takie złudzenie jakbym zdradziła go dwa razy. Nie wiem skąd włączyła mi się ta wizja, ale czuję się z tym okropnie. Jestem sama w domu, nie mam do kogo otworzyć ust by porozmawiać. Harry okazuje się mieć brata bliźniaka. Jakie to wszystko jest skrajnie popieprzone! A najgorsze jest to, że wie o narkotykach i mafii.... Nie wiem czego mogę się po nim spodziewać. Pewnie zrujnuje mi życie tak, że nigdy go nie zapomnę. Nie cierpię tego gościa!
          Jestem rozwalona emocjonalnie. Ile jeszcze narobię złego? Ile moich brudów z przeszłości ujrzy światło dzienne? Ile może znieść jedna osoba, która pomimo starań ciągle się gubi? Nie wiem, chyba więcej pytań nie mam. Myślę, że sen na siłę, chociaż na chwilę mnie uspokoi.

NASTĘPNY DZIEŃ

          Obudziłam się po 9 rano. Spałam trochę czasu, ale po 4 tabletkach nasennych nie ma o czym rozmawiać. Wstałam z łóżka, sprzątnęłam ciuchy i zrobiłam sobie kawę. Nie miałam ochoty nic jeść. Za dużo problemów. Siedziałam przy stole w kuchni i obracałam w dłoniach telefon. Wymyślałam milion dwieście teorii na wydarzenia z ostatnich dni, gdy w pewnym momencie mnie olśniło. Zaczęłam wszystko składać sobie w jedną całość i nagle przypomniał mi się pierwszy dzień kiedy tu przyjechaliśmy. Przecież tego dnia była impreza, mocno oblewana alkoholem i w pewnym momencie poszłam do toalety, a Lou za mną i w tedy..... zdradziłam Liama. Tak, jestem tego pewna, potem musiał się jakoś na nas napatoczyć i stąd złamany nos i obite twarze.....
- Ja pierdolę. Co ja najlepszego narobiłam??? - Zaczęłam prowadzić monolog. - Potem drugi raz poszłam do łózka z Tommo i to na trzeźwo, a w tedy i w pełni świadoma Poppy musiała nas zauważyć i.... Cholera jasna! Co ze mnie za wytwór człowieka?!
          Moje sumienie zaczęło dawać się we znaki. Skończyłam pić kawę, odblokowałam telefon i z kontaktów wybrałam numer słodkiej blondyny. Po kilku próbach nawiązania z nią jakiegokolwiek kontaktu  uznałam, że to bez sensu. 
- Znów poczta głosowa. Jak na razie nic nie zrobię.  
Poszłam się umyć i ubrać, a następnie zadręczałam się tylko własnymi myślami i tym co zrobiłam, do czego jeszcze jestem zdolna. Szczerze mówiąc, przestałam poznawać samą siebie. Nie wiedziałam co jeszcze wpadnie mi do tego durnego łba. Szczególnie dręczyło mnie, skąd Harry wie o narkotykach i o tej mafii, przecież to było tak tajne, że przez 3 lata policja nie wiedziała, kto organizuje te wszystkie rozboje i zabójstwa pomiędzy mafiami.
- Fuck! Chyba, że..... Nie, to nie możliwe. Przecież on nie żyje od kilku miesięcy. Zginął w jednej ze strzelanin. - Zaczęłam gadać sama do siebie.  - Albo.... W sumie kilka razy, kiedy chodziłam z Harrym spotykaliśmy się z Zaynem po koleżeńsku na bajerę, ale czy on byłby do tego zdolny by powiedzieć o narkotykach i czarnych interesach? W końcu jego życie byłoby w tedy zagrożone, albo zakumplował się na dobre.... Shit! Teraz to się zacznie gówno.....
         Mój monolog został przerwany dzwonkiem do drzwi. Podeszłam do wizjera i zobaczyłam Harrego, który trzymał w rękach bukiet czerwonych róż. Bez chwili namysłu otworzyłam drzwi i kurczę, nagle złość, którą żywiłam do niego przez to co udało mi się ustalić gdzieś się ulotniła. Przekroczył próg domu. 
- Cześć Rose. To dla ciebie. Dużo wczoraj myślałem o tym co się stało i pora to wszystko wyjaśnić jak się należy.
- Oh. Dziękuję. - Przyjęłam kwiaty. - Idź do salonu, drogę już znasz, a ja pójdę wstawić róże do wazonu. 
Kiedy przeszedł koło mnie, wstrząsnął mną dreszcz. Znów poczułam Armaniego, znów ta chęć zbliżenia się do niego.
- Ja pierdziele! Rose, ogarnij się! - Powiedziałam sama do siebie.
Wstawiłam kwiaty do dzbanka i postawiłam je w jadalni na stole. Wyciągnęłam jeszcze z lodówki colę, a z szafki dwie wysokie szklani i poszłam do salonu. Harry usadowił się na moim ULUBIONYM miejscu, więc byłam zmuszona usiąść na przeciwko niego. Napój i szklanki postawiłam na szklanym stoliku dzielącym nas ooboje.
Kiedy spojrzałam na niego przyglądał mi się dość tajemniczo i ten nic nie mówiący, delikatny uśmiech. 


- Harry, jeśli mamy zacząć wszystko na czysto to proszę, odpowiedz na jedno pytanie. - Zaczęłam.
- Słucham.
- O mafii i narkotykach wiesz od Zayna, prawda? 
- Tak. Powiedział mi kilka dni wcześniej zanim zginął. - Skończył swoje zdanie i nalał sobie musującej cieczy do szklanki.
- W co ty ze mną pogrywasz? - Zadałam to pytanie bardzo lekko i bez nerwów, zupełnie jak nie ja.
- W nic.
- To dlaczego, rozkopujesz coś, co miało miejsce dawno temu? Pamiętaj, że to ty byłeś wobec mnie nie fair.
- Tylko ja?
Popatrzyłam się na niego moimi dużymi oczami.
- Masz rację. - Westchnęłam. - Ja też nie byłam wobec ciebie fair, ale jak miałam ci o czymkolwiek powiedzieć skoro nie miałam do ciebie zaufania, bo jak można mieć zaufanie do kogoś kto ciągle cię zdradza, a na końcu perfidnie ucieka?
- ............
- Dlaczego milczysz? Wiesz, ciekawe jakim chłopakiem byłby twój brat. On wygląda na kompetentnego człowieka, liczącego się z drugim.
- Bo on taki jest. Nie szuka w życiu rozrywki, tylko stabilizacji, dlatego tak często tabloidy pisały o moich dwóch wcieleniach.
- Zaczynam się bać, o czym jeszcze się dowiem. 
- Nie bój się. Mam dla ciebie propozycję.... 

-----------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------

Hejka! Jestem w końcu z nowym rozdziałem, a mam taki nadmiar weny, że jutro zabieram się za pisanie kolejnego rozdziału, który pojawi się za tydzień, a post ze zdjęciami pojawi się na dniach, jak tylko mój komp odzyska sprawność, bo z telefonu niestety bym całą wieczność dodawała, z resztą sami wiecie co komputer, to komputer. 
Do zobaczyska :*