Minął tydzień od przyjazdu Poppy, Lou i Liama. Przez ten czas nikt nie drążył tematu, ani nie pytał się mnie nic na temat mojej przeszłości kim jest Zayn, a Harry'ego olewali, bo twierdzili, że jest nieszkodliwy.
Jest poniedziałek, dzień zapowiada się cudownie, a z resztą jak może być inaczej, skoro jesteśmy koło LA w New Port Beach, gdzie wokół pełno willi i bogatych ludzi. Chociaż mnie to w ogóle nie rusza. Pod tym kątem to traktuję wszystkich na równi. Człowiek może być biedny jak ta przysłowiowa mysz kościelna, ale wnętrze może mieć bogatsze od niejednego miliardera. Nie na widzę oceniać po okładce, bo sama tego doświadczyłam. Li, Po i Lou, śmiało mogę tę trójkę nazwać moimi przyjaciółmi i...... Zayn. Resztę zaliczam do kompletnych idiotów. Szczerze mówiąc chciałabym uciec stąd na drugi koniec świata, albo zaszyć się na jakiejś wyspie, może Polinezji Francuskiej. Miałbym święty spokój, uciekłabym od problemów, wylegiwałbym się na słońcu. STOP! Jestem dorosła, a myślę jak jakaś gówniara. Ile bym dała by mieć rozum, którego mi brak. Chociaż postęp, bo potrafię się do tego przyznać, że nie jestem idealna, ale nadal trzymam się wersji, że to wina moich rodziców. W ogóle winą to jestem ja.... Nie.... Ta wypowiedź zaczyna się robić chaotyczna. Muszę się w końcu wziąć w garść, bo inaczej wszyscy wokół mnie zwariują, a ja pójdę do psychiatryka. I samą mnie zaczyna już pomału wpieniać, że w każdym sposobie, w którym wyrażam swoje myśli ograniczam się tylko do "muszę to zrobić", a i tak gówno z tego wychodzi.
- Rose, śpisz jeszcze? - Zapytał Li.
- Nie. Myślę.
- Nad czym?
- Aaa, o wszystkim i o niczym.
- Co robiłaś przez ten czas jak mnie nie było?
Dobre pytanie! Przecież nie powiem mu wprost o dawnym przyjacielu i o tym, że przespałam się z moim ex. Muszę coś do tej kwestii wymyślić, ale póki tego nie zrobię będę trzymała go i ich wszystkich w ryzach.
- No jak to co? Leniuchowałam, nic takiego co by powaliło ciebie lub kogoś z nóg nie miało miejsca.
- No to w takim razie pora się rozerwać! - Podniósł się z łóżka, tak, że opierał się na łokciu w moją stronę i uśmiechał się takim swoim życzliwym, pełnym miłości uśmiechem.
Przyjęłam tą samą pozycję co on i w pełni podekscytowana zapytałam:
- To w takim razie co masz w zanadrzu? Mam się bać?
- Nie.... Ale z tym musimy poczekać do wieczora.
- Dlaczego?
- W dzień nie ma atmosfery na tego typu rozrywkę.
- Liam? Co ty kombinujesz?
- Przekonasz się.
Dał mi buziaka i powiedział, żebyśmy wstali, bo szkoda marnować dnia. Nie chciałam protestować, co z resztą byłoby nie fair z mojej strony. Usiadłam na brzegu łóżka i owinięta w kołdrę wpatrywałam się w ubierającego się Liama. Przez chwilę czułam się jak w związku małżeńskim ze stażem co najmniej 10+, ale myślę że takie może z pozoru głupie ubieranie się przy swojej ukochanej świadczy o dużym zaangażowaniu się w sprawę jaką jest związek no i oczywiście zaufanie, które pozostawia wiele do życzenia...
Po kilku chwilach postanowiłam wygrzebać się z "kołdrowego kokonu" i iść pod szybki, lekki, a przede wszystkim zimny prysznic, z tego względu, że pomimo, iż było jeszcze trochę do południa pogoda robiła się nie znośna i taki orzeźwiający prysznic dobrze by mi zrobił. Tak więc przepłukałam się pod zimną wodą i założyłam na siebie zwykłe, ale to najzwyklejsze spodenki z dzianiny i niebieski top na ramiączkach. Zeszłam na dół i niemal natychmiast wyczułam napięcie pomiędzy Lou i Poppy. Czułam, że doszło między nimi do konfrontacji, która nie była sprzyjająca w skutkach.
- Cześć wam! - Powiedziałam w ich stronę.
- Cześć.
- Hej.
Usłyszałam ciche, ponure odpowiedzi. Czułam się tak, jakbym weszła nie na ten grunt, tak jakbym stała na ziemi, która pod wpływem mojego stąpania miałaby się zaraz zapaść, ale oczywiście to były tylko brednie i domysły z mojej strony.
- Jedliście śniadanie? - Zapytał Liam Lou i Po.
- Nie.
- No to świetnie! Co sądzicie abyśmy całą czwórką wybrali się do tej knajpki niecałe 5 mil stąd.
- Masz na myśli WARSAW? - Zapytałam?
- O, dokładnie tak. Słyszałem, że mają tam świetne pancakes'y i jak to się mówi w ich języku... Te jak im tam...
- Pierogi.
- Tak. Skąd tak czysto wypowiadasz ten wyraz?
- Bo byłam kilka razy w tej knajpie i słyszałam jak Polacy mówią ten wyraz no i się nauczyłam, a poza tym właścicielami jest cudowne starsze małżeństwo, którzy są Polakami, a z wykształcenia kucharzami, więc z reką na sercu mówię, że mogę tam iść na naleśniki, bo są tak niemożliwie przepyszne, że te amerykańskie badziewia się chowają.
- To ja jestem za. A wy?
Poppy zmierzyła wzrokiem Lou i stwierdziła, że idzie. Lou zrobił to samo i z miną jakby zaraz miał stanąć w zawodach o puchar Ameryki powiedział, że również idzie.
Wsiedliśmy do mojego samochodu, otworzyliśmy okna i ruszyliśmy. W radiu właśnie grali "Roma - Bangkok", piosenka dzięki której chciało się iść na najbliższą dyskotekę i rzucić się w wir zabawy.
- Uwielbiam tę piosenkę! Daj głośniej! - Krzyczała Po.
Spełniłam jej prośbę i w jednej chwili samochód zamienił się w jakiś "party car", albo coś w tym stylu. W każdym bądź razie atmosfera w powietrzu była taka radosna.
- W takich chwilach przydałby się kabriolet! - Mówił Liam, próbując przekrzyczeć muzykę.
- Tak! - Odpowiedziałam.
5 MINUT PÓŹNIEJ
- Co zamawiasz? - Zapytała Poppy, która usiadła na drugim końcu prostokątnego stołu, jak najdalej od Lou.
- Naleśniki z serem i dżemem.
- No to ja chyba też.
- A ja zamówię te jakieś dziwne pierogi ruskie. A ty Li?
- Nie wiem. Taki duży wybór. Co byś mi Rose poleciła?
- Hmmm, może, może naleśniki z jabłkami?
- Dobre są?
- Przepyszne, jadłam, żeby nie było.
- Ok. Skoro tak mówisz.
- Możemy panią prosić? - Zawołałam do właścicielki lokalu, która skończyła zbierać zamówienia od innych klientów.
- O! Rose! Remek (tak mówiła na swojego męża) Chodź tutaj szybko! Zobacz kto przyszedł!
- Cześć dziecko złote!
Zawsze tak do mnie mówił. Wspaniali ludzie.
- Co u ciebie słońce ty moje kochane? - Zapytała pani Magdalena.
- U mnie wszystko w porządku. Poznajcie państwo moich przyjaciół i chłopaka. Lou, Poppy, Liam to pani Magdalena i pan Remek.
- Miło mi was poznać. - Powiedziało słodkie małżeństwo jednogłośnie uśmiechając się od ucha do ucha.
Jak widzicie. Przesympatyczne osóbki podchodzące pod 50. Szkoda, że Magdelena nie jest moją mamą, tym bardziej, że sama nie ma dzieci. Często chodziłam się do niej wyżalić kiedy byłam razem z Harrym, zaledwie rok temu.... Zawsze dawała mi dobre rady, przytuliła, robiła kakao i siedziałyśmy w kącie słuchając w tle jakiś polskich piosenek. Czułam się u niej jak w domu, którego nigdy nie miałam i, który tak bardzo odbiegał tradycją od tego co kultywują Amerykanie.
- Co chcecie drogie dzieci zamówić do jedzenia?
Złożyliśmy nasze zamówienie i musieliśmy poczekać na ich zrealizowanie około 20 minut.
- Lou, chodź na chwilę ze mną na zewnątrz. Zaraz wrócę kochanie.
- Ok.
Oboje wstali od stołu i wyszli na zewnątrz, na ten skwar, ale nie wnikam.
- No to zostałyśmy same. - Westchnęła Po.
- Wykorzystując chwilę...., mogę się zapytać o co pokłóciłaś się z Lou?
- To, aż tak to widać?
- Tak.
- Więc...., poszło o ciebie.
Zamurowało mnie, zbliżam się do przepaści.
- Jak to o mnie?
- Wygarnęłam mu wszystko. Powiedziałam mu, że wtedy widziałam waz razem i, że nie powinien tak robić bo ty jesteś z Li, a nie z nim.
- Okej.... a powiedziałaś mu, że się w nim zakochałaś?
- Chyba żartujesz.
- Ale dlaczego? Mnie z nim nic nie łączy.
- Wiem. Powiedział mi o tym. Według niego to była jednorazowa przygoda, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Dodał też, że oboje to sobie wyjaśniliście i nie łączy was już nic więcej oprócz przyjaźni. Czy to prawda?
- Tak. Staram się pomału wychodzić z tego bagna, bo jestem dość głęboko w nim zanurzona, więc nic na szybko.
- No to skoro już jesteśmy przy tym temacie to jakie bagno masz na myśli?
- Już jesteśmy. - Powiedział Li i akurat przynieśli nam nasze posiłki.
- Innym razem ci powiem. - Rzekłam w kierunku Po.
- Co jej powiesz? - Wyrwał się Loui.
- Wszystko w swoim czasie, a teraz smacznego wam życzę.
- Wzajemnie.
***
- Jeju.... Dzisiaj ta temperatura przechodzi samą siebie. Taki skwar, że klima nie wyrabia. - Narzekała słodka blondynka wachlując się kawałkiem kartki zgiętej na wzór wachlarza. - I właśnie w takiej chwili przydałaby się maszyna do teleportu, bo z chęcią poprzytulałabym pingwiny.
- Masz rację, ale chwila! Czemu jak jakieś pacany siedzimy w domu, skoro za drzwiami jest basen?
- Mnie się pytasz?
- No to na co czekamy! Chodź Poppy, przebierzmy się w stroje kąpielowe i idziemy pływać. Lou! Liaś! Też idziecie popływać? - Krzyknęłam z zapytaniem do chłopców siedzących na marmurowej posadzce w korytarzu, jedynym najzimniejszym miejscem w tym domu.
- Idziemy! Tylko się przebierzemy!
- Oki!
Za 3 min z zegarkiem na ręku wszyscy zeszliśmy się z różnych stron willi, wyglądało to trochę dziwnie, ale do diabła z tym. Teraz jedyną rzeczą o jakiej marzyliśmy to była kąpiel w basenie z zimną wodą. Tak mi się bynajmniej wydawało...
- To na raz, dwa.... - Zaczął Lou, ale kiedy nie zdążył dopowiedzieć "trzy" Li wziął mnie na ręce i z rozbiegu skoczył ze mną do wody.
Po chwili dołączyli do nas Louis i Poppy, którzy chyba zdołali się już pogodzić. Po jest mega tajemnicza w swoich działaniach, nigdy nie wiadomo co? jak? kiedy? i gdzie?.
- Rose?
- Co Loui?
- Nie wydaje ci się, że ta woda jest ciut za ciepła?
- Wydaje ci się. Pewnie od słońca się nagrzała, a my też dzisiaj do zmarzluchów nie należymy. Albo..... Moment. Pójdę sprawdzić system grzewczy.
Wyszłam z basenu i podeszłam do jacuzzi gdzie znajdował się panel sterowania wodą, światełkami i tymi innymi niepotrzebnymi według mnie duperelami.
- Jasny gwint!
- Co się stało?
- Wyjdzie z wody! Szybko!
- Co jest?!
- Ktoś ustawił system grzewczy wody na 50 stopni, aktualnie temperatura rośnie, bo jest na razie 32,5 stopnia. Muszę zrobić reset i włączył ochładzanie.
- Ale jak ktoś mógłby włączyć?
- Nie wiem. A może po prostu system się przegrzał.
- Tak. To całkiem możliwe.
PO CHWILI
- Myślę że teraz woda jest odpowiednia. 25 stopni.
- Tak. Od razu lepiej. - Powiedział Louis, który poszedł sprawdzić ciepłotę H2O "na własnej skórze" jakkolwiek to brzmi.
Zanim jednak weszłam powtórnie do wody, przykryłam cały mechanizm taką płachtą co odbija słońce. Zapomniałam nazwy, ale ją kładzie się na przedniej szybie w samochodzie, żeby pojazd nie nagrzewał się od słońca.
- Poppy?
- Co?
- Daj mi rękę.
Blondyna z dość dziwacznym wzrokiem podałam mi swoją dłoń. Złapałam ją i pociągnęłam do wody, tak komicznie to wyglądało, że ani to nazwać skokiem, ani wpadnięciem. Coś pomiędzy tym.
- Ty idiotko!
- No co?
- Utopić mnie chcesz?
- Nie, wcale.....
Zdania, które wypowiadały miały brzmieć tak bardzo karcąco i z wyrzutem no ale.... W takiej chwili nie można być poważnym.
Przez kolejne pół dnia bawiliśmy się jak dzieci. Graliśmy w piłkę, urządzaliśmy zawody, kto wstrzyma dłużej oddech pod wodą, ja z Li jak to stwierdziła Poppy: "Za dużo się lizaliśmy i gorszymy ludzi na zewnątrz".... I teraz muszę użyć tego bardzo oklepanego słówka, ale było tak niesamowicie fajnie, nawet mogę rzec, że fajowsko!
Małymi krokami dochodziła godzina 18. Kończyłam suszyć włosy, kiedy znienacka podszedł do mnie Li, aż drygnęłam z powodu malutkiego strachu jakim mnie napędził.
- Nie strasz mnie.
- To tak źle wyglądam?
- Nie, nie, ale tak... inaczej niż zwykle. Ja ja n n - Zaczęłam się jąkać, z wrażenia oczywiście.
- Nic nie mów kochanie, tylko ubierz się ładnie, chociaż co to za różnica, bo ty i tak zawsze pięknie wyglądasz.
- Dziękuję. - Zarumieniłam się.
Poszliśmy do sypialni, a on usiadł na rogu łóżka, dokładnie tam, gdzie ja siedziałam rano. Nie wyganiałam go, bo i tak stałam w samej bieliźnie, a nałożyłam na siebie lekką, pastelową sukienkę i założyłam te klasyczne, czarne szpilki. Z włosami nic nie robiłam, bo po wysuszeniu ułożyły mi się same, jak nigdy. Tak samo nie szalałam z makijażem, bo upał nadal trzyma, mimo że robił się wieczór, więc to by nie fajnie wyglądało..., więc ograniczyłam się tylko do wodoodpornych ciemnoniebieskich kresek na powiece i tuszu na rzęsach, również wodoodpornego no i oczywiście do błyszczyku, ale zwykłego bezbarwnego, bez zbędnych szaleństw.
- Jesteś gotowa?
- Tak. Myślę, że tak.
- No to w takim razie chodźmy.
Zeszliśmy na dół. Po i Lou jedli tosty i dziwnie się uśmiechali.... Czyżby byli wtajemniczeni w całą akcję?
- Ale żeś się wystroiła. - Powiedziała blondyna, takim przyjemnym tonem, jakby cieszyła się tym co nastąpi....
- To my wychodzimy. - Rzekł Liam.
Przed samymi drzwiami wyjściowymi zakrył mi oczy i dopiero wtedy wyszliśmy na duszące powietrze.
- Otwórz oczy.
- Jezu Chryste! - Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić, a moja dłoń od razu powędrowała na usta by zakryć je ze zdziwienia.
Pod domem stała czarna, długa limuzyna. Otworzył przede mną tylne drzwi.
- Your Majesty, proszę wsiadać.
Byłam oszołomiona. Weszłam do bardzo pojemnego wewnątrz samochodu, gdzie za kierownicą siedział murzyn (czyt. nie obraźliwie, lecz w kontekście humorystycznym) z aureolą, ubrany cały na niebiesko.
- Dzien dobly! - Powiedział i ruszył.
Śmiać mi się z niego chciało, ale nie mogłam.
- Li, skąd ty tego Makumbę wytrzasnąłeś? - Mówiłam szeptem by nie urazić naszego szofera, ale tak cholernie chciało mi się śmiać....
Liam też robił się cały czerwony na twarzy, bo widocznie też nie mógł z tego gostka.
- A ja wiem. Takiego mi dali.
- Okej, w takim razie nie ważne. Możesz mi powiedzieć z jakiej to okazji i gdzie my jedziemy? - Mówiłam, a pan Payne napełniał kieliszki szampanem, po czym podał mi jeden.
- Ty na prawdę nie wiesz, co dzisiaj za dzień?
- 26 lipiec, poniedziałek.
- Na Boga, Rose. Dzisiaj są twoje urodziny!
- O kurczaki. Faktycznie! Zapomniałam o własnych urodzinach... Jaki wstyd. God. A tak w ogóle to skąd wiesz, że są moje urodziny?
- Wiec, zapewne zapomniałaś, o koncie na TT, które masz i o tym, że masz tam podaną datę urodzenia.
- Wiesz! Masz rację. Tak dawno już tam nie wchodziłam.....
- Nie będziemy rozczulać się nad TT.... Twoje zdrowie kochanie.
- Dziękuję.
Upiłam kilka łyków szampana i przytuliłam Li.
- Dziękuję ci tak bardzo, jesteś jedną z kilku pozytywnych i kochanych osób w moim życiu. Tak wiele ci zawdzięczam. Nie mam wystarczającego zasobu słów by powiedzieć jak bardzo cię kocham i jak bardzo ci dziękuję.
Pocałowałam go w usta, a kątem oka widziałam jak murzyn z aureolą patrzy się na nas i szczerzy swoje białe zęby od ucha do ucha.
***
- Jestesmy na miescu. - Powiedział nasz czarnoskóry koleżka.
Na dworze nadal było jasno, ale bardziej ciekawiło mnie to, że jesteśmy pod kinem.
- Dobrze przyjechaliśmy? - Zapytałam.
- Tak, tak.
Weszliśmy do środka, gdzie przywitała mnie pani zarządzająca tym biznesem i wręczyła mi bukiet kwiatów, po czym zaprowadziła nas do jednej z kilku sal kinowych. Życzyła nam miłego oglądania i poszła.
- Li, coś ty wykombinował i dlaczego jesteśmy tylko my, bez biletów, mamy butelkę szampana i przekąski? - Zapytałam go, kiedy usiedliśmy prawie na samej górze sali.
- Wynająłem tę salę razem z filmem i z tym skromnym cateringiem.
Chciałam coś powiedzieć, ale światła zgasły, a na ekranie pojawił się napis "TITANIC" BY JAMES CAMERON, wtedy przytuliłam się do niego i wyszeptałam do jego ucha "dziękuję".
2,5 GODZINY PÓŹNIEJ
Film dobiegał końca. Chyba nie muszę mówić, że byłam zaryczana i to dosłownie i te emocje, że obejrzałam to wszystko na dużym ekranie. Zawsze na koniec nie mogę przeboleć Jack'a Dawson'a. 2 razy żwawiej płaczę, kiedy na koniec filmu są pokazane zdjęcia, na których Rose miała być z Jack'iem, to on miał ją nauczyć jeździć konno okrakiem.... Niestety....
(...) We'll stay forever this way (...) Zostaniemy w tym miejscu
You are safe in my heart and Jesteś bezpieczny w moim sercu,
My heart will go on and on... A ono będzie trwać i trwać...
To były ostatnie dźwięki akordów Hornera i słów śpiewanych przez Celine Dion, a ja dosłownie tonęłam w łzach.
- Wszystkiego najlepszego kochanie jeszcze raz i nie płacz już tak. - Rzekł Liam tak czule, tak jak czule mnie objął, nawet nie umiem powiedzieć, który to już raz dzisiaj i wytarł moje łzy.
Wyszliśmy tylnymi drzwiami, wtuleni w siebie jak para uciekinierów, którzy pomimo sprzeciwów innych nadal kochają się mocno i nie dopuszczają do siebie żadnej przeszkody....
-----------------------------------------------------------------------------------
Hej! :*
W końcu udało mi się dodać rozdział. Zaparłam się i powiedziałam żeby się waliło i paliło to go napiszę. Myślałam, że opublikuję go wcześniej, ale przez to co wydarzyło się we Francji po prostu nie mogłam skupić się na pisaniu, wiedząc, że mój tato teraz tam przebywa. Na szczęście nic mu się nie stało, ale jest w szoku, bo nigdy nie widział tak wzmożonej ochrony i takiej paniki wśród ludzi, ale nie ma co się dziwić.... W każdym bądź razie mówił, że stoi od południa w Paryżu (jeździ ciężarówką, w transporcie międzynarodowym, a główna siedziba firmy jest właśnie w Paryżu) i nie może się ruszyć, aż do poniedziałku. Co będzie potem? Okaże się pojutrze.
Jak Wam album się podoba? Dla mnie to najlepszy album, jaki mogli kiedykolwiek wydać. Słyszę w tych piosenkach inspirację latami 80/90 za co im dziękuję, bo uwielbiam tamte lata i te solówki... Jaka jest wasza ulubiona piosenka? Moja to "What a Feeling", którą pokochałam od pierwszych dźwięków.
A no i jeszcze jedno. Nie pojawił się post ze zdjęciami i nie wiem czy się jeszcze pojawią, bo mam tak dużo nauki, że tylko w łeb sobie strzelić i najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na posty tego typu, za co przepraszam Was bardzo mocno.
Do zobaczyska :* :*

