niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 19

          Kolejny dzień, w zasadzie dzień jak co dzień. Ze spotkania z Liamem wróciłam dość późno w nocy, nie jestem w stanie określić, która to była godzina, ale Poppy i Louis już spali, zostawili tylko włączoną, małą lampkę w korytarzu. Uprzedzając wszystkie spekulacje, nie, między nami do niczego nie doszło, chociaż Li proponował mi nocleg, ale wiedziałam czym to mogło się skończyć, a trochę dorosłam i zmądrzałam od tamtego czasu i nie "na tym" to polega.
         Ponownie ślęczę nad stosem papierów, pogoda niezachęcająca do życia, a okulary, które zakładam do czytania i pisania, zlatują mi z nosa. Śpię na siedząco, moje czoło raz zaliczyło już dzisiaj kąpiel w kubku z kawą i myślę, że z takim obrotem sprawy jeszcze nie raz zaliczy.
- Caaaarrrrlllllaaaaa! - Krzyknęłam do dziewczyny, której biuro znajdowało się za ścianą.
- Co?
- Chodź do mnie na chwilę!
Minęła dosłownie chwilka, a moja asystentka stała już w progu, na przeciwko mnie.
- Zdaj mi dzisiejszy raport.
- Raport? - Zapytała wytrzeszczając oczy.
- Oh, naprawdę nie kumasz? Chodzi mi o to, ile jeszcze pacjentów przede mną, bo padam z nóg i jak nigdy zresztą nie chce mi się tu siedzieć.
- Już patrzę. - Carla nerwowo przekładała kartki notesu, by w końcu znaleźć odpowiednią datę. - Jeszcze dwie osoby, ten co go żona biła i ta uzależniona od codziennych zakupów.
- Wszyscy Święci razem wzięci, dlaczego mi to robicie?!
- Trzeba było wczoraj nie balować do późna.
- Carla, zależy ci na taj pracy?
- No tak..
- To idź się zajmij pracą, a nie, będziesz mnie tu rozliczać z życia prywatnego.
- Dobra, już dobra, idę. 
          - Czy byłaś w ostatnim czasie na jakichkolwiek zakupach, nie licząc oczywiście zakupów spożywczych?
- Nie, nie byłam, choć nie ukrywam, że było ciężko. Kusiło mnie by zamówić coś z Internetu, ale jednak pierwszy raz od pół roku podeszłam do tego całkiem na poważnie, stanęłam przed szafą i otwarcie stwierdziłam, że nic więcej już nie potrzebuję.
- Bardzo się cieszę, że tak podeszłaś do tego defacto poważnego problemu, a przede wszystkim, cieszy mnie fakt, że sesje coś dały, niemniej jednak, potrzebuję udowodnienia twojego zachowania, więc co zamierzasz?
- Chcę połowę mojej garderoby oddać potrzebującym, bo w połowie rzeczy i tak nie chodzę.
- Dobrze, w takim razie, kiedy oddasz ciuchy do jakiegoś punktu, na przykład pomocy społecznej, bardzo proszę, by wystawili takowy dokument uzasadniający twoją prawdomówność, a tutaj jest skierowane pismo w moim imieniu z prośbą o taki dokument dla ciebie.
- Dziękuję pani bardzo.
- Ja również, dziękuję i widzimy się za miesiąc.
- Dobrze. Do widzenia!
- Do widzenia!
          I feel good turururu, po mojej głowie chodziła ta piosenka, kiedy ostatni pacjent zamknął za sobą drzwi. Spakowałam swoje manatki i całkiem padnięta pojechałam do domu, gdzie zresztą czekała mnie miła niespodzianka; gotowy, prawdziwy, pachnący, świeży obiad i coś czego nigdy bym się po tej dwójce nie spodziewała..... posprzątali mi mieszkanie, jak się potem okazało, zmusiło ich to, bo nasyfili podczas mojej nieobecności, a wiedzą jakim pedantem jestem, więc żeby uniknąć wywalenia za drzwi musieli posprzątać i wyszło im to całkiem zgrabnie, swoją drogą, chyba plus dla nich, że mieszkanie nie ma 500 mkw.
- W ogóle Liam tu był. - Zaczęła Poppy.
- Tak? A co chciał? - Zapytałam, wkładając naczynia do zmywarki.
- Pytał się, kiedy masz wolne tak na dłużej, niż tylko weekend.
- Od dzisiaj, a w zasadzie od teraz zaczynam urlop. Wzięłam wolne, bo przecież nie będziecie tu sami całymi dniami siedzieć.
- Tak, tak, jasne. - Odrzekła szybko dziewczyna. - Ale chłopak ma farta... - Dodała Po, cicho pod nosem.
- Co? Jakiego farta? O czym ty mówisz.
- Ja? O niczym....
- No dobrze. - Westchnęłam. - Wybaczcie kochani, ale jestem potwornie zmęczona po wczorajszym dniu  i dzisiejszym, więc mam nadzieję, że się nie obrazicie jak pójdę położyć się spać.
- No coś ty! - Rzekł z wyrzutem Louis. - Odpoczynek jest wskazany, tym bardziej dla takiego pracusia jak ty. Kolorowych snów, Rosaline.
- Jesteście kochani! Dobranoc.

NASTĘPNY DZIEŃ

          Dzisiaj jest upragniona przez wszystkich, ta niesamowita pod każdym względem sobota! Zegarek pokazuje parę minut po 10, więc myślę, że godzina całkiem względna. Dzień zapowiada się fantastycznie, nie mówiąc o tym, że obudziły mnie promienie słoneczne i na szczęście dzisiaj nie ma już żadnego śladu po wczorajszym urwaniu chmury. Pomyślałam sobie, że może pójdziemy na spacer do Central Parku, ale muszę to skonsultować z moimi chwilowymi współlokatorami, bo wczoraj nie miałam siły zapytać się, czy mają jakieś plany na dzisiaj.
          Ledwo co zwlokłam się z łóżka usłyszałam pukanie do drzwi, jakby nie było dzwonka, ale okej, co kto woli.
- Boże, kto to o tej porze? - Zapytała zaspana Poppy, wyłaniając się z pokoju w pidżamie w różowe kucyki.
- Nie wiem, idę zobaczyć.
Podeszłam do drzwi i zerknęłam przez wizjera.
- I co? Kto to? - Dopytywała blondyna.
- Liam. Nie wiem co on robi o tej porze.
- Otwórz.
- Dobrze, że mi powiedziałaś, bo bym nie wiedziała. - Rzekłam z nutą sarkazmu w głosie.
Przekręciłam zamek w drzwiach i uchyliłam "wrota".
- No w końcu, ile można czekać. - Powiedział Liam.
- Hej, wejdź.
- Cześć Poppy.
- Hejo.
- Stało się coś, że przychodzisz tak wcześnie?
- Wcześnie? Jest wpół do jedenastej.
- Dobra, mniejsza z tym. Chcesz coś do picia?
- Nie, przyszedłem ci coś oznajmić.
- Słucham.
- Od początku, zadzwoń do pracy i weź wolne na tydzień.
- Mam urlop do końca miesiąca.
- To świetnie, więc w takim razie spakuj się, nie zadawaj zbędnych pytań, bo masz 45 minut co do sekundy.
- Co proszę?
- To co słyszałaś. Bez zbędnych pytań idź i rusz swoje cztery litery.
- Dobra, już dobra, idę.
          Wpadłam do mojej garderoby i pakowałam pierwsze lepsze ubrania z półek i wieszaków, dosłownie zgarniałam wszystko jedną ręką do walizki, przy okazji sama ubrałam się w wygodne adidasy, leginsy i koszulę w fioletową kratę. Włosy uczesałam w dobieranego, na usta nałożyłam błyszczyk, a na oczy moje ukochane aviatorki, w efekcie uwinęłam się w 40 minut i 13 sekund.
- Masz wszystko?
- Chyba tak.
- Dokumenty, telefon?
- Czekaj. Telefon mam w torebce, a dokumenty... Moment, są w drugiej torebce. Popy poleć do mojego pokoju, po tą granatową torebkę, bo nie chcę w butach już wchodzić.
- A gdzie ona jest?
- Powinna być obok łóżka.
- Okie dokie, już lecę. 

           Minęła chwilka, a dokumenty miałam już ze sobą.
- Pozdrów Lou ode mnie.
- Okie.
- Papapa! - Krzyknęłam jeszcze na korytarzu, by już po chwili wejść do samochodu Liama.
- Możesz mi teraz wyjaśnić, co ty kombinujesz?
- Nie, nie mogę. Odwróć się, muszę zawiązać ci oczy.
- Jak mi powiesz o co chodzi.
- Nie.
- Uh. No dobra....
           Na moje wyczucie czasu, jechaliśmy dobrą godzinę, może nawet ciut więcej niż godzinę, ale kiedy poczułam, że zaparkowaliśmy, chciałam zdjąć chustę z oczu, lecz zostało mi to kategorycznie zabronione. Liam pomógł wyjść mi z samochodu i zaprowadził mnie gdzieś, gdzie musiałam iść po schodach, a jakaś osoba za nami ciągnęła nasze walizki. Usadowił mnie w wygodnym fotelu i kiedy usłyszałam huk, chyba zamykających się drzwi, pozwolił zdjąć mi chustę.  I co ujrzałam? Prywatny samolot, który pomalutku rozpędzał się na pasie startowym.
- Co? Jak to? Gdzie my lecimy? - Zapytałam z oczami wywalonymi na zewnątrz w stronę Liama.
- Lecimy tam gdzie jeszcze nie byłaś.
- No dobrze, ale gdzie?
- Nad Lazurowe Wybrzeże. - Odpowiedział z wyraźnym tryumfem na twarzy.
            Cóż... Ścięło mnie z nóg. Po prawie 6-ciu latach, znów wracam do Europy, tylko tym razem nie jest to Anglia.
- Trzeba przypieczętować nasz powrót i myślę, że śródziemnomorskie powietrze dobrze nam zrobi.
- Skoro tak uważasz.
- A ty nie?
- Nie, ja po prostu jestem w szoku terytorialnym. Kompletnie się tego nie spodziewałam.
- To chyba dobrze.
- Oczywiście.
           Na to moje "oczywiście" wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, pewnie dlatego, że zabrzmiało to śmiertelnie poważnie. 


NICEA

          Wylądowaliśmy na jednym z najpiękniejszych lotnisk. Pas startowy ciągnie się po błękitnym morzu. Jest niebiańsko. Słońce cudnie świeci, na niebie ani jednej chmurki, jest naprawdę świetnie. Na miejscu czekał na nas samochód, który zawiózł nas do Grimaud, miejscowości położonej niedaleko St. Tropez i wojaży ludzi obrzydliwie bogatych; Cannes, Monaco, Monte Carlo. 
          Nasz hotelik był cudowny, malutki, zero zgiełku, patrząc przez okno, na drugiej stronie uliczki znajdowały się butiki projektantów, ludzie pogodni, weseli, aż chce się żyć.
- Dobrze, że nie jesteśmy w sezonie wakacyjnym. - Powiedział Liam, podchodząc do mnie. - W lato jest tu taki tłum, że głowa boli.
- Wierzę ci, ale i tak jest super! Dziękuję, że mnie tu zabrałeś i jeszcze raz jestem ci wdzięczna za szansę jaką mi dałeś.
- Nie wracajmy już do tego, jest dobrze, tak jak jest, a róbmy wszystko, żeby było lepiej.
- Tak.
- Masz może jakąś sukienkę wieczorową?
- Coś tam wzięłam, a co?
- Jesteśmy zaroszeni na bankiet charytatywny organizowany przez Leonardo DiCaprio.
- Serio?! - Moje oczy znów "wyszły" z oczodołów.
- Serio, całkiem serio.
          Podbiegłam do walizki i całą zawartość wyrzuciłam na podłogę w apartamencie. Na szczęście spakowałam sukienkę, którą kupiłam ostatnio. Nawiasem mówiąc, nie miałam jej jeszcze na sobie, widocznie czekała na specjalną okazję.
- Liam?
- Tak.
- A pójdziemy na plażę?
- Możemy iść, ale na kąpiel jest jeszcze za zimno, możemy też pojechać zwiedzić St. Tropez, niecałe 5 km stąd.
- No to jedziemy! Wezmę tylko prysznic i przebiorę się w jakieś inne ciuchy.
- Dobra, ja też się przebiorę i możemy ruszać.
           Po około godzinie byliśmy już na miejscu.
- Tu jest przepięknie! - Powiedziałam. - Uliczki, takie urokliwe, okiennice, ciepłe kolory, wszystko nadaje tak niesamowity urok całości, że momentami brakuje mi tchu, by pokazać mój zachwyt. 




- Mi też się tu podoba. Za każdym razem, kiedy tu jestem, nie mogę oprzeć się tym widokom.
- O tak...
- Rosaline, mogę mówić do ciebie Rose?
Popatrzyłam się na niego po skosie od dołu, gdyż jestem od niego niższa i po krótkim namyśle odparłam:
- Jeśli tobie tak pasuje i to imię cię nie "boli" to możesz tak mówić.
- Pasuje. - Jego kąciki ust delikatnie się uniosły.
- Liam?
- Co się stało? Czemu się zatrzymałaś?
- Popatrz przed siebie, 20 metrów dalej, buty, potem tył głowy i powiedz, że to nieprawda.
- Ale co? O nie..... To chyba nie on....
- Zawracamy.