środa, 23 grudnia 2015

Christmas is coming...... Imagin dla Victorii Moore/Niall

            Odkąd Mullingar zostało zasypane śniegiem jesteśmy zdani sami na siebie. Zero łączności z miastem. 
- Coś czuję, że te święta będą bardzo ciekawe... - Mówię sarkastycznie sama do siebie wyglądając przez okno, za którym na chwilę obecną widzę tylko kilka osób próbujących przedostać się przez zaspy białego puchu.
           Odchodzę od okna i siadam w wielkim fotelu przed kominkiem, z którego bucha przyjemny żar ciepłego powietrza. Na stoliku, w kubku jest moja owocowa herbata, zapewne już całkiem zimna, bo nie ulatnia się z niej żadna para wodna. Właśnie zdaję sobie sprawę, że w końcu nastała ta wiekopomna chwila, kiedy właśnie cofamy się o dobre 200 lat wstecz. Jest pełno śniegu, nie ma Internetu, ani prądu, a ludzie w końcu zaczynają żyć. Słyszę radosne krzyki przed moim domem. To dzieci, które właśnie wybiegły na dwór i rzucają się kulkami zrobionymi ze śniegu. To dokładnie te same dzieci, którym każdego dnia Internet i telewizja dyktują każdy krok w realnym życiu.
           Wstaję z siedziska i podchodzę do olbrzymiego regału z przeróżniastymi książkami, w których mogę wybierać od klasyki thrillerów po fantastykę. Moją uwagę przykuwa dawano już nieczytana przeze mnie "Plaża Babylon". Biorę ją w moje dłonie i uważnie przyglądam się okładce.
- Pamiętam jak ich życie (milionerów i miliarderów) mi imponowało, ale z drugiej strony obrzydzało. Nigdy nie mogłam pojąć co niektórych ich zachowań i tego jak można nie szanować cudzej pracy lub wymuszać rzeczy, które są nie do osiągnięcia . - Myślę.
Po chwili dumania oddalam się od książek i tym razem siadam bliżej kominka, by blask padający od niego dobrze oświetlał mi czytane przeze mnie strony.

***

            Minęły solidne dwie godziny, kiedy z amoku czytania wyrywa mnie ciężkie pukanie w drzwi. Podnoszę wzrok znad książki trochę zdezorientowana, lecz po chwili, gdy słyszę ponowne stukanie, wstaję i udaję się w stronę drzwi.
- W końcu otworzyłaś. Już myślałem, że cię nie ma. - Mówi słodki blondyn z czapką renifera na głowie.
- Niall! - Krzyczę pełna entuzjazmu i rzucam mu się na szyję. - Już myślałam, że nie dojedziesz przez ten śnieg. Wchodź do środka, ściągaj kurtkę i tą twoją oldschoolową czapkę.
- W całym mieście nie ma światła? - Pyta.
- Nie, bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Byłeś już u rodziców?
- No coś ty. Z tobą mieszkam, a nie z mamą i tatą.
Uśmiecham się na te słowa, które są utwierdzeniem, że nie jest typowym maminsynkiem, a ten typ facetów jest najgorszy ze wszystkich.
- Chcesz coś do picia albo do jedzenia? - Proponuję.
- Nie. W Londynie poszedłem przed odlotem na lunch z chłopakami i nie jestem głodny. Wercia, mam pytanie.... Zdążyłaś zrobić zakupy na jutrzejszą Wigilię?
- Ty tylko o jednym. - Śmieję się. - Nie martw się, zdążyłam. Zapasy są i z głodu nie umrzesz.
- To dobrze. - Na jego twarzy pojawia się uśmiech. - Idę zanieść walizkę z ciuchami do pralni.
- Weź latarkę. - Wskazuję na stolik w korytarzu.
- Racja. - Stuka się w głowę i zmierza w kierunku czarnego przedmiotu, w którym drzemie potężna moc światła.
           Kilka minut później, Niall znów pojawia się na moim horyzoncie i coraz bliżej przybliża się do mnie.
- Weronika, ja wiem, że Wigilia dopiero jutro, ale ja nie mogę dłużej czekać.
Przez moją głowę przebiegają tysiące myśli, nie wiem czego mogę się za chwilę spodziewać.
Ten słodziutki żarłoczek przyciąga mnie do siebie i mocno przytula. Nie wiem co mam powiedzieć. Kiedy wypuszcza mnie ze swoich silnych ramion, z rękawa sweterka wyciąga małe, czarne pudełeczko i bez słów mi wręcza. Zauważam, że uśmiecha się nerwowo w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Niall, co to jest? - Pytam pozytywnie przerażona.
- Otwórz to się przekonasz.
Pomalutku uchylam wieczko pudełeczka, a moim oczom ukazują się kluczyki. Tak, kluczyki.
Uśmiecham się szeroko i spoglądam moimi brązowymi oczami na postać przede mną.
- Pamiętasz jak kiedyś mówiłaś, że chciałaś mieć Jeepa i wysiadać z niego na parkingu w szpileczkach?
- Mój Boże... Niall, ty chyba żartujesz? - Pytam z szeroko otwartymi gałkami ocznymi.
- Nie. Dokładnie 6 godzin temu pojechałem z Carolą do salonu samochodowego w Londynie. To, że ona zna twój gust, wie co ci się może podobać, więc skutkiem wojny i kompromisu oboje doszliśmy do porozumienia, że ten model co wybraliśmy będzie trafiony i z pewnością ci się spodoba. A z racji tego, że ciężko jest się tu dostać, to jutro, w Wigilię przyjadą nim Harry z Carolą.
- Kocham cię! - Krzyczę, a z moich oczu zaczynają spływać łzy szczęścia.
Nie mogę się powstrzymać.... Rzucam się na jego usta i w ramach podzięki gorąco całuję. Odrywam się na chwilę by złapać oddech, szepczę ciche "dziękuję" i wracam do robionej wcześniej czynności.

WIGILIA

            Budzę się cała w skowronkach, a do moich nozdrzy dochodzi słodki zapach kakaa i jajecznicy. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a słońce pięknie świeci odbijając swój blask w śniegu przez co wydaje się, że jest bardzo jaskrawo. Wstaję z łóżka by otworzyć okno. Delikatnie, na czubkach palców stąpam po lodowatej podłodze. Uchylam okno by zaczerpnąć świeżego powietrza, lecz atakuje mnie siarczysty mróz. Cofam się i z powrotem siedzę pod ciepłą kołdrą w czerwone wzory. Spoglądam na ekran swojego telefonu i dostrzegam kilka wiadomości, których nie sprawdzam.
- Dzień dobry kochanie! - Wchodzi Niall z tacą na której trzyma posiłek.
- Śniadanie do łóżka... Kochany jesteś.
- Dla ciebie wszystko.
Podaje mi śniadanie na kolana, a sam pakuje się obok mnie.
- Smacznego. - Mówi i pokazuje swoje białe zęby. - Jest już prąd i od rana działają odśnieżarki.
- To świetnie! - Odpowiadam z pełną buzią. Nialluś, kochany mój, wiedziałam, że kochasz jeść, ale że tak pyszną jajecznicę robisz to jestem w szoku.
- Widzisz Wera, nie doceniasz mnie.
- Palnęłabym cię poduszką w głowę, ale rozlałoby się kakao, a ja nie mam zamiaru w Wigilię włączać automatu.
- To nawet całkiem fajnie. - Mówi zamyślony.
- Co fajnie? Co ty kombinujesz? - Pytam.
- Ja? Nic.
- Niall....? Znam ten ton głosu.
- No dobra. Wiem, że dzisiejszą kolację mieliśmy spędzić tylko we dwoje, ale z racji tego, że Carola z Harrym dzisiaj przyjadą to ja z Haroldem wymyśliliśmy coś innego.
- Carola o tym wie?
- Nie.
- Zaczynam się bać, bo kiedy Harry rzuci głupim do potęgi entej pomysłem, cała wasza trójka się szczerzy i jesteście za tą propozycją.
- Weronika, obiecuję ci z ręką na sercu, że to będzie najlepszy dzień w twoim życiu.
- Najcudowniejszy dzień był wtedy, kiedy cię po koncercie spotkałam, więc nie wiem jak ty to przebijesz. - Głupio się śmieję.
- Jeszcze się zdziwisz.....



***


              Stoję w korytarzu z moją i Nialla, którąś z jego pokaźniej kolekcji walizek, walizką. Blondyn szpera w jednej z szuflad z dokumentami i szuka dowodu rejestracyjnego od samochodu, którym mamy jechać. Słyszę charakterystyczny dźwięk. Jestem pewna, że dostałam wiadomość. Ściągam rękawiczkę z prawej ręki i wyjmuję telefon z torebki, w której mam rysownik i ołówek. 
OD CAROLINE: Hej Słońce! :* Zjechaliśmy już z promu i nie wiem co się dzieje, ale Harry prowadzi mnie w jakieś krzaki.... Dosłownie. Wiesz coś o tym?
DO CAROLINE: Zastrzeliłaś mnie tym pytaniem. Nic nie wiem. Niall nic mi nie mówił, powiedział tylko, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu..... O.o
OD CAROLINE: No to całkiem nieźle.... Jeśli za jakiś czas okaże się to głupim żartem, albo dennym pomysłem, nie musimy nawet zgadywać kto był pomysłodawcą...
DO CAROLINE: Taaa... Nasz Haroldzik....

             Włożyłam telefon do torebki, a na "nagą" dłoń założyłam uprzednio ściągniętą rękawiczkę.
- I co, znalazłeś? - Pytam.
- Tak. Możemy jechać. Nie! Nie możemy jechać!
- Co znowu?
- Zapomniałem o gitarze!


***

             Na dworze pomału robi się ciemno, dochodzi godzina 16:30, a my nadal jedziemy. Ku mojemu zdziwieniu wjeżdżamy w jakąś polną drogę. Wokół nas nie ma nic, tylko drzewa, las. Niall podaje mi do rąk czarną chustę i każe zawiązać oczy.
- Po co mam to zrobić? - Pytam.
- Nie zadawaj zbędnych interpelacji (pytań). Jeszcze 5 min drogi. Zaufaj mi.
Biorę głęboki oddech i zawiązuję swoje oczy.
             5 minut ciągnęło mi się w nieskończoność. Miałam wrażenie, że w ciągu tych paru minut zdążyłabym narysować stos obrazów i myślę, że wyszłyby całkiem nieźle.
             Słyszę charakterystyczny dźwięk zaciąganego hamulca ręcznego.
- Ściągnij chustkę.
Robię to co każe mi blondyn, a chwilę po tym, moim oczom ukazuje się oświetlona lampkami chatka na środku polany wokół, której nie ma nic oprócz lasu. Prawdę mówiąc najbardziej moją uwagę przykuwa stojący przed domem wielki samochód. Z racji tego, że jest już ciemno wytężam wzrok by dokładniej przyjrzeć się formie samochodu.
- Na co czekasz. - Mówi Niall śmiejąc się.
Wybiegam z pojazdu, w którym aktualnie się znajduję i prędko gnam do drugiego samochodu. Oglądam go z każdej strony. W końcu wchodzę do środka, dotykam kierownicy i folii, którą okryte są siedzenia. 

- Zadowolona?
- No wiesz. Teraz schodzisz na boczny tor, bo moją nową miłością jest ten o to cudowny samochód. Pogódź się z tym Niall.
- Jakoś przeżyję... - Mówi, próbując udawać rozpacz, lecz kiepsko mu to wychodzi.
Wychodzę z pojazdu i łapczywie całuję Nialla, tak jakby zaraz miałoby go nie być.
- Pocałunki przy -25. Tego mi było trzeba. - Szepcze blondyn.
- Dobra hołota. Dosyć tych czułości! - Mówi Carola wychodząc przed domek razem z Harrym.
- Caroline, Harry! - Krzyczę. Odrywam się od Niallerka i szybkim krokiem podchodzę najpierw do Caroline, a potem do Harolda i mocno ich wyściskuję.
- Dziewczyny, idźcie do środka, a ja z Niallem wniesiemy bagaże. 


KOLACJA

           Złożyliśmy sobie życzenia i właśnie zajadamy się różnymi pysznościami, które przygotowała Carola razem z Harrym. Błąd! Sama Carola, bo Harry jeśli chodzi o gotowanie to ma dwie lewe ręce. Kiedyś chciał zupę ugotować. Postawił na palnik garnek z wodą i poszedł coś robić. Dobrze, że mieszkanie się nie spaliło....
- Jestem nie najedzony, lecz nażarty. Pękam w szwach. - Mówi Niall.
Patrzymy się z niedowierzaniem, a w naszych oczach przewija się pytanie: "A może on jest chory? To nie możliwe.... On najedzony?!"
- Dobra panie i drogi Styles'ie, ja porywam moją Polish Piękność na spacerek, a wy macie dom do dyspozycji.
Harry i Carola umownie wymienili się spojrzeniami co o czymś świadczyło.... 


***

            - Niall gdzie ty mnie prowadzisz?
- Zaraz zobaczysz.
- I po co ci ta gitara na plecach? Nie. Patrz. Tam się pali ognisko. Ja nigdzie nie idę. A jak to jakiś bandyta, złodziej, pijak, a może gwałciciel? Ja się boję.
Mój kochany chłopak trzyma mnie za rękę i w takiej chwili, chwili zgrozy szczerzy swoje zęby, że o mało mu nie wypadną.
- Z czego ty się tak cieszysz?
- Bo tam nikogo nie ma. To ognisko miało być rozpalone.
- Świetnie. Zawsze marzyłam o śpiewaniu piosenek w środku lasu i to jeszcze przed północą... - Myślę.
Przez chwilę zapada między nami niezręczna cisza, aby ją przerwać zaczynam śpiewać.
- Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, może mnie o rękę prosić chociaż dziś. Nanananana nie pamiętam jak to dalej szło.
Choć jest ciemno zauważam kątem oka, że Nialler znów się uśmiecha. Nie wiem co mu dzisiaj się stało, ale jest tak radosny, że zastanawiam się czy on jest na pewno trzeźwy.
- Piłeś coś dzisiaj?
- No coś ty. Przecież samochód prowadziłem.
- To co ty taki wesolutki jesteś?
- Usiądź. - Niall wskazuje na kłodę drzewa obok rozpalonego ogniska, a sam stoi naprzeciw mnie.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy. Było to po koncercie, wypadł ci telefon i go znalazłem. Wtedy nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Cały czas patrzyłem i patrzyłem i nie mogłem nasycić się twoim widokiem. Miesiące mijają, a ja chcę więcej i więcej. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, ale teraz już wiem: jestem w tobie zakochany. Jestem zakochany i jednocześnie przerażony, że ciebie stracę. Dlatego nie chcę ryzykować ani chwili dłużej. - W tym momencie Niall klęka przede mną, a z kieszeni kurtki wyciąga czerwone pudełeczko. Weronika, czy zostaniesz moją żoną?
Jestem poruszona i wzruszona, moje oczy wypełniają się łzami. Mam do wyboru dwa magiczne słówka, bez namysłu wybieram...
- Tak! Wyjdę za ciebie! - Wstaję z kłody i tulę się mocno do blondyna.
- Tak się cieszę! Kocham cię tak bardzo mocno!
- Ja ciebie też!
Nasze usta łączą się w długim i namiętnym pocałunku. Jeszcze chwilę temu myślałam, że zamarznę. Teraz jestem rozpalona do czerwoności.
Kiedy przestajemy się całować, a pierścionek pięknie błyszczy w blasku księżyca, Niall przejmuje inicjatywę.
- Z racji tego, że mamy Wigilię muszę ci zagrać i zaśpiewać jedną piosenkę.
Usiadłam z powrotem na moje wcześniejsze miejsce i zamieniłam się w słuch.
        Pierwsze akordy.... Znam to!
Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special....


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam Was Kochani! :* Dostałam w wiadomości prywatnej zamówienie na imagin z Niallem dla Victorii Moore. Podchodziłam do niego kilka razy i ostatecznie wyszło mi coś takiego. :) Wiem, że mistrzem pisania imaginów nie jestem, ale myślę, że wyszło mi całkiem do przegryzienia. :) Opinie zostawiam Wam, a przede wszystkim Weronice. :*
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z racji tego, że jutro jest Wigilia to pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Od razu mówię, że nie jestem fanką, kopiuj-wklej dennych życzeń, czy też świątecznych wierszyków. ;)

W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazda Betlejemska drogę wskaże.
Zapomnijmy o idiosynkrazji*,
otwórzmy skrzynię pełną słodkich marzeń.
Niechaj Niewinność z Panem Bogiem,
jak Trzej Królowie z darami swoimi,
staną cicho za Waszym progiem,
by urealnić to, co dotąd było marzeniami.
Ciepłem serc otulmy naszych bliskich
i uśmiechnijmy się do siebie.
Magia Świąt niechaj zjedna wszystkich,
Niech wszystkie spory odejdą w kąt,
Niech zamartwienia i smutki, które
towarzyszyły Wam dotychczas ulotnią się
niczym niewidzialna mgiełka, a Nowy Rok,
który nadchodzi wielkimi krokami, niech
przyniesie Wam same pozytywy i radość z
życia.
 

WESOŁYCH ŚWIĄT KOCHANI I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2016 ROKU! 
     
*niechęć do innych   


sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 16

3 DNI PÓŹNIEJ

             Tak. Właśnie tyle minęło od wyjścia na światło dzienne feralnej prawdy, która satysfakcjonowała tylko i wyłącznie Harry'ego.
- Rose? - Zapytała niepewnie Poppy, wchodząc do mojej sypialni.
- Co chcesz?
- Nie możesz siedzieć w tym pokoju całe wieki. Minęły już 3 dni, a zapuściłaś się jak menelka. Rozejrzyj się jaki tu syf. Rose, popatrz na mnie. - Podeszła do mnie i ujęła moją twarz w swoje dłonie. - Powiedz mi, czego ty się spodziewałaś? Myślałaś, że jak ty mu powiesz to inaczej zareaguje? Myślałaś, że rzuci ci się na szyję i wszystko ci wybaczy, na pstryknięcie palcem?
- Zostaw mnie! - Wyrwałam się blondynie.
- Rose! Popatrz mi prosto w oczy i opowiedz!
Po krótkiej chwili podniosłam wzrok na Poppy.
- Nie, wcale tak nie myślałam! Zadowolona?!
- Tak.
- Teraz wyjdź.
- Ale....?
- Wynocha! - Trzasnęłam drzwiami tuż za jej plecami.
Wzięłam telefon do ręki i wybrałam numer Liama. Miałam malutką, wręcz mikroskopijną iskierkę nadziei, że odbierze. Na próżno.... Abonament niedostępny, nagraj wiadomość głosową......

POPPY


            Nie wiem co ja mam zrobić by ta dziewczyna wzięła się w końcu w garść. Zawsze taka silna psychicznie, mocna w gębie, a teraz? Zupełnie inna osoba. Ja wiem, że ona kocha Liama, ale jak się kogoś kocha to nie powinno wyrządzać mu się takiej krzywdy. Z jednej strony sama sobie nawarzyła piwa, ale z drugiej, kto chciałby się przyznać do brudów z przeszłości, a Li wiążąc się z nią jeszcze w szkole, powinien mieć na uwadze, że Rose do grzecznych nie należy. Powinien wiedzieć, że złego byka nie tak łatwo okiełznać.
          Ale cóż. Ja czasu nie cofnę. Było minęło, a ta dziewczyna naprawdę musi wziąć się w garść, bo będzie coraz gorzej. Warto zaznaczyć, że już jest tragicznie, aż boję się co będzie jutro, a broń Boże po jutrze....
         Przez te trzy dni w mojej głowie mam tylko Rose i Liama. Ciągle myślę na ich temat, a powinnam chyba pogadać z Lou o tym wszytskim, w końcu to jego kuzyn. A zresztą, teraz to pewnie nie będą się do siebie latami odzywać.....
         Usiadłam w salonie przed telewizorem, gdzie już wcześniej, na wielkiej sofie usadowił się Louis.
- I jak z nią? - Zapytał.
- Kiepsko.... Nie odzywa się, a jeśli już, to z wielkim przymusem i złością. Ona się załamała, a w pokoju u niej jest jedna wielka melina.
- Mogę dać sobie uciąć rękę, że z Liamem jest podobnie. Jest bardzo wrażliwy i kochał Rose. Za to mnie znienawidził i jak sobie pomyślę, że będziemy musieli się spotkać na jakiejś uroczystości rodzinnej to zaczyna mnie mdlić. Ja wiem, że to moja wina, ale cholera, jesteśmy kuzynami, od dziecka razem, najlepsi kumple. Może jeszcze Li zachowałby się inaczej gdyby nie to, że niestety dwa razy przespałem się z Rose i myślę, że nawet to go mogło zaboleć bardziej, niż ten cały Harry.
- Pewnie masz rację, ale musimy ją stąd wyrwać. Ona nie może do końca swojego życia siedzieć zamknięta.
- No dobrze, ale pytanie za 100 punktów, jak chcesz to zrobić?
- Nie wiem, Louis, nie wiem. Coś wykombinuję.
- A może ją na zakupy zabierz, w końcu to jest czynność, którą kobiety kochają najbardziej.
- To nie jest dobry pomysł. A jak spotkamy, a w szczególności ona spotka Harry'ego? Przecież z tego co mi się wydaje i wiem to ten narcyz pół życia spędził w galerii i w butikach i pewnie wiele jeszcze czasu tam pobędzie.
- No to może do kina na jakiś film, albo do kawiarni na jakąś dobrą kawę i ciastko?
- Ten pomysł już o wiele lepszy, ale ona na to nie pójdzie jak wprost jej powiem, żeby ze mną poszła. Trudny orzech do zgryzienia z nią mamy.... Wiem..... A może ty z nią pogadaj.
- Jak to? Ja?
- A widzisz tu innego Louisa?
- No nie.
- No to masz odpowiedź.
- Ale co ja mam jej powiedzieć?
- Louis, nie wiem. Ja nie potrafiłam do niej przemówić, bo kiepski ze mnie psycholog, ale może tobie się uda. W końcu znasz ją trochę lepiej niż ja....
- Sarkazm?
- Tak.
- Dobra, szkoda mitrężyć czas. Idę.

***

          - Rose? Jesteś tam? Halo? Rose? Mogę wejść?
Cisza.
- Rose, wpuść mnie, chcę tylko porozmawiać.
Cisza
- Pros....
- Nie mamy o czym!
- Błagam cię, otwórz te drzwi.
- Nie! Idź stąd! Chcę być sama!
- Jesteś sama od trzech dni. Nie możesz tam ciągle siedzieć.
- Powiedziałam idź stąd!
         Louis tylko ciężko westchnął i zszedł na dół, do kuchni. Ja w tym czasie przygotowywałam coś do jedzenia.
- I jak? - Zapytałam.
- Beznadziejnie.
- Czyli?
- Nie wpuściła mnie nawet do środka.
Oparłam się o blat, a ścierkę kuchenną, którą trzymałam w prawej dłoni zarzuciłam na ramię.
- Czyli jest jeszcze gorzej....
- Raczej tak.
- Dosyć tego! Pilnuj sosu by się nie przypalił i makaronu, żeby się nie rozgotował, a ja idę zrobić jej terapię wstrząsową! - W tym samym momencie podałam ścierkę Lou i stanowczym krokiem ruszyłam do pokoju dziewczyny o hebanowych włosach.
           Stanowczo i nie bawiąc się w pukanie do drzwi weszłam do pokoju Rose.
- Co się tak patrzysz? Wstawaj, a nie gnijesz w tym łóżku!
Podeszłam do garderoby i wyciągnęłam z niej ręcznik, czystą bieliznę i ubrania, które rzuciłam prosto w ciemnowłosą. - Masz 3 sekundy, by podnieść swój zadek i iść do łazienki, którą masz 5 kroków dalej.
Moja przyjaciółka już podniosła rękę, już chciała coś powiedzieć, jednak nie pozwoliłam jej na to.
- Bez żadnych p r o t e s t ó w. Idziesz i się nie odzywasz.
Widziałam, że trochę się przestraszyła widząc we mnie taką stanowczość, ale to dobrze. Albo użala się nad sobą, albo udowodni Liamowi, że zrobi wszystko, aby go odzyskać, bo gębą wiele nie narobi.... 
          W czasie, kiedy Rose brała prysznic, pozwoliłam sobie wziąć odkurzać, byle jakie wiaderko, płyn do podłóg i jakąś szmatę znalezioną w garażu. Musiałam pomóc dziewczynie, bo wiedziałam, że ona dzisiaj na pewno nie posprząta swojego burdelu. Tak więc, poskładałam do garderoby walające się po podłodze ciuchy, wytarłam kurze, odkurzyłam i umyłam podłogę. Po skończonych porządkach, które wydawały się, że zajmą mi całą wieczność, zamknęłam pokój dziewczyny na klucz, a na drzwiach zostawiłam kartkę: Zejdź do kuchni, bo do pokoju i tak się nie dostaniesz. 


ROSE

         Nie mam zielonego pojęcia co ta dziewczyna wyprawia. Jej się fajnie gada, bo ma Lou, który nie zdradził jej, chodząc z nią i jest fair w stosunku do niej. Co prawda, to prawda, nie mogę całe życie się użalać, ale jak mam zachowywać się inaczej? Mam mętlik w głowie. Nie wiem, czy mam iść do Harry'ego, pogadać z nim na spokojnie, wyjaśnić wszystko, czy dać sobie z nim spokój. Tak bardzo chciałabym odzyskać Liama, ale teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać, muszę dać mu czas na przemyślenia. Z drugiej strony... Kogo ja oszukuję? Przecież on ma mnie za dziwkę, która puszcza się z pierwszym lepszym napotkanym facetem.
        Po 45-cio minutowym zawodzeniu pod prysznicem, stwierdziłam, że pora wyjść, bo jeszcze trochę i ta dwójka z dołu może wyważyć drzwi od łazienki. 


***

        - No w końcu jesteś. - Rzekł Louis, delikatnie się uśmiechając.
- Dzięki Poppy, że wyrwałaś mnie z tego molochu. Gdyby nie ty, pewnie utkwiłabym tam na wieczność.
- Daj spokój. W końcu od czegoś ma się najlepszych przyjaciół. Teraz siadaj i podaję ci spaghetti.
- Super! Od trzech i w zasadzie pół dnia, nie jem nic porządnego, więc z miłą chęcią coś skonsumuję.
        Dostałam do dyspozycji cały, kopiasty talerz makaronu z sosem i całą górą sera. Pewnie przytyję po tym z 5 kg, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. 
- Nie wiem, które z was to robiło, ale jest to tak nieziemsko pyszne, że brakuje mi słów! - Powiedziałam z pełną buzią, przez co trochę sepleniłam. 
- Ja tylko pilnowałem, żeby się nie przypaliło. - Odparł Lou.
- Eeeee tam. To zwykły makaron i nic więcej.
- Może zwykły makaron dla ciebie, ale dla mnie siódmy cud!
- A jak się czujesz?
- Dzięki Po. O wiele lepiej. - Posłałam uśmiech blondynie.
- To dobrze, że lepiej, bo jutro rano mamy samolot do Londynu. - Poinformował mnie Loui.
- Co?
- Dzisiaj jest 25. Musimy już wracać, a Poppy i ja nie pojechalibyśmy, gdybyś nie wyłoniła się ze swojego pokoju.
- Zabralibyśmy cię ze sobą. - Dodała Po.
        Szczerze mówiąc zatkało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Straciłam rachubę czasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że już jest końcówka sierpnia, więc podwójnie nie mogę się załamać. 


RANEK, 26 SIERPNIA 

        Wstałam o godzinie 5 rano (Lou i Poppy jeszcze spali) i postanowiłam przygotować im kanapki na drogę i śniadanie. Nie jestem wybitną kucharką, więc śniadanie nie było wykwintne, ale za to smakowite. W końcu kto nie lubi naleśników? Postawiłam na stole w jadalni talerz naleśników, nutellę, dżem oraz kawę i sok, a kanapki zapakowałam do podręcznej torby Poppy.
- Co tak pachnie? - Zapytała Po wchodząc do kuchni razem z Louisem.
- Zapraszam do jadalni.
       Zjedliśmy śniadanie o bagatela 5:30 (!) Mój rekord. Nigdy nie wstawałam o tej godzinie, ale głupio bym się czuła gdyby Poppy i Lou odjechali spod mojego domu, a ja bym słodko ucinała komara. Nie..... To by było nie do przyjęcia. 


***

          Taksówka stała już pod domem, a my w korytarzu. Chciało mi się płakać.
- Dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję, że podtrzymywaliście mnie na duchu i dziękuję ci Poppy, że przyjeżdżając tutaj powtórnie, wybaczyłaś mi wszystko.
- A ja ci dziękuję, że zmieniłaś moje życie i pokazałaś mi, że szaleństwo zaczyna się dopiero za murami szkoły. Dziękuję.
- No to przytulas. - Rzekł Loui.
         To był bardzo emocjonujący moment. Przytuliliśmy się wszyscy razem, a kiedy dwójka zakochanych opuściła mój dom, pobiegłam do mojego pokoju, zabrałam telefon, a z korytarza drapnęłam klucze od domu. Nie próżnowałam. Nie obchodziła mnie wczesna pora. Wyszłam. Powietrze było rześkie. Szłam 5 minut. Tyle czasu wystarczyło by stanąć po drzwiami jego domu. Nie pukałam, ani nie dzwoniłam, tylko weszłam. Skierowałam się wprost do jego sypialni, uprzednio mijając oszołomioną moim widokiem panią od sprzątania. Przywitałam się z nią szeptem. Moją uwagę przykuły butelki po różnych alkoholach i gazeta, a na niej nagłówek: Zapłakana Rose Collins wybiega z domu swojego ex, Harry'ego Styles'a. Czy znów ją skrzywdził? Moja pierwsza myśl jaka nasunęła mi się to; skąd oni to wiedzą? Przecież nie widziałam żadnych wścibskich oczu. Chyba, że byłam tak przejęta całą sytuacją, że nikogo nie widziałam.... Nie ważne.....
          Zatrzymałam się pod drzwiami jego sypialni, wzięłam głęboki oddech i weszłam.
          Usiadłam na rogu łóżka, a Harry spał, całkiem rozwalony na wszystkie "cztery strony świata". Po krótkiej chwili zaczęłam go szturchać.
- Co? - Wymamrotał nie zdając sobie jeszcze sprawy, kto znajduje się obok niego.
- Jajco.
         Widziałam po jego minie jakby zaczął analizować głos, który do niego mówi. Nagle z pozycji leżącej podniósł się do siedzącej. Przetarł oczy. Nie dowierzał.
- Cccoo tty ttuu rrobbissz? - Zapytał, jąkając się.
- Minęły 4 dni. Musimy porozmawiać. Przeanalizowałam twoje ostatnie słowa, w których mówiłeś, że mnie kochasz....

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 15

         Minęły dokładnie dwa tygodnie od moich urodzin, moich najlepszych urodzin jakie obchodziłam w ciągu wszystkich lat mojego życia.
         Zbliża się pomału koniec sierpnia, a za tym idzie wyjazd Poppy do Anglii. Lou i Liam też pewnie pojadą, tym bardziej, że ostatnio mama Li jest strasznie nachalna. Dzwoni bardzo często za byle pierdołą, co doprowadza mnie lekko mówiąc do szału.
         Zmieniając temat. Umówiłam się dzisiaj z Zaynem na spotkanie, do którego myślałam, że dojdzie wcześniej, ale nie znalazłam grama czasu, co jest oczywiście pretekstem, bo chciałam by ostatnie wydarzenia trochę ucichły. Najzwyczajniej w świecie bałam się Harry'ego. Miał mnie w garści i nadal ma.
         Przez ostatnie dwa tygodnie nie wydarzyło się nic spektakularnego, oprócz jednego. Poppy i Lou są razem! Jestem z tego powodu mega szczęśliwa. W końcu nic nie zapowiadało, że stworzą jakikolwiek związek. Lou w ogóle nie palił się zapłon, by zagadać do Poppy. Wydawało się, ze ich stosunki już zawsze będą utrzymywały się na relacji czysto koleżeńskiej, ale jednak! Zauważył w końcu dyskretne sygnały jakie wysyła mu Po.
        Aktualnie jest przed południem, za oknem żar (tradycyjnie) i właśnie wybieram się na spotkanie z Zaynem, ale najpierw muszę po niego pojechać, bo chłopak nie ma swojego samochodu, a Harry nie pożyczy mu swojego "muzealnego" gruchota, ani żadnego innego pojazdu.
- To ja wychodzę! - Krzyknęłam stojąc jedną nogą w domu, a drugą na zewnątrz.
- Chwila.
- Co?
- Gdzie ty idziesz, a w zasadzie jedziesz? - Zapytał Li.
- Mam ci kupić lecytynę na pamięć? Przecież mówiłam ci wczoraj, że jestem dzisiaj umówiona na spotkanie z koleżanką.
Tak, kłamstwo numer tysiąc jeden....
- Aaaaa, no tak. Zapomniałem. No to jedź, bo się jeszcze spóźnisz.
Cmoknęłam go w usta i wyszłam.
        Włożyłam kluczyki do stacyjki samochodu i ruszyłam kilka domów dalej. Umówiliśmy się z Zaynem, że ma czekać na mnie pod domem, bo nie mam ochoty na żadną konfrontację z Harrym, ale widocznie mnie nie posłuchał.
- Trudno. - Burknęłam sama do siebie i wyszłam z samochodu, prosto pod drzwi długowłosego i zadzwoniłam dzwonkiem, raz, drugi, trzeci raz.
Nikt nie otwiera.
- Czy ktoś tu robi sobie ze mnie jaja?! - Wrzasnęłam.
- Nie pieklij się tak, kochanie. Złość piękności szkodzi. - Powiedział Harry, kiedy otworzył drzwi wejściowe.
- Daruj sobie, Styles.
Niebotycznie wysokie szpilki sprawiały, że mogłam mu patrzeć prosto w oczy, z taką pogardą i obrzydzeniem, jakich dawno mój wzrok nie przejawiał w spojrzeniach.
- Nie patrz się tak na mnie, bo jeszcze jakiś urok rzucisz.
- Ciebie to naprawdę bawi?!
- Tak, a nie widzisz?
Właśnie w tym momencie zrobił tą swoją uwodzicielską minę. Chyba myślał, że na mnie podziała.
- Wiesz co? Jesteś tępy jak moja temperówka z przedszkola!
- Tępy? Oh.... Dzisiaj się przekonamy kto jest tępy, więc waż słowa, kotku.
- Dobra, nie chce mi się z tobą gadać. - Wyminęłam go i weszłam do korytarza. - Zayn! Ruchy! Ile można na ciebie czekać?!
- Już schodzę!
Obróciłam się i właśnie miałam opuścić ten przeklęty dom, kiedy ten ułomny człowiek o imieniu Harry, zasłonił mi drogę.
- Możesz mi powiedzieć co ty robisz?
- Jak to co? Stoję.
- To się przesuń i nie stój jak ciele malowane na środku.
- Ależ proszę.
Wsiadłam do samochodu, a ten drań stał, oparty o framugę drzwi i lampił się jak nie powiem kto.
- Daj jej spokój. - Powiedział Zayn.
- To nie twoja sprawa. Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz, ale wiesz dobrze, że ta intryga nikomu nie wyjdzie na dobre...... Będę później. - Cześć Rose. Wybacz, że tyle musiałaś czekać, ale musiałem wyglądać jak człowiek.
- Nic nie szkodzi. Właśnie widzę, że wyglądasz jak z okładki.
- Dzięki. To gdzie jedziemy?
- Myślałam o takiej knajpce w Malibu. Jest na poboczu drogi. Pewność, ze nikt nas nie podsłucha, a przede wszystkim, nie spotkamy żadnego z naszych wspólnych znajomych.
- Dobra, a skąd pewność?
- Zaufaj mi.
- Ufam. Zmieniając temat. Muszę ci coś powiedzieć.
- Słucham, choć trochę jestem przerażona.
- Powiem prostu z mostu bez owijania w bawełnę.
- No dobrze, mów.
- Harry ciągle o tobie mówi.
- Co?!
- Uważaj! Patrz na drogę!
Złapałam kierownicę dwiema dłońmi i patrzyłam przed siebie.
- Powiedz mi, jak mówi o mnie? Przecież my oboje za sobą nie przepadamy.
- Nie. On cię lubi, nawet bardzo.... Nie może przełknąć, że ułożyłaś sobie życie z jakimś angolem, a nie z nim.
- Słucham?!
- Tak. On wie, że źle zrobił, ale nie potrafi się do tego przyznać.
- Nie wierzę.... Ale przecież jego zachowanie wobec mnie ciągle sugeruje coś innego.
- Bo nie chce stracić swojego statusu "macho".
- Dobra. Ten człowiek jest dziwny.... Na szczęście już dojeżdżamy i koniec tematu o Harrym.

KILKA CHWIL PÓŹNIEJ

          - Pięknie tu i rzeczywiście, dość ustronnie.
- A nie mówiłam? Ale mniejsza z tym. Nie przyszliśmy podziwiać knajpki tylko porozmawiać.
- Racja.
- Jak udało ci się zbiec, już dwa lata temu? Ale ten czas leci.....
- Powiem ci, że sam nie wiem. Nadarzyła się okazja, kiedy mogłem wyrwać się z tego bagna i zaszyłem się w Nowym Jorku. Czułem się tam komfortowo, a przede wszystkim anonimowo. Były małe szanse, że ktoś mnie znajdzie w centrum tej metropolii.
- No dobrze. I jak tam żyłeś?
- Pracowałem w galerii handlowej, jako sprzedawca, a mieszkałem w malutkiej kawalerce obok Manhattanu.
- I mam rozumieć, że Harry o wszystkim wiedział?
- Tak. To on załatwił mi pracę i mieszkanie oraz donosił mi jak sytuacja z tobą, czy wszystko się już uspokoiło.
- Czemu on mi nie powiedział, że żyjesz i masz się dobrze?
- Nie chciałem cię niepokoić i wywoływać szoku. Wiedziałem, że jesteś w Anglii i wolałem nie denerwować cię na odległość.
Wstałam od stolika i zaczęłam chodzić w kółko. Byłam zdenerwowana, aż nachyliłam się nad Zaynem i wykrzyczałam:
- Czy ty masz pojęcie jak ja się czułam?! Przez prawie 1,5 roku żyłam ze świadomością, że nie żyjesz przeze mnie, a ty w tym czasie beztrosko żyłeś w Nowym Jorku!
- To nie tak.
- A jak?!
- Proszę Pani, proszę się uspokoić. - Podszedł kelner.
- Przepraszam.
Usiadłam z powrotem przy stoliku.
- Chciałem cię chronić.
- Przed czym?!
- Skąd ja mogłem wiedzieć czy nie wpadnie ci do głowy dziwny pomysł, a oboje wiemy, że twój mózg jest wybitnie zdolny jeśli chodzi o takie akcje!
- Proszę Państwa, proszę się uspokoić, bo inaczej będę zmuszony was wyprosić.
- Dobrze, przepraszamy. - Rzekł Zayn. - Rose, zrozum mnie. Nie mogłem się ujawnić. Nie mogłem narazić ciebie i mnie. Byliśmy tylko we dwoje, a akcje rozbojowe przeprowadzaliśmy wyjątkowo zgrabnie i szybko. Sama wiesz, że ani razu nie wpadliśmy w ręce policji. - Mówił bardzo cicho, tak, że ledwo go słyszałam.
- Tak. Z perspektywy czasu, wiem, że to był tylko bunt wyrażony patologicznym wychowaniem, a narkotyki, którymi się zajmowaliśmy były strasznym świństwem. Wstydzę się tego, ale było minęło. Tamte gangi policja zgarnęła, a nas nie. Upiekło się nam..... - Moja chwilowa złość jaką żywiłam do Zayna ulotniła się szybko, tak szybko jak się pojawiła.
- No właśnie. Więc już wszystko rozumiesz?
- Tak. Cieszę się, że jest już wszystko w porządku. Powiedz jeszcze. Jakie masz plany na przyszłość?
- Chcę wyjechać do Europy. Jutro rano mam samolot.
- Tak szybko?
- Tak.
- A wrócisz kiedyś do Stanów, może wpadniesz w odwiedzinki?
- Rose, słońce, oczywiście, że tak.
Na te słowa momentalnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Ponownie wstałam od stolika i złapałam Zayna za rękę.
- Chodź, pojedziemy gdzieś. Pokażę ci fajną miejscówkę.
Wyszliśmy z knajpki i stanęliśmy przed samochodem. Bez słów rzuciłam się na szyję Zayna i mocno go przytuliłam.
- Dziękuję, że jesteś i obiecaj mi, że będziesz moim przyjacielem do końca moich dni, nawet wtedy, kiedy jutro rozdzieli nas 7 tysięcy mil.
- Obiecuję, możesz być tego pewna.

15 MINUT PÓŹNIEJ

         - 3,2,1 możesz otworzyć oczy.
- Wow!
- I jak?
- Widok robi przeogromne wrażenie! Jest naprawdę pięknie! Widać stąd całe LA i góry!
- To mam rozumieć, że nie byłeś tu nigdy?
- Nie, w tym miejscu, nigdy.
- A jak układa ci się z tym, no....
- Liamem.
- O, tak właśnie.
- Nie chcę zapeszać, ale póki co, bardzo dobrze. Wszystko idzie w coraz lepszym kierunku, ale boję się, że Harry może wszystko popsuć. Kiedy u mnie się układa, on wyskakuje jak Filip z konopi i oczekuje cudów na kiju.... Momentami on mnie naprawdę przeraża.
        Kolejne pół godziny minęły na gadaniu o duperelach, do momentu, kiedy usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości o treści: Wracaj jak najszybciej, kłopoty.....
- Coś się stało?

- No właśnie nie wiem. Poppy napisała mi sms'a, żebym wracała, bo są jakieś kłopoty.
- No to wracajmy, szybko. Nie chcę cię niepokoić, ale to chyba sprawka Harry'ego.
- O nie.... Chyba czeka mnie najgorsze....
- Chcesz, żebym ja pojechał?
Bez namysłu rzuciłam mu kluczyki i wsiadłam do pojazdu od strony pasażera.

***

          Zayn wysiadł koło domu zielonookiego, ja w tym czasie przesiadłam się na miejsce kierowcy, wcześniej żegnając się z brunetem. Wszedł do domu i pokiwał mi głową na znak, że Harry'ego nie ma.
- Witaj piekło. - Pomyślałam w duchu.
Zaparkowałam w garażu i jak najprędzej udałam się do drzwi. Nie zdążyłam złapać klamki, kiedy te się otworzyły, a przede mną zobaczyłam posturę lokowatego z tym jego cwano-zadowolonym wyrazem twarzy.
- Coś ty narobił.... - Szepnęłam, widocznie musiał mnie usłyszeć.
- Chyba się domyślasz.
         Weszłam do salonu. Lou z Poppy ulotnili się do innego pokoju kiedy tylko mnie zobaczyli, a Liam siedział i patrzył się na mnie.
- Ja cię przepraszam, to nie.....
- Jak mogłaś?! A ja ci zaufałem! Myślałem, że jesteś inna! Czy ty w ogóle miałaś zamiar mnie poinformować o narkotykach, gangu, o tym, że kiedy mnie nie było, przespałaś się z tym popieprzonym aktoreczkiem?!
- Liam.... To nie tak. Miałam ci powiedzieć, ale się bałam! Bałam się Harry'ego! On miał mnie w garści! To on mnie zmusił do spędzenia z nim w nocy w zamian za dochowanie sekretu z mojej przeszłości! - Zawodziłam przez ściskające mnie od płaczu gardło.
- Nie wierzę ci! Chciałaś ten związek budować na kłamstwie?! Jesteś podła! Takie jak ty, nigdy się nie zmieniają! Nie na widzę cię! Myślałem, że jesteś normalna, ale nie! Ty udawałaś normalną!
- Muszę ci coś jeszcze powiedzieć...
- Słucham?! W twoim wykonaniu już chyba nic mnie nie zaskoczy!
- 2 razy przespałam się z Lou, raz, kiedy byliśmy pijani, co na drugi dzień się pobiliście, a drugi....
- Nie chcę tego słuchać! Jesteś skończoną szmatą!
- Liam, proszę, wybacz mi! - Rozpłakałam się. Moje życie właśnie runęło...
- Idę się pakować. Nie dzwoń do mnie!
- Przecież jesteśmy razem, kochamy się!
- Czy ty siebie słyszysz?! My byliśmy razem, teraz nie ma nas!
         Na te słowa wybiegłam z domu i cała zapłakana pobiegłam prosto do domu Styles'a i nie pukając wbiegłam do środka. Stał osłupiały i się na mnie patrzył. Podeszłam do niego i złapałam za jego koszulę.
- Dlaczego ty mi to zrobiłeś?! Dlaczego zrujnowałeś mi życie?! - Zaczęłam go szarpać. - Kiedy w końcu wyszłam na prostą, zjawiasz się ty i wszystko pierdolisz! Pytam się, dlaczego ty mi to do jasnej cholery zrobiłeś?!
- Bo cię kocham! Rozumiesz?! Kocham cię i chciałem żebyś była ze mną, a nie z nim! Zmieniłem się! Od naszego rozstania nie byłem z nikim innym! Zrozumiałem, że ciebie kocham i chcę z tobą być!
Zaczęłam śmiać się irytującym i nerwowym śmiechem.
- Ty mnie kochasz! Chcesz być ze mną! Ty jesteś zdrowo pojebany! Miałeś swoją szansę i ją straciłeś! Musiałeś odreagować i zrujnować moje życie, bo myślałeś, że co?! Że wrócę do ciebie?! Niedoczekanie!
Odwróciłam się i cała zapłakana zmierzałam w stronę wyjścia.
- Rose. - Harry złapał mnie za rękę.
- Spierdalaj! - Wyrwałam się i ruszyłam do mojego domu.
Liama już nie było, a Lou siedział przy stole w kuchni z podbitym okiem. Wskazałam na niego ręką, a Po tyko pokiwała głową.

PODSUMOWANIE
       Zawaliłam na całego, chociaż dobrze, że wszystko wyszło na jaw. Choć oboje teraz cierpimy, wiemy, że ta decyzja była właściwa. Związek nie może opierać się na kłamstwie tak jak w naszym przypadku. Żałuję, że straciłam tak cudownego mężczyznę, jakim był Liam. Wiem, że już nigdy takiego nie spotkam. Miałam szansę jedną na milion. Nie skorzystałam z niej tak jak trzeba.
       Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przejść z nią całe życie....
My nie umieliśmy, nam się nie udało....

sobota, 14 listopada 2015

Rozdział 14

              Minął tydzień od przyjazdu Poppy, Lou i Liama. Przez ten czas nikt nie drążył tematu, ani nie pytał się mnie nic na temat mojej przeszłości kim jest Zayn, a Harry'ego olewali, bo twierdzili, że jest nieszkodliwy.
              Jest poniedziałek, dzień zapowiada się cudownie, a z resztą jak może być inaczej, skoro jesteśmy koło LA w New Port Beach, gdzie wokół pełno willi i bogatych ludzi. Chociaż mnie to w ogóle nie rusza. Pod tym kątem to traktuję wszystkich na równi. Człowiek może być biedny jak ta przysłowiowa mysz kościelna, ale wnętrze może mieć bogatsze od niejednego miliardera. Nie na widzę oceniać po okładce, bo sama tego doświadczyłam. Li, Po i Lou, śmiało mogę tę trójkę nazwać moimi przyjaciółmi i...... Zayn. Resztę zaliczam do kompletnych idiotów. Szczerze mówiąc chciałabym uciec stąd na drugi koniec świata, albo zaszyć się na jakiejś wyspie, może Polinezji Francuskiej. Miałbym święty spokój, uciekłabym od problemów, wylegiwałbym się na słońcu. STOP! Jestem dorosła, a myślę jak jakaś gówniara. Ile bym dała by mieć rozum, którego mi brak. Chociaż postęp, bo potrafię się do tego przyznać, że nie jestem idealna, ale nadal trzymam się wersji, że to wina moich rodziców. W ogóle winą to jestem ja.... Nie.... Ta wypowiedź zaczyna się robić chaotyczna. Muszę się w końcu wziąć w garść, bo inaczej wszyscy wokół mnie zwariują, a ja pójdę do psychiatryka. I samą mnie zaczyna już pomału wpieniać, że w każdym sposobie, w którym wyrażam swoje myśli ograniczam się tylko do "muszę to zrobić", a i tak gówno z tego wychodzi.
- Rose, śpisz jeszcze? - Zapytał Li.
- Nie. Myślę.
- Nad czym?
- Aaa, o wszystkim i o niczym.
- Co robiłaś przez ten czas jak mnie nie było?
Dobre pytanie! Przecież nie powiem mu wprost o dawnym przyjacielu i o tym, że przespałam się z moim ex. Muszę coś do tej kwestii wymyślić, ale póki tego nie zrobię będę trzymała go i ich wszystkich w ryzach.
- No jak to co? Leniuchowałam, nic takiego co by powaliło ciebie lub kogoś z nóg nie miało miejsca.
- No to w takim razie pora się rozerwać! - Podniósł się z łóżka, tak, że opierał się na łokciu w moją stronę i uśmiechał się takim swoim życzliwym, pełnym miłości uśmiechem.
Przyjęłam tą samą pozycję co on i w pełni podekscytowana zapytałam:
- To w takim razie co masz w zanadrzu? Mam się bać?
- Nie.... Ale z tym musimy poczekać do wieczora.
- Dlaczego?
- W dzień nie ma atmosfery na tego typu rozrywkę.
- Liam? Co ty kombinujesz?
- Przekonasz się.
            Dał mi buziaka i powiedział, żebyśmy wstali, bo szkoda marnować dnia. Nie chciałam protestować, co z resztą byłoby nie fair z mojej strony. Usiadłam na brzegu łóżka  i owinięta w kołdrę wpatrywałam się w ubierającego się Liama. Przez chwilę czułam się jak w związku małżeńskim ze stażem co najmniej 10+, ale myślę że takie może z pozoru głupie ubieranie się przy swojej ukochanej świadczy o dużym zaangażowaniu się w sprawę jaką jest związek no i oczywiście zaufanie, które pozostawia wiele do życzenia...
            Po kilku chwilach postanowiłam wygrzebać się z "kołdrowego kokonu" i iść pod szybki, lekki, a przede wszystkim zimny prysznic, z tego względu, że pomimo, iż było jeszcze trochę do południa pogoda robiła się nie znośna i taki orzeźwiający prysznic dobrze by mi zrobił. Tak więc przepłukałam się pod zimną wodą i założyłam na siebie zwykłe, ale to najzwyklejsze spodenki z dzianiny i niebieski top na ramiączkach. Zeszłam na dół i niemal natychmiast wyczułam napięcie pomiędzy Lou i Poppy. Czułam, że doszło między nimi do konfrontacji, która nie była sprzyjająca w skutkach.
- Cześć wam! - Powiedziałam w ich stronę.
- Cześć.
- Hej.
Usłyszałam ciche, ponure odpowiedzi. Czułam się tak, jakbym weszła nie na ten grunt, tak jakbym stała na ziemi, która pod wpływem mojego stąpania miałaby się zaraz zapaść, ale oczywiście to były tylko brednie i domysły z mojej strony.
- Jedliście śniadanie? - Zapytał Liam Lou i Po.
- Nie.
- No to świetnie! Co sądzicie abyśmy całą czwórką wybrali się do tej knajpki niecałe 5 mil stąd.
- Masz na myśli WARSAW? - Zapytałam?
- O, dokładnie tak. Słyszałem, że mają tam świetne pancakes'y i jak to się mówi w ich języku... Te jak im tam...
- Pierogi.
- Tak. Skąd tak czysto wypowiadasz ten wyraz?
- Bo byłam kilka razy w tej knajpie i słyszałam jak Polacy mówią ten wyraz no i się nauczyłam, a poza tym właścicielami jest cudowne starsze małżeństwo, którzy są Polakami, a z wykształcenia kucharzami, więc z reką na sercu mówię, że mogę tam iść na naleśniki, bo są tak niemożliwie przepyszne, że te amerykańskie badziewia się chowają.
- To ja jestem za. A wy?
              Poppy zmierzyła wzrokiem Lou i stwierdziła, że idzie. Lou zrobił to samo i z miną jakby zaraz miał stanąć w zawodach o puchar Ameryki powiedział, że również idzie.
              Wsiedliśmy do mojego samochodu, otworzyliśmy okna i ruszyliśmy. W radiu właśnie grali "Roma - Bangkok", piosenka dzięki której chciało się iść na najbliższą dyskotekę i rzucić się w wir zabawy.
- Uwielbiam tę piosenkę! Daj głośniej! - Krzyczała Po. 

Spełniłam jej prośbę i w jednej chwili samochód zamienił się w jakiś "party car", albo coś w tym stylu. W każdym bądź razie atmosfera w powietrzu była taka radosna. 
- W takich chwilach przydałby się kabriolet! - Mówił Liam, próbując przekrzyczeć muzykę.
- Tak! - Odpowiedziałam. 

5 MINUT PÓŹNIEJ

         - Co zamawiasz? - Zapytała Poppy, która usiadła na drugim końcu prostokątnego stołu, jak najdalej od Lou. 
- Naleśniki z serem i dżemem. 
- No to ja chyba też.
- A ja zamówię te jakieś dziwne pierogi ruskie. A ty Li?
- Nie wiem. Taki duży wybór. Co byś mi Rose poleciła?
- Hmmm, może, może naleśniki z jabłkami?
- Dobre są?
- Przepyszne, jadłam, żeby nie było. 
- Ok. Skoro tak mówisz.
- Możemy panią prosić? - Zawołałam do właścicielki lokalu, która skończyła zbierać zamówienia od innych klientów. 

- O! Rose! Remek (tak mówiła na swojego męża) Chodź tutaj szybko! Zobacz kto przyszedł!
- Cześć dziecko złote! 

Zawsze tak do mnie mówił. Wspaniali ludzie.
- Co u ciebie słońce ty moje kochane? - Zapytała pani Magdalena.
- U mnie wszystko w porządku. Poznajcie państwo moich przyjaciół i chłopaka. Lou, Poppy, Liam to pani Magdalena i pan Remek.
- Miło mi was poznać. - Powiedziało słodkie małżeństwo jednogłośnie uśmiechając się od ucha do ucha.

          Jak widzicie. Przesympatyczne osóbki podchodzące pod 50. Szkoda, że Magdelena nie jest moją mamą, tym bardziej, że sama nie ma dzieci. Często chodziłam się do niej wyżalić kiedy byłam razem z Harrym, zaledwie rok temu.... Zawsze dawała mi dobre rady, przytuliła, robiła kakao i siedziałyśmy w kącie słuchając w tle jakiś polskich piosenek. Czułam się u niej jak w domu, którego nigdy nie miałam i, który tak bardzo odbiegał tradycją od tego co kultywują Amerykanie. 
- Co chcecie drogie dzieci zamówić do jedzenia? 
Złożyliśmy nasze zamówienie i musieliśmy poczekać na ich zrealizowanie około 20 minut. 
- Lou, chodź na chwilę ze mną na zewnątrz. Zaraz wrócę kochanie. 
- Ok.
Oboje wstali od stołu i wyszli na zewnątrz, na ten skwar, ale nie wnikam.
- No to zostałyśmy same. - Westchnęła Po.
- Wykorzystując chwilę...., mogę się zapytać o co pokłóciłaś się z Lou?
- To, aż tak to widać?
- Tak. 
- Więc...., poszło o ciebie. 
Zamurowało mnie, zbliżam się do przepaści.
- Jak to o mnie?
- Wygarnęłam mu wszystko. Powiedziałam mu, że wtedy widziałam waz razem i, że nie powinien tak robić bo ty jesteś z Li, a nie z nim.
- Okej.... a powiedziałaś mu, że się w nim zakochałaś?
- Chyba żartujesz. 
- Ale dlaczego? Mnie z nim nic nie łączy.
- Wiem. Powiedział mi o tym. Według niego to była jednorazowa przygoda, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Dodał też, że oboje to sobie wyjaśniliście i nie łączy was już nic więcej oprócz przyjaźni. Czy to prawda?
- Tak. Staram się pomału wychodzić z tego bagna, bo jestem dość głęboko w nim zanurzona, więc nic na szybko. 
- No to skoro już jesteśmy przy tym temacie to jakie bagno masz na myśli?
- Już jesteśmy. - Powiedział Li i akurat przynieśli nam nasze posiłki.
- Innym razem ci powiem. - Rzekłam w kierunku Po.
- Co jej powiesz? - Wyrwał się Loui.

- Wszystko w swoim czasie, a teraz smacznego wam życzę.
- Wzajemnie.

***

          - Jeju.... Dzisiaj ta temperatura przechodzi samą siebie. Taki skwar, że klima nie wyrabia. - Narzekała słodka blondynka wachlując się kawałkiem kartki zgiętej na wzór wachlarza. - I właśnie w takiej chwili przydałaby się maszyna do teleportu, bo z chęcią poprzytulałabym pingwiny. 
- Masz rację, ale chwila! Czemu jak jakieś pacany siedzimy w domu, skoro za drzwiami jest basen?
- Mnie się pytasz?
- No to na co czekamy! Chodź Poppy, przebierzmy się w stroje kąpielowe i idziemy pływać. Lou! Liaś! Też idziecie popływać? - Krzyknęłam z zapytaniem do chłopców siedzących na marmurowej posadzce w korytarzu, jedynym  najzimniejszym miejscem w tym domu.
- Idziemy! Tylko się przebierzemy!
- Oki!

           Za 3 min z zegarkiem na ręku wszyscy zeszliśmy się z różnych stron willi, wyglądało to trochę dziwnie, ale do diabła z tym. Teraz jedyną rzeczą o jakiej marzyliśmy to była kąpiel w basenie z zimną wodą. Tak mi się bynajmniej wydawało...
- To na raz, dwa.... - Zaczął Lou, ale kiedy nie zdążył dopowiedzieć "trzy" Li wziął mnie na ręce i z rozbiegu skoczył ze mną do wody.
Po chwili dołączyli do nas Louis i Poppy, którzy chyba zdołali się już pogodzić. Po jest mega tajemnicza w swoich działaniach, nigdy nie wiadomo co? jak? kiedy? i gdzie?.
- Rose?
- Co Loui?
- Nie wydaje ci się, że ta woda jest ciut za ciepła?
- Wydaje ci się. Pewnie od słońca się nagrzała, a my też dzisiaj do zmarzluchów nie należymy. Albo..... Moment. Pójdę sprawdzić system grzewczy.
Wyszłam z basenu i podeszłam do jacuzzi gdzie znajdował się panel sterowania wodą, światełkami i tymi innymi niepotrzebnymi według mnie duperelami. 

- Jasny gwint!
- Co się stało?

- Wyjdzie z wody! Szybko!
- Co jest?!
- Ktoś ustawił system grzewczy wody na 50 stopni, aktualnie temperatura rośnie, bo jest na razie 32,5 stopnia. Muszę zrobić reset i włączył ochładzanie. 
- Ale jak ktoś mógłby włączyć?
- Nie wiem. A może po prostu system się przegrzał. 

- Tak. To całkiem możliwe. 

PO CHWILI

             - Myślę że teraz woda jest odpowiednia. 25 stopni.
- Tak. Od razu lepiej. - Powiedział Louis, który poszedł sprawdzić ciepłotę H2O "na własnej skórze" jakkolwiek to brzmi.
Zanim jednak weszłam powtórnie do wody, przykryłam cały mechanizm taką płachtą co odbija słońce. Zapomniałam nazwy, ale ją kładzie się na przedniej szybie w samochodzie, żeby pojazd nie nagrzewał się od słońca.
- Poppy?
- Co?
- Daj mi rękę.
Blondyna z dość dziwacznym wzrokiem podałam mi swoją dłoń. Złapałam ją i pociągnęłam do wody, tak komicznie to wyglądało, że ani to nazwać skokiem, ani wpadnięciem. Coś pomiędzy tym.
- Ty idiotko!
- No co?
- Utopić mnie chcesz?
- Nie, wcale.....
Zdania, które wypowiadały miały brzmieć tak bardzo karcąco i z wyrzutem no ale.... W takiej chwili nie można być poważnym. 

             Przez kolejne pół dnia bawiliśmy się jak dzieci. Graliśmy w piłkę, urządzaliśmy zawody, kto wstrzyma dłużej oddech pod wodą, ja z Li jak to stwierdziła Poppy: "Za dużo się lizaliśmy i gorszymy ludzi na zewnątrz".... I teraz muszę użyć tego bardzo oklepanego słówka, ale było tak niesamowicie fajnie, nawet mogę rzec, że fajowsko! 


            Małymi krokami dochodziła godzina 18. Kończyłam suszyć włosy, kiedy znienacka podszedł do mnie Li, aż drygnęłam z powodu malutkiego strachu jakim mnie napędził.
- Nie strasz mnie.
- To tak źle wyglądam?
- Nie, nie, ale tak... inaczej niż zwykle. Ja ja n n - Zaczęłam się jąkać, z wrażenia oczywiście. 



- Nic nie mów kochanie, tylko ubierz się ładnie, chociaż co to za różnica, bo ty i tak zawsze pięknie wyglądasz.
- Dziękuję. - Zarumieniłam się.
            Poszliśmy do sypialni, a on usiadł na rogu łóżka, dokładnie tam, gdzie ja siedziałam rano. Nie wyganiałam go, bo i tak stałam w samej bieliźnie, a nałożyłam na siebie lekką, pastelową sukienkę i założyłam te klasyczne, czarne szpilki. Z włosami nic nie robiłam, bo po wysuszeniu ułożyły mi się same, jak nigdy. Tak samo nie szalałam z makijażem, bo upał nadal trzyma, mimo że robił się wieczór, więc to by nie fajnie wyglądało..., więc ograniczyłam się tylko do wodoodpornych ciemnoniebieskich kresek na powiece i tuszu na rzęsach, również wodoodpornego no i oczywiście do błyszczyku, ale zwykłego bezbarwnego, bez zbędnych szaleństw.
- Jesteś gotowa?
- Tak. Myślę, że tak.
- No to w takim razie chodźmy.
           Zeszliśmy na dół. Po i Lou jedli tosty i dziwnie się uśmiechali.... Czyżby byli wtajemniczeni w całą akcję?
- Ale żeś się wystroiła. - Powiedziała blondyna, takim przyjemnym tonem, jakby cieszyła się tym co nastąpi....
- To my wychodzimy. - Rzekł Liam.

Przed samymi drzwiami wyjściowymi zakrył mi oczy i dopiero wtedy wyszliśmy na duszące powietrze.
- Otwórz oczy.
- Jezu Chryste! - Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić, a moja dłoń od razu powędrowała na usta by zakryć je ze zdziwienia.

           Pod domem stała czarna, długa limuzyna. Otworzył przede mną tylne drzwi.
- Your Majesty, proszę wsiadać.
Byłam oszołomiona. Weszłam do bardzo pojemnego wewnątrz samochodu, gdzie za kierownicą siedział murzyn (czyt. nie obraźliwie, lecz w kontekście humorystycznym) z aureolą, ubrany cały na niebiesko.
- Dzien dobly! - Powiedział i ruszył.
Śmiać mi się z niego chciało, ale nie mogłam.
- Li, skąd ty tego Makumbę wytrzasnąłeś? - Mówiłam szeptem by nie urazić naszego szofera, ale tak cholernie chciało mi się śmiać....
Liam też robił się cały czerwony na twarzy, bo widocznie też nie mógł z tego gostka.
- A ja wiem. Takiego mi dali.
- Okej, w takim razie nie ważne. Możesz mi powiedzieć z jakiej to okazji i gdzie my jedziemy? - Mówiłam, a pan Payne napełniał kieliszki szampanem, po czym podał mi jeden.

- Ty na prawdę nie wiesz, co dzisiaj za dzień?
- 26 lipiec, poniedziałek.
- Na Boga, Rose. Dzisiaj są twoje urodziny!
- O kurczaki. Faktycznie! Zapomniałam o własnych urodzinach... Jaki wstyd. God. A tak w ogóle to skąd wiesz, że są moje urodziny?
- Wiec, zapewne zapomniałaś, o koncie na TT, które masz i o tym, że masz tam podaną datę urodzenia.
- Wiesz! Masz rację. Tak dawno już tam nie wchodziłam.....
- Nie będziemy rozczulać się nad TT.... Twoje zdrowie kochanie.
- Dziękuję.
Upiłam kilka łyków szampana i przytuliłam Li.
- Dziękuję ci tak bardzo, jesteś jedną z kilku pozytywnych i kochanych osób w moim życiu. Tak wiele ci zawdzięczam. Nie mam wystarczającego zasobu słów by powiedzieć jak bardzo cię kocham i jak bardzo ci dziękuję.
Pocałowałam go w usta, a kątem oka widziałam jak murzyn z aureolą patrzy się na nas i szczerzy swoje białe zęby od ucha do ucha. 


***

                - Jestesmy na miescu. - Powiedział nasz czarnoskóry koleżka.
Na dworze nadal było jasno, ale bardziej ciekawiło mnie to, że jesteśmy pod kinem.
- Dobrze przyjechaliśmy? - Zapytałam.
- Tak, tak. 

Weszliśmy do środka, gdzie przywitała mnie pani zarządzająca tym biznesem i wręczyła mi bukiet kwiatów, po czym zaprowadziła nas do jednej z kilku sal kinowych. Życzyła nam miłego oglądania i poszła.
- Li, coś ty wykombinował i dlaczego jesteśmy tylko my, bez biletów, mamy butelkę szampana i przekąski? - Zapytałam go, kiedy usiedliśmy prawie na samej górze sali.
- Wynająłem tę salę razem z filmem i z tym skromnym cateringiem.
Chciałam coś powiedzieć, ale światła zgasły, a na ekranie pojawił się napis "TITANIC" BY JAMES CAMERON, wtedy przytuliłam się do niego i wyszeptałam do jego ucha "dziękuję". 


2,5 GODZINY PÓŹNIEJ 

                 Film dobiegał końca. Chyba nie muszę mówić, że byłam zaryczana i to dosłownie i te emocje, że obejrzałam to wszystko na dużym ekranie. Zawsze na koniec nie mogę przeboleć Jack'a Dawson'a. 2 razy żwawiej płaczę, kiedy na koniec filmu są pokazane zdjęcia, na których Rose miała być z Jack'iem, to on miał ją nauczyć jeździć konno okrakiem.... Niestety....
(...) We'll stay forever this way     (...) Zostaniemy w tym miejscu
You are safe in my heart and        Jesteś bezpieczny w moim sercu,
My heart will go on and on...       A ono będzie trwać i trwać...

To były ostatnie dźwięki akordów Hornera i słów śpiewanych przez Celine Dion, a ja dosłownie tonęłam w łzach.
- Wszystkiego najlepszego kochanie jeszcze raz i nie płacz już tak. - Rzekł Liam tak czule, tak jak czule mnie objął, nawet nie umiem powiedzieć, który to już raz dzisiaj i wytarł moje łzy.
                Wyszliśmy tylnymi drzwiami, wtuleni w siebie jak para uciekinierów, którzy pomimo sprzeciwów innych nadal kochają się mocno i nie dopuszczają do siebie żadnej przeszkody....


-----------------------------------------------------------------------------------
 

Hej! :*
W końcu udało mi się dodać rozdział. Zaparłam się i powiedziałam żeby się waliło i paliło to go napiszę. Myślałam, że opublikuję go wcześniej, ale przez to co wydarzyło się we Francji po prostu nie mogłam skupić się na pisaniu, wiedząc, że mój tato teraz tam przebywa. Na szczęście nic mu się nie stało, ale jest w szoku, bo nigdy nie widział tak wzmożonej ochrony i takiej paniki wśród ludzi, ale nie ma co się dziwić.... W każdym bądź razie mówił, że stoi od południa w Paryżu (jeździ ciężarówką, w transporcie międzynarodowym, a główna siedziba firmy jest właśnie w Paryżu) i nie może się ruszyć, aż do poniedziałku. Co będzie potem? Okaże się pojutrze.
Jak Wam album się podoba? Dla mnie to najlepszy album, jaki mogli kiedykolwiek wydać. Słyszę w tych piosenkach inspirację latami 80/90 za co im dziękuję, bo uwielbiam tamte lata i te solówki... Jaka jest wasza ulubiona piosenka? Moja to "What a Feeling", którą pokochałam od pierwszych dźwięków.
A no i jeszcze jedno. Nie pojawił się post ze zdjęciami i nie wiem czy się jeszcze pojawią, bo mam tak dużo nauki, że tylko w łeb sobie strzelić i najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na posty tego typu, za co przepraszam Was bardzo mocno.
Do zobaczyska :* :*

wtorek, 20 października 2015

Rozdział 13

           Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Nikogo wokół mnie nie było. Próbowałam cokolwiek sobie przypomnieć, ale nic. Pustka, dziura. Jedyne co pamiętałam to Harry, taras i rozmowa z nim. To wszystko  było dziwnie pokręcone. Nie. To ja jestem, byłam dziwnie pokręcona, ale na tamtą chwilę nawet nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko miało podłoże psychologiczne, że ciągnęło się za mną od dzieciństwa dopóki, dopóty nie powiedziałam STOP i naprawdę nie wzięłam się za siebie.
           W każdym bądź razie miałam przeczucie, że dzień będzie upojny we wrażenia. Nie wiem czemu zawdzięczałam tę dziwną impresję, ale moja intuicja nie dawała mi spokoju i kazała o tym ciągle myśleć.
           Podniosłam się i usiadłam na rogu łóżka. Moje ciuchy, w które byłam wczoraj ubrana leżały na podłodze wyłożonej na całej powierzchni panelami z mahonia. Łóżko stało na środku olbrzymiej sypialni i z pewnością wymiar jego był większy niż tradycyjne 2x2 m. Na wschodniej ścianie była wielka szafa wnękowa, a obok niej drzwi do łazienki, które w tamtej chwili były uchylone dzięki czemu doskonale widziałam perfekcyjnie położone kafelki i równie doskonale podświetlane elementy łazienkowe. Wszystko zrobione z taką dokładnością i wielką elegancją.
          Założyłam na siebie wczorajszą, czerwoną  sukienkę i uchyliłam okno by zaczerpnąć świeżego, rannego powietrza.
- Widzę, że już wstałaś. - Powiedział Loczek stając w drzwiach jak zwykle perfekcyjnie ubrany.
Drygnęłam.
- Tak.
- W takim razie chodź na dół. Musisz kogoś zobaczyć.
- Kogo?
- Chodź.
Serce zaczęło mi walić. Dlaczego on był taki tajemniczy?
          Zeszłam za nim na sam dół jego posiadłości i zobaczyłam czyjąś posturę odwróconą tyłem do nas. Jestem pewna, że znałam tę osobę. Wyminęłam Harry'ego i podeszłam bliżej, kiedy nagle postać odwróciła się w naszym kierunku. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Oczy samoistnie wypełniły się łzami. Zaczęłam kręcić głową na znak "nie". To było niedowierzanie. Beż żadnych słów podeszłam jeszcze bliżej do tej jednostki ludzkiej i rzuciłam się jej na szyję. Wtedy dopiero zaczęłam płakać.....
- Rose. Spokojnie, uspokój się już.
- Nie potrafię. Przez ponad rok żyłam ze świadomością, że nie żyjesz, a tym czasem zjawiasz się tu cały i zdrowy. - Wydukałam przez zaciśnięte od płaczu gardło.
- Już jest wszystko w porządku. - Powiedział pełnym spokoju głosem i pogłaskał mnie po głowie.
- Zayn, nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że jesteś, a co najważniejsze, że żyjesz. - Rzekłam odrywając się od bruneta.
- Harry? - Odwróciłam głowę w stronę Styles'a. - Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś od razu? Dlaczego taiłeś to, że Zayn żyje skoro się z nim przyjaźniłeś i przyjaźnisz dalej?
- Zayn mnie o to poprosił. - Powiedział oparty o wysoki drewniany regał, obity złotymi elementami Harry.
- Zayn, dlaczego? - Mój wzrok z powrotem powędrował na Malika.
- Nie chciałem, aby Harry ci o czymkolwiek mówił, bo pewne nie było czy przeżyję do dzisiejszego dnia.
- Dlaczego?
- Mafia mnie ścigała.
Mój wzrok wyrażał więcej niż tysiąc słów. Nawet nie musiałam zadawać kolejnego pytania.
- Usiądźmy w salonie. - Zaproponował długowłosy.
Po krótkiej chwili Zayn zaczął opowiadać.
- Opowiem ci wszystko w skrócie, bo nie ma czego ciągnąć.
- To mów.
- Ostatnie miesiące przed twoim wyjazdem do szkoły do Anglii, uprzedzając twoje pytania. Tak, po części wiedziałem co się z tobą dzieje, bo Harry mnie informował.
- Chwila. - Przerwałam. - Skąd ty wiedziałeś gdzie ja jestem? - Skierowałam to pytanie do Loczka.
- Pamiętasz zimną jesień, Londyn, premiera filmu, ty w taksówce ze swoimi znajomymi.
- Nie mów, że...
- Tak.
- Dobra. Jestem w szoku, ale opowiadaj dalej, Zayn.
- Ostatnie miesiące, kiedy rzekomo nie żyłem, ukrywałem się przed tą mafią, którą pozbyłaś najlepszego członka. Oni w akcie zemsty próbowali mnie zabić, bo wiedzieli, że jestem twoją prawą ręką, a samej nigdy cię nie zabiją, bo jesteś za przebiegła i tylko straciliby czas, a nic nie wskórali. Kiedy ty myślałaś, że nie żyję, uciekłem na drugi koniec Stanów, by na chwilę uciszyć sprawę. Kiedy wróciłem okazało się, że nasza mafia już nie istnieje, a ty jesteś w szkole z internatem i to za oceanem.
- I przez te kilka miesięcy kiedy byłeś na drugim krańcu kraju również utrzymywałeś kontakt z Harrym?
- Tak.
- Świetnie. A ja nic nie wiedziałam..... A tak w ogóle to czemu o tym wszystkim dowiaduję się teraz?
- Bo chciałem mieć pewność, że nic ci się nie stanie.
- Nie rozumiem.
- Wybiłem wszystkich z tej mafii. Wszystkich.... Co do joty....
Mówił z takim spokojem, ale nie dziwię się.... Teraz wszyscy wiemy, że mamy święty spokój i to na dobre. Nie mówiłam tego, ale przyjeżdżając tu żyłam w strachu, że oni mnie znajdą i zabiją, przy czym ciało tak zmasakrują, że nikt mnie nie pozna.
- Co zamierzasz teraz?
- Chyba zacznę normalnie żyć.
- Po tym wszystkim nie wiem czy dasz radę normalnie żyć.
- Dlaczego?
- Bo ja nadal nie żyję jak człowiek. Moim bliskim wyrządzam same krzywdy i dość często nie potrafię się opanować. Jestem zakłamaną szują.
- Dlaczego tak o sobie mówisz.
- Odkąd jestem z moim chłopakiem zdążyłam zdradzić go już trzy razy i w perfidny sposób zranić przyjaciółkę.
- Ale przecież nadal jesteś z Harrym i chyba on nie ma problemu, że go zdradziłaś.
- Ja nie jestem z Harrym.
- Nie?
- Nie.
- A mogę wiedzieć co u niego robiłaś przez całą noc i to jeszcze tak ubrana?
- Lepiej żebyś nie wiedział..... Słyszę, ze dzwoni mój telefon. Cholera! Gdzie on jest?!
- Tutaj. 
- Podaj mi go Harry.
Na wyświetlaczu widniał numer Lou. Odebrałam.
- Halo?
- Rose, do cholery! Gdzie ty się podziewasz?! Zdążyłem już cały dom z dziesięć razy obejść, a po tobie ani śladu!
- Co?! - Krzyknęłam, a Zayn z Haroldem tylko spojrzeli na mnie dziwacznym wzrokiem.
- To co słyszałaś....
- Dobra. Dziesięć minut i zaraz będę.
Rozłączyłam się i pobiegłam na górę po buty i torebkę.
- Co ci? - Zapytał mulat.
- Nic. Muszę lecieć. Pa!
Uścisnęłam Zayna.
- A ja?
- Pa!
Trzask drzwi i już mnie nie było.
Sprintem i to dosłownie ruszyłam spod domu Harry'ego i w równe dziesięć minut byłam pod moją willą. Spojrzenie Lou.... Lepiej nie pytajcie....
- Hej Tommo! - Powiedziałam zadyszana. Zdecydowanie brakowało mi kondycji.
- Gdzieś ty byłaś?!
- Załatwić sprawy.
Podeszłam do niego i przytuliłam na powitanie.
- Tak ubrana? Chwila... Ty pachniesz męskimi perfumami! Rose?!
Momentalnie odskoczyłam od niego.
- Co? Wydaje ci się. - Rzekłam chłodno i zaczęłam szukać kluczy w torebce.   
           Otworzyłam drzwi i oboje weszliśmy do środka. Torebkę i buty rzuciłam w róg korytarza i obrałam cel, jakim była kuchnia. 
- Chcesz coś do jedzenia? 
- Nie. Jadłem na lotnisku. 
- Co się stało, że tak szybko wróciłeś? - Zapytałam nalewając do szklanki przeźroczystą ciecz, jaką była woda. 
- Nic się nie stało. Po prostu szybko i sprawnie udało mi się załatwić wszystko co trzeba i nie uwierzysz.
- No nie uwierzę. Mów.
- Udało mi się załatwić kontrakt na 235 tysięcy dolarów!
- Ło mój Boże! Kupę siana.... 
- To prawda. Ale połowę chcę przeznaczyć na dom dziecka w Doncaster. 
- To bardzo dobrze świadczy o tobie. 
- Dzięki. Kasa nie ucieknie, jeszcze będzie niejeden kontrakt, a dzieciom bardzo się przyda. 
- Masz rację. 
             Zrobiłam sobie kanapki z twarogiem, a Louisowi herbatę i poszliśmy do jadalni. 
- Rose, co sądzisz abyśmy jeszcze dzisiaj, no wiesz.
- Nie. 
- Ale Rose....
- Nie. To co chwilowo było między nami nie powinno mieć miejsca i wiesz o tym dobrze. Liam to twój kuzyn, a mój chłopak i wobec niego zachowałam się bardzo nie fair i w stosunku do jednej osoby też... Nie możemy tego ciągnąć. Wróciłam tu po to by zacząć normalnie żyć. Dzisiaj okazuje się, że osoba z niedalekiej przeszłości jest tutaj, ma się dobrze i żyje. Powinnam uciec z tego miejsca, ale nie zrobię tego, bo całe życie się chowam w ciemnej dziurze i co rusz uciekam. Mam dosyć. Pora stawić czoło przeciwnościom i zmierzyć się z tym co mnie czeka. 
Po krótkiej ciszy Lou odpowiedział:
- Masz rację. To było nie fair w stosunku do bliskich nam osób. Ale nie mogłem i nadal nie mogę się tobie oprzeć.
- Louis!
- Bądźmy nadal przyjaciółmi i zapomnijmy o tym co było.
- Tak, to dobry pomysł i nam obojgu wyjdzie to na zdrowie. 
- Co miałaś na myśli mówiąc, że ciągle uciekasz i chowasz się i jakaś osoba z przeszłości. 
- Dowiesz się w sowim czasie. Już za niedługo.
- Dobra, o nic więcej nie pytam. 
- Wiesz, że Liam jutro wraca?
- Wiem. Rozmawiałem z nim wczoraj.
- A wiesz o której ma samolot, bo się nie zapytałam. 
- Bąknął coś, że jeśli zdąży na przedpołudniowy o 11 to będzie wcześniej, a jeśli nie to o 22 ma kolejny.
- Aha. Chwila!
- Co?
- Zmiana czasu! Przecież są strefy czasowe!
- No i?
- Jeśli zdąży na samolot o 11 to będzie dzisiaj kilka minut po 20 u nas!
- To chyba dobrze.
- Tak, ale.... To ja lecę pod prysznic, muszę się ogarnąć i musimy posprzątać, a potem zrobić coś do jedzenia. 
- Serio? 
- Dobra, dobra. Już widzę twój grymas na twarzy. Nie ma, że boli. Skoro jesteś to ja sama nie będę sprzątać. 
- Dobra. 
           Pobiegłam na górę do łazienki, wcześniej biorąc z garderoby zwykły siwy dres. Usiadłam jeszcze na brzegu wanny i wzięłam telefon do ręki. Wybrałam z listy kontaktów numer do Poppy i tradycyjne oczekiwanie, aż do momentu włączenia się automatycznej sekretarki. Tak bym chciała żeby w końcu odebrała i pozwoliła mi wszystko wyjaśnić. 
          W tamtej chwili tak bardzo pragnęłam mamy, osoby, która może mi pomóc, przytulić, pocieszyć, ale nie. Radź sobie sama. Matka i ojciec cię nie kochają. Przez całe życie radzę sobie sama, nie radzę. Mafia, Zayn, zdrady.... Czy to można nazwać radzeniem sobie w życiu, już nawet nie wspominając, że to nic z dorosłością wspólnego nie ma?
          Czułam się tak bardzo podle...
          Wzięłam prysznic i z mokrymi włosami, zawiązanymi w turban z ręcznika zeszłam na dół, gdzie czekał już na mnie Tommo. 
- To od czego zaczynamy? - Zapytał.
- Od wytarcia kurzu. (Urok ciemnych mebli. Codziennie trzeba ze ścierką latać, co czasami wprawia człowieka z stan najwyższej irytacji, wchodzący w lekką paranoję.)
- Sprzątamy cały dom?
- Nie. Góry nie musimy. 

***

             - Koniec. Większego syfu mieć nie mogłaś?
- Oj tam, oj tam. 
- Jezu Chryste, Rose....
- Co?
- Nic.
- To dobrze jak nic. Teraz jedziemy do Walmart'a, bo trzeba kupić coś do jedzenia.
- Serio? Do Walmart'a?
- Nie narzekaj. Jest najbliżej. Jak ci nie pasuje to możesz nie jechać i nic nie jeść. 
- Chyba nie mam wyjścia. 
- No to chodź. 
             Po 15-stu minutach jazdy samochodem byliśmy na miejscu. Wzięliśmy koszyk i weszliśmy do środka schłodzonego od klimatyzacji sklepu. 
- Masz w ogóle spisane artykuły spożywcze, które są ci potrzebne?
- Nie. Bierz to co uważasz, że się przyda. Koszyk zostaw tu - wskazałam palcem na regał z sypkimi produktami; mąki, kasze itd. - a ja idę na chemię. 
- Oki. 
            Brałam z półek szampon, odżywkę, płyny do podłóg, bo przy dzisiejszym sprzątaniu wszystkie się skończyły. Oprócz tego wzięłam tabletki do zmywarki i płyn do nabłyszczania naczyń. Wrzuciłam wytwory chemiczne do koszyka i poszłam na dział owoce/warzywa. 
- Lou, masz ochotę na jakieś owoce bądź warzywa? 
- Z chęcią zjadłbym banana. 
- To weź z funt i 20-30 uncji (jednostki masy), albo ile uważasz, a ja pójdę po jabłka i mango. 

*KILKA MINUT PÓŹNIEJ*

              - Coś jeszcze mamy do kupienia bądź załatwienia? - Zapytał Loui wsiadając do mojego Land Rover'a. 
- Nie. Chyba nie. Myślę, że możemy spokojnie wracać do domu. Albo nie. 
- Co?
- Zajedziemy jeszcze pod Subway'a i zamówimy coś do jedzenia. Teraz chyba nie powiesz, że nie jesteś głodny. 
- No nie. 
               Kiedy zamówiliśmy jedzenie, zjedliśmy je w drodze powrotnej, aby nie mitrężyć cennego czasu, który musieliśmy przeznaczyć na przygotowanie posiłku, bo intuicja mówiła mi, że Liam będzie dzisiaj. 
               Wnieśliśmy zakupy do domu, kiedy mój telefon wydał dźwięk wiadomości sms.
- To od Li. - Powiedziałam.
- Co napisał? 
- Ha! Wiedziałam. Wsiada do samolotu. Zdążył na przedpołudniowy rejs. Co oznacza....
- Że mamy trochę czasu dla siebie. - Wtórował mi Lou.
- Loui, nie. Mówiłam ci coś dzisiaj na ten temat. Nie możemy tak.  
               W akcie niechęci przewrócił oczami i oparł się o blat kuchenny. Ja w tym czasie rozkładałam zakupy do szafek i do lodówki. 
- Możesz wsadzić to do szafki obok zmywarki. - Podałam mu tabletki i płyn. 
- Rose, nie mo.... Nie ważne....
- Jak zacząłeś to dokończ. 
- Nie, nie ważne. Co robimy do jedzenia?
- Myślę, że możemy upiec kurczaka.
- Okej, ale chyba jeszcze czas. W końcu kurczak nie potrzebuje Bóg wie ile czasu na upieczenie się. 
*dzwonek do drzwi*
- Pójdę zobaczyć kto to.
Lou kiwnął głową na znak, że się zgadza. 
               Poszłam otworzyć drzwi, a tam osoby, których najmniej się spodziewałam. 
- Wszystko w porządku, Rose? Wybiegłaś dzisiaj z domu jak poparzona.
- Harry, mów ciszej. - Powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Ale czemu? - Zapytał Zayn.
- Bo przyjechał Lou, a za kilka godzin mój chłopak. A w ogóle pamiętaj Harry, że nasza znajomość jest skończona! Żegnam! A z tobą, Zayn spotkam się w któryś dzień i na spokojnie pogadamy. 
Zamknęłam drzwi i zobaczyłam Lou za mną. 
- O czym ty do nich mówiłaś? 
- O niczym.
- Rose. Przecież ten z długimi włosami już tu był.
- Dobra, okej! Naprawdę nie wiesz kto to był?!
- Nie.
- Nie czytasz gazet?!
- Czytam.
- Czytasz i nie rozpoznajesz tego gościa?! A filmy oglądasz?!
- Tak. Jasny gwint! To był...
- Tak! A teraz zmieńmy temat....

***

            Zbliżała się 20, kurczak "siedział" w piekarniku, ziemniaki się gotowały, a sałatę starczyło tylko przyprawić. Przebrałam się z dresów w jeansy i kremową koszulę z ozdobnymi guzikami. Lou ubrał czarne rurki i szarą koszulkę z napisem GENIUS. Nie zostało nam nic innego jak tylko czekać....
            Po kilku minutach rozległ się dzwonek do drzwi. Oboje pobiegliśmy otworzyć drzwi. 
- Liam! - Krzyknęłam i bardzo mocno go przytuliłam. 
- Cześć brachu! - Powiedział Louis i wymienił się z Li uściskiem dłoni. 
Przytulając Liama rzuciła mi się w oczy taksówka, która jeszcze nie odjechała. Zmrużyłam oczy i omijając wszystkich ruszyłam w stronę pojazdu. Otworzyłam tylnie drzwi i dzong! 
- Poppy! - Wyszarpałam blondynę z samochodu i mocno ją przytuliłam. - Ja ci wszystko wyjaśnię. To nie było tak jak myślałaś. Próbowałam się do ciebie dodzwonić, ale nie odbierałaś. Ja cię bł...
- Dobra, przestań już tak gadać, tylko wejdźmy do środka. 
           Wyszarpałam od niej walizkę i weszliśmy do środka. 

***

        - Kurczak był pyszny. - Rzekł Liam.
- Cieszę się.
- Hrm hrm.- Chrząkał Lou. 
- No dobra. Loui ma rację, cieszymy się, że wam smakowało. A teraz, kto ma ochotę na szampana?
- Wszyscy. - Powiedział Li. 
- Oki. Jak wszyscy to wszyscy. Chodź Poppy ze mną, pomożesz mi. 
        Sympatyczna osóbka wstała od stołu w jadalni i pomaszerowała za mną do kuchni. 
- Poppy, posłuchaj mnie. Ja wiem jak się mogłaś poczuć. To było bardzo niesprawiedliwe z mojej strony co do twojej osoby. Zachowałam się okropnie. To nie powinno się wydarzyć, ale pewnie mi nie uwierzysz, ale to Lou zaczął. On się do mnie przysunął. Bardzo żałuję tego co się stało, bo nigdy nie powinnam tak zrobić. Mogłam jasno odpowiedzieć "nie", ale wtedy szukałam ucieczki od problemów... Tak bardzo chciałam żebyś była przy mnie w ostatnich dniach. Tyle brudów z mojej przeszłości wyszło na jaw. Żyje osoba, która byłam przekonana, że nie żyje i to z mojej winy. Błagam cię, Poppy, wybacz mi. Kocham cię jak siostrę, której nigdy nie miałam, ty mnie po części zmieniłaś w dobrą osobę, chociaż do dobroci jeszcze mi daleko. Proszę cię....
- Wierzę ci Rose. Ja wiem, że to Lou zaczął, widziałam, a potem słyszałam... Dlatego się zmyłam, bo myślałam, że mu odmówisz, ale przecież Lou nie jest moim chłopakiem. Ja też głupio postąpiłam, chociaż nie tak głupio jak ty.
- Masz rację. Przyjacielski uścisk na misia?
- Ttttaaaakkkkkk! 
- Ile jeszcze mamy czekać?! - Krzyczał Tommo.
- Już idziemy! Poppy, bierz kieliszki z tamtej witryny i możemy świętować pojednanie. 
- Ale opowiesz mi o tych brudach z przeszłości. 
Mina mi zrzedła. 
- Tak, będę musiała, ale jeszcze nie teraz.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejka! 
Rozdział gotowy, dla mnie taki sobie, ale opinię zostawiam Wam. :)
Jak widzicie szablon zmieniony. Musiałam to zrobić, bo co jakiś czas, wyświetla mi się wiadomość, że jeśli jakiś szablon jest za bardzo obciążony to muszę go zmienić. 
PERFECT is my life <3 Ten album to będzie petarda! Nigdy jeszcze tak często jak teraz nie puszczali 1D w radiu i w TV z czego jestem mega szczęśliwa, a z nich potwornie dumna! :`)  
Do następnego :*