Cudowna sobota i mniej cudowne angielskie popołudnie.... Czy tu musi padać 24h?! No dobra, ale w sumie się wyspałam i wstałam o normalnej porze co w moim słowniku oznacza godzinę 13. Rozejrzałam się po pokoju, ziewnęłam i spojrzałam na Poppy, siedzącą na swoim łóżku naprzeciwko mnie.
- Co tu tak pusto? - Zapytałam.
- Dziewczyny wróciły do swoich domów.
- Słucham?!
- No bo madame uznała, że nie potrzebne są już w tej szkole, bo są na tyle dobrze wychowane, że mogą wracać do domu.
- Na początku roku szkolnego?!
- Dyrektorka to lisica..... Jej wolno wszystko, nawet jeśli uczniowie i cała szkoła protestuje...
- A to suka!
- I tu się o dziwo z tobą zgadzam!
- Ale teraz zostałyśmy tylko we dwie. Będzie ciężko się ogarnąć, ale damy radę! - Powiedziałam wkurzona.
- A tak zmieniając temat, to idziemy razem na bal?
- Bal, bal, bal..... To niegłupi pomysł! Będzie okazja odegrać się na Amandzie, a przy okazji..... poderwę syna dyrektorki i wylecę ze szkoły! Zapowiada się całkiem nieźle!
- Cóż za entuzjazm, ale jak ty się cieszysz to i ja się cieszę!
- Oki. To ja idę się ubrać i zjemy coś na mieście.
- A po co chcesz iść na miasto? - Zapytała Poppy.
- Jak to po co?! A strój na bal?
- Ale to ma być bal, o tematyce nowożytnej Anglii i stroje nasze mają wyglądać jak za tamtych czasów. Jednym słowem mówiąc, to to jest bal przebierańców.
- Ciebie chyba pogrzało, że wskoczę w jakąś śmierdzącą kieckę z wypożyczalni strojów i to w dodatku na bal przebierańców!
- Ale inaczej madame będzie zła.
- A uczył cię ktoś kiedyś takich dwóch zdań: Miej to w dupie i Wrzuć na luz?
- Ale ty...
- Ja wszystko doskonale rozumiem, ale najpierw zanim pojedziemy do miasta mam plan na fajną akcję...
***
Ubrana i gotowa do wyjścia złapałam Poppy za rękę i pociągnęłam za sobą na dziedziniec przed głównym budynkiem.
- Co ty chcesz zrobić? - Zapytała blondynka półszeptem.
- Patrz co mam.
- Płyta CD?
- Tak. Widzisz ten samochód? - Zapytałam.
- Samochód woźnej.
- No właśnie i w dodatku kabriolet.
- Ty chcesz...
- Mhm. Nawet mam kluczyki, żeby nie włączył się alarm.
- Szalona jesteś, ale co mi tam... W końcu raz się żyje!
- Takie podejście to ja lubię!
Wkradłyśmy się obie do samochodu Cerbera, wsadziłyśmy płytę i odkręciłyśmy jeden malutki guzik, od którego wszystko zależy i szybko pobiegłam odstawić kluczyki na miejsce. Wyszłam na dwór, a Poppy stała i śmiała się z tego co zaraz nastąpi, gdy nagle usłyszałyśmy brzęczenie silnika.
- Na dół! Szybko! - Krzyknęłam i wczołgałyśmy się pod samochód czarnej damy.
Samochód, który wjechał na dziedziniec zaparkował koło pojazdu, pod którym byłyśmy ukryte. Usłyszałam brzęk uderzających o kamyczki kluczyków od samochodu i za chwilę zobaczyłam dłonie i głowę Liama, który schylał się po przedmiot leżący na ziemi. Kiedy zobaczył nas, zrobił minę w stylu "WTF" i już miał coś powiedzieć kiedy automatycznie obie na raz przytkałyśmy palec do ust, nakazując, że ma być cicho.
- O, dzień dobry pani Wilkinson! - Krzyknął Liam do właśnie wychodzącej z boku pałacu woźnej.
Poppy wykorzystała ten fakt i wydała z siebie odgłosy pierdzenia, na co czarna mamba skarciła wzrokiem syna dyrektorki, a ja ze śmiechu ukryłam twarz w dłoniach.
- Nie ładnie tak chłopcze!
- Przepraszam panią, no bo to... ten.. tamtego.... Fasolę jadłem.
Woźna poszła po coś do schowka, Liam poszedł do matki, a my wykorzystałyśmy sytuację i wyszłyśmy z samochodu.
- Chodźmy się przebrać. - Powiedziałam, bo od mokrej ziemi wyglądałyśmy jak moczone w gównie...
***
Stałyśmy sobie na przystanku. Nawet zaczęło się przejaśniać co było dla mnie normalnie jak prezent pod choinkę w Boże Narodzenie. Ale mniejsza z tym. Tylko wkurwiające jest to, że jestem w żółtym sweterku z psią mordą..... W życiu bym się tak nie ubrała.... Ale oczywiście nie wpakował mnie w to nikt inny jak tylko ta obesrana po pachy Amanda!
- Rose! Chodź! - Krzyknęła za mną Poppy, kiedy weszła do autobusu.
- Czekaj! Muszę znaleźć mój środek dezynfekujący!
- Rrrrrroooooosssssseeeeee!
Podniosłam wzrok i ujrzałam ruszający autobus. Szybko rzuciłam się w pościg za nim i ledwo co, ale ostatkiem sił udało mi się do niego wskoczyć. Ja nie wiem, ale ten kierowca albo był ślepy, albo nie posiadał lusterek!
- Słyszycie tą melodię? - Zapytała jedna z dziewczyn.
I wtedy wszystkie odwróciłyśmy się w jedną stronę, by już za chwilę móc cieszyć się widokiem pani woźnej z popsutym dachem i piosenkami Black Sabbath na całą możliwą głośność w samochodzie. Ten widok i nasz śmiech..... Boże, to trzeba było zobaczyć na żywo!
CHWILĘ PÓŹNIEJ
Dojechałyśmy na miejsce i znów zaczęło lać -_- Kto wymyślił tutaj tak popieprzoną pogodę ja się pytam?! Kto?! No dobra, ale pomijając ten cały deszcz to doszłyśmy do jakiejś kawiarenki, pubu. Nawet nie wiem jak to nazwać i kiedy zobaczyłam co oferują do zjedzenia to myślałam, że się porzygam. Chleb z frytkami, kanapka z chipsami..... Jak oni to jedzą?! I że się jeszcze wrzodów żołądka nie nabawili, czy czegoś tam innego.....
- To zamawiasz coś?
- Wiesz Poppy, chyba skuszę się na ciasto czekoladowe. - Powiedziałam. - W końcu musi być zjadliwe. - Dodałam pod nosem.
- Co mówiłaś?
- A nic, nic.
Kelner przyjął zamówienie i za momencik przyniósł mi kawałek ciasta z herbatą. Na oko ciasto wyglądało ładnie, pachniało nawet przyzwoicie, ale po jednym kęsie poleciałam do toalety no i...... wiecie sami co było...... Przemyłam twarz zimną wodą, wytarłam ją ręcznikiem papierowym zapłaciłam i szybko wyszłam z tego miejsca.
- Coś ty tak wyleciała jak poparzona? - Zapytała Poppy.
- Nie ważne..... Pewne jest, że więcej tam nie wracam. A teraz bez zbędnych pytań udajmy się do sklepu z normalną, zaznaczam normalną odzieżą.
- To tylko tyle? - Zapytałam wchodząc do sklepu, a właściwe secondhandu.
- Nom. Kupujemy tutaj ciuchy, bo pieniądze idą na cele charytatywne.
- Mój Boże.... Żeby dziewczyna nie mogła się normalnie ubrać. No ale nic, jeśli mamy tylko to do wyboru..... No i przy okazji kupimy z 2 kg proszku do prania, bo ja nie mam zamiaru chodzić w śmierdzących ciuchach po kimś innym.
- Wyluzuj! Czarna mamba wypierze.
- I kto to mówi.....
Kolejne dwie godziny minęły nam na mierzeniu i łączeniu różnych zestawów kolorystycznych. Kiedy w końcu udało nam się "w miarę" coś wybrać to zapłaciłyśmy i usiadłyśmy na ławce na dworze.
- Jak impreza to i jakieś procenty by się przydały.
- Piłaś już?!
- A ty nie Poppy?!
- Nie.
- No to pora spróbować! - Krzyknęłam rozweselona na maksa.
- Ale nie sprzedadzą nam alkoholu.
- Nie martw się. Ja już o to zadbam, że nam sprzedadzą, ale musisz mi w tym pomóc.
- Jak?
- Normalnie. Po prostu jak wejdziemy do sklepu, to od samego progu musimy udawać dorosłe i najlepiej mężatki.
- Nie widzi mi się ten pomysł....
- Nie marudź tylko chodź!
Przekroczyłyśmy próg sklepu i od razu zaczęłyśmy odgrywać naszą scenkę....
- Jak tam twoje dzieci? - Zapytała przerażona blondyna.
- A bardzo dobrze, uczą się lepiej, niż ja w ich wieku. A co tam u twojego męża? - Spytam, przemierzając półki z winem.
- Nawet w miarę mu idzie. Znalazł sobie nową pracę i ma nawet szansę wskoczyć na miejsce starego kierownika.
- O to trzeba świętować! - Powiedziałam z entuzjazmem i sięgnęłam po słodkie, deserowe Porto i razem z Poppy udałam się do kasy.
- O jajka czekoladowe! - Krzyknęła Poppy i drapnęła dwa.....
PODSUMOWANIE
Dzień mogę zapisać do prawie udanych. No właśnie "prawie", bo gdyby pomijając Amandę i ten niewypał w sklepie, to byłoby nawet całkiem przyzwoicie....
Jak doszło do tego, że miałam na sobie ten obleśny sweterek? No cóż.... Otóż kiedy dzisiaj w korytarzu na dole były zapisy na jutrzejszy bal, to oczywiste, że poszłam się zapisać. Ze mną była Poppy, a za nami ta psycholka..... Kiedy zobaczyła mój strój i trend w jakim chodzi się teraz w Stanach to normalnie wgięło ją w podłogę. Zaczęła coś pieprzyć o manierach wyrażanych strojem i o tym, że wyglądam jak ladacznica na tle całej, porządnej szkoły i ble ble ble..... Więc wpadła na pomysł, że poleci do "cudownej" dyrektorki i naskarży na mnie. Ta zgodziła się z zarzutami Amandy i wręczyła mi ten ohydny sweter i zakazała ściągać. Sprzeciwiłam się, ale powiedziała, że jak ściągnę to nie przyjdę na bal..... i tu mnie miała, bo na bal musiałam pójść!
A jeśli chodzi o sprawę drugorzędną, tą ze sklepem, to gdyby nie to, że Poppy zachciało się jajek czekoladowych to wino byłoby nasze! Następnym razem, na pewno je kupimy!
O fuck! Alarm przeciw pożarowy! Spadam! Zabieram zeszyt i lecę......
Okey. Już po wszystkim. Stoimy na dworze i dyrektorka właśnie poinformowała nas, że to tylko ćwiczenia i każe rozejść się do pokoi. Wybrałam inną drogę. Po drabince i rynnie, która zaprowadziła mnie do czyjejś łazienki.....
- Kto tam jest? - Usłyszałam męski, silny głos za kotarą wanny.
- Collins, Rose Collins.
- Collins..... Czy czasem nie ma ćwiczeń przeciwpożarowych?
- Skończyły się.
- To idź do pokoju, zanim ktoś cię tu nakryje.
- Bardzo przepraszam pana, ale nie wiedziałam, że tu trafię.
- Dobra, dobra Collins... Idź już do pokoju.
- A......
- Prawo, lewo, schody i prosto.
- Dobrze. Dziękuję i jeszcze raz przepraszam.
My God! Wlazłam do czyjegoś kibla.... Mam nadzieję, że to nie był pan od francuskiego... Jakby jego żona mnie przyłapała, to chyba miałabym przerąbane na w-fie do końca mojego pobytu tutaj.
Dobra, na dzisiaj koniec wrażeń....
wtorek, 26 maja 2015
czwartek, 21 maja 2015
Bohaterowie
Hejo! Nie dodałam żadnego postu przez 5 dni i powiem szerze, że do napisania rozdziału zabieram się od 3 dni i zabrać się nie mogę..... To tylko brak weny, a ostatnio dopada mnie coś za często..... :/ Dlatego dzisiaj postanowiłam, że zrobię bohaterów, chociaż mam świadomość, że to nie to samo co rozdział..... Ale obiecuję, że jak tylko poczuję natchnienie i uroi mi się jakiś pomysł w głowie to bez żadnego "ale" siadam na dupie i zabieram się do pisania.
Bohaterowie:
1. Rose Collins
17-letnia dziewczyna pochodząca z USA i wyglądająca jak "normalna" nastolatka, niczym nie wyróżniająca się z tłumu..... No może troszeczkę wyróżnia ją chamski język jakim się posługuje i bogaci starzy, którzy mają ją kompletnie głęboko w czterech literach, z czego większość koleżanek zazdrości jej tego..... Na wyciągnięcie ręki ma super ciuchy i chłopaków, którzy wokół niej urzędują. Niestety to tylko pozory, bo w środku skrywa bardzo delikatną i wrażliwą dziewczynę, której ona sama nie miała jeszcze okazji poznać......
2. Poppy Moore
Rówieśniczka Rose, z wyjątkiem pochodzenia, które obiera kierunek UK. Dziewczyny na początku "kolegują się" tylko dla korzyści Rose, lecz po jakimś czasie udaje im się zaprzyjaźnić. Rose wprowadzi w jej życie szaleństwo i spontaniczność, a z kolei Poppy uspokoi trochę wybujały charakterek głównej bohaterki. Jednym słowem duet tych dwóch dziewczyn to mieszanka wybuchowa, którą łączą dwa odmienne środowiska i osobowości.
3. Liam Payne
Syn dyrektorki wychowany pod kloszem w Wolverhampton. Jego życiem kieruje matka, która wybiera mu towarzystwo i dziewczyny..... Nie raz miał nieodpartą ochotę uciec z domu i żyć po swojemu, lecz za każdym razem brakowało mu odwagi. Czasami chciałby powiedzieć NIE, ale został wychowany według pewnych zasad obowiązujących w jego rodzinie od pokoleń, więc jednym słowem: pies pogrzebany......
4. Madame Charlotte
Pani dyrektor, surowa dama i szlachcianka od pokoleń. Udaje miłą i chce wszystkich nawrócić, ale jest to jedynie wymóg, do którego musi się stosować. Nie znosi sprzeciwów i źle wychowanych ludzi. Liczy się dla niej władza, karcenie, surowe wychowanie, a wszystko co daje radość jest złe. Nie dziwię się, że jej mąż dostał palpitacji serca i zmarł w wieku 35 lat...... ALE! Jednym krótkim "wykładem", którego nigdy by się nie spodziewała zmieni swoje życie do nie dopoznania.
4. Amanda
Cóż tu dużo mówić..... Jest bardzo wredną osobą i idzie do celu po trupach nie patrząc na okoliczności. Psychopatka. Ma bzika na punkcie Liama i twierdzi, że są sobie pisani. Nie dopuszcza do siebie wiadomości, że być może Rose jest jej konkurencją i robi wszystko, by się na niej zemścić całkiem bezpodstawnie.....
5. Louis Tomlinson
Kuzyn Liama, a zarazem jego najlepszy kumpel i chrześniak madame....... Nie mają przed sobą żadnych tajemnic. Kocha grać w piłkę nożną, lecz nie jest to jego zarobkowe zajęcie, gdyż pracuje w firmie ojca (to takie typowe....). Uchodzi za ulubieńca rodziny i nikt nie wie dlaczego. Czyżby dlatego, że jego tato od kilku lat jest na liście najbogatszych ludzi na świecie? Do Wolverhampton przyjedzie by odpocząć i wpadnie do szkoły odwiedzić swoją ciocię, madame Charlotte. Jednak nie spodziewa się, że zostanie na dłużej z powodu jednej, jedynej dziewczyny.....
P.S. Nie opisywałam dziewczyn z pokoju Rose i Poppy, bo nie będą odgrywać tak znaczącej roli. ;)
Bohaterowie:
1. Rose Collins
17-letnia dziewczyna pochodząca z USA i wyglądająca jak "normalna" nastolatka, niczym nie wyróżniająca się z tłumu..... No może troszeczkę wyróżnia ją chamski język jakim się posługuje i bogaci starzy, którzy mają ją kompletnie głęboko w czterech literach, z czego większość koleżanek zazdrości jej tego..... Na wyciągnięcie ręki ma super ciuchy i chłopaków, którzy wokół niej urzędują. Niestety to tylko pozory, bo w środku skrywa bardzo delikatną i wrażliwą dziewczynę, której ona sama nie miała jeszcze okazji poznać......
2. Poppy Moore
Rówieśniczka Rose, z wyjątkiem pochodzenia, które obiera kierunek UK. Dziewczyny na początku "kolegują się" tylko dla korzyści Rose, lecz po jakimś czasie udaje im się zaprzyjaźnić. Rose wprowadzi w jej życie szaleństwo i spontaniczność, a z kolei Poppy uspokoi trochę wybujały charakterek głównej bohaterki. Jednym słowem duet tych dwóch dziewczyn to mieszanka wybuchowa, którą łączą dwa odmienne środowiska i osobowości.
3. Liam Payne
Syn dyrektorki wychowany pod kloszem w Wolverhampton. Jego życiem kieruje matka, która wybiera mu towarzystwo i dziewczyny..... Nie raz miał nieodpartą ochotę uciec z domu i żyć po swojemu, lecz za każdym razem brakowało mu odwagi. Czasami chciałby powiedzieć NIE, ale został wychowany według pewnych zasad obowiązujących w jego rodzinie od pokoleń, więc jednym słowem: pies pogrzebany......
4. Madame Charlotte
Pani dyrektor, surowa dama i szlachcianka od pokoleń. Udaje miłą i chce wszystkich nawrócić, ale jest to jedynie wymóg, do którego musi się stosować. Nie znosi sprzeciwów i źle wychowanych ludzi. Liczy się dla niej władza, karcenie, surowe wychowanie, a wszystko co daje radość jest złe. Nie dziwię się, że jej mąż dostał palpitacji serca i zmarł w wieku 35 lat...... ALE! Jednym krótkim "wykładem", którego nigdy by się nie spodziewała zmieni swoje życie do nie dopoznania.
4. Amanda
Cóż tu dużo mówić..... Jest bardzo wredną osobą i idzie do celu po trupach nie patrząc na okoliczności. Psychopatka. Ma bzika na punkcie Liama i twierdzi, że są sobie pisani. Nie dopuszcza do siebie wiadomości, że być może Rose jest jej konkurencją i robi wszystko, by się na niej zemścić całkiem bezpodstawnie.....
5. Louis Tomlinson
Kuzyn Liama, a zarazem jego najlepszy kumpel i chrześniak madame....... Nie mają przed sobą żadnych tajemnic. Kocha grać w piłkę nożną, lecz nie jest to jego zarobkowe zajęcie, gdyż pracuje w firmie ojca (to takie typowe....). Uchodzi za ulubieńca rodziny i nikt nie wie dlaczego. Czyżby dlatego, że jego tato od kilku lat jest na liście najbogatszych ludzi na świecie? Do Wolverhampton przyjedzie by odpocząć i wpadnie do szkoły odwiedzić swoją ciocię, madame Charlotte. Jednak nie spodziewa się, że zostanie na dłużej z powodu jednej, jedynej dziewczyny.....
P.S. Nie opisywałam dziewczyn z pokoju Rose i Poppy, bo nie będą odgrywać tak znaczącej roli. ;)
sobota, 16 maja 2015
Rozdział 2
Nastał ranek. Dziewczyny były już na chodzie, a ja znana z zamiłowania do snu smacznie spałam...
- Rose, wstawaj. - Powiedziała Poppy.
Na śpiocha zaczęłam jedną ręką szmerać po mojej szafce nocnej, w celu zlokalizowania mojego telefonu. Nie mogłam go znaleźć i gwałtownie podniosłam się z łóżka.
- Gdzie jest mój telefon! - Krzyknęłam cała przerażona.
- Zabrała go woźna.
- Zasada nr. 1. Nigdy nie trzymaj komórki na szafce, gdyż telefony są konfiskowane. - Powiedziała Juliet.
- Chwila.... Mam drugi telefon w szufladzie.
- Zasada nr. 2. Nigdy nie trzymaj drugiego telefonu w szufladzie. - Rzekła Cordelia.
- To gdzie ja do jasnej cholery mam trzymać ten telefon?!
- Za szafą jest dziura. - Wyrwała się Yasmine. - Tam chowamy nasze telefony, a atrapy stoją na wierzchu, żeby je zabrała, a nie nasze prawdziwe środki komunikacji ze światem
- To brzmi głupio.....
- Ale przynajmniej mamy swoje telefony..... - Powiedziała Cordelia i pomachała mi swoim telefonem przed nosem.
Zrobiłam krzywą minę, po czym wkurzona i bez komórki poszłam do kibla się ogarnąć. Po godzinie spędzonej w łazience wyszłam i zobaczyłam jak dziewczyny siedzą na moim łóżku i nad czymś debatują.
- Będziecie potem je odkażać. - Powiedziałam, a Poppy przewróciła oczami i powiedziała:
- Chcesz się stąd wydostać?
- No raczej.
- W wyjątkowych sytuacjach, kiedy uczennica jest bardzo problemowa i nagminnie przeszkadza pani dyrektor zwołuje specjalną komisję, która decyduje o wydaleniu ze szkoły, ale żeby do tego doszło musisz nieźle narozrabiać....
- Podoba mi się... Już was lubię.
- Super! - Krzyknęła Yasmine, a wszystkie zmierzyłyśmy ją wzrokiem.
- To jaki macie plan na początek?
- Po pierwsze nie możemy postawić wszystkiego na pierwszą kartę. Plan musimy wdrażać pomału, ale skutecznie i choć będziemy ci pomagać to całą winę bierzesz na siebie. Idziesz na ten układ?
- I ty się jeszcze pytasz? Pewnie, że tak....
W POKOJU AMANDY
- Musimy ją wykurzyć! - Krzyczała do swojej przyjaciółki "szlachcianka".
- Jak chcesz to zrobić?
Amanda podeszła do lustra i zaczęła gładzić zdjęcia z Liamem.
- Nie wiem, ale nie podoba mi się to jak ona się wyróżnia. A co jeśli zajdzie coś po między nią a Liamem....
- Przestań. Ona jest z Ameryki, ma w dupie nasz kraj, a poza tym to na pewno ma chłopaka.
Żmija uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła mówić:
- Po części masz rację, ale pamiętasz jak mój Liam zabawiał się w jednym z pokoju z tą suką?! On mnie zdradził, a dyrektorka zabroniła mu tu tak często przyjeżdżać, no chyba, że jest prawie ciągle z nią, a ta dziewczyna spokojnie rok temu ukończyła tą szkołę!
- Z całym szacunkiem, ale ty masz w planie być z Liamem, więc wtedy nie mógł cię zdradzić. - Powiedziała brunetka z założonymi rękami, a blondyna podeszła do niej i w złości przez zęby syknęła:
- On był, jest i będzie mój!
- Dobra. Spokojnie.....
- Żeby mi to było ostatni raz! - Rzekła w złowrogim nastawieniu i wróciła do lustra i Liama....
Nie nacieszyła się nim długo, bo do pokoju weszła jedna młodszych uczennic, znana jako jej służąca.
- Co mam zrobić droga pani?
- Zaściel moje łóżko, a potem zrobisz coś specjalnego dla mnie....
Żmija podeszła do okna, wychyliła się przez nie i za chwilę zaraz znów się schowała. Zaczęła nad czymś myśleć po czym powiedziała do dziewczynki, która jej usługuje:
- Ally?
- Tak.
- Dzisiaj rano farbowałaś moją koszulę na niebiesko.
- Wedle życzenia madame.
- No właśnie i ona jeszcze się moczy w barwniku?
- Tak.
- To w takim razie wyciąg ją natychmiast z wiaderka, bo jeszcze zmieni kolor na jakiś inny przez to moczenie. No i przynieś mi to wiaderko razem z zawartością.
- Dobrze.
- Nie mów, że chcesz to zrobić.... - Powiedziała wystraszona brunetka.
- Żebyś wiedziała.....
Ally poszła wykonać rozkaz i za kilka sekund była z powrotem razem z ekwipunkiem.
- Ale niebieska ta woda. - Amanda powiedziała do siebie pod nosem.
- Co mam zrobić z tą wodą?
- W sumie do niczego nam się nie przyda.... Możesz ją wylać.
Rudowłosa dziewczynka o śniadej cerze udała się w stronę toalety.
- Nie do kibla głuptasie! Przez okno wylej!
- Przez okno?
- Chyba słyszałaś co masz zrobić!
Dziewczynka stanęła na palcach i jednym płynnym ruchem przechyliła wiaderko, a Amanda razem z Emily (jej przyjaciółka) stała w drugim oknie i wszystko widziały.... Widziały jak niebieska woda jednym chlustem oblewa siedzącą pod jej oknem mnie!
- Przepraszam! Nie widziałam cię - Krzyczała wystraszona Ally.
- No popatrz ty... Nawet służbie nie można ufać! - Darła się do mnie ta suka.
- Ty debilko!!! To była bluzka od Prady!!! Ty piczko popieprzona jak lato z radiem! Jak mogłaś?! - Krzyczałam w jej stronę
- No widzisz, mogłam! - Krzyknęła i zatrzasnęła okno.
Cała mokra i niebieska weszłam na dziedziniec internatu i znów usłyszałam złowrogie wołanie pod moim adresem, ale tym razem od kucharki......
- Rrrrrrrooooossssssseeeeeee!
- Już idę! - Odpowiedziałam radosnym głosem, bo wiedziałam co się święci......
Weszłam do kuchni, a tam stała wściekła kucharka razem z łyżką drewnianą.
- Słucham panią? - Zapytałam słodziutkim głosem.
- Collins, jak mogłaś do zupy pomidorowej wrzucić żabę ze szkolnego stawu?!
- Ja?
- Nie pogrywaj ze mną! Cordelia cię widziała!
- No to w takim razie, nie mam się co kryć.... Ja po prostu chciałam doprawić zupę.....
- Collins!
- No co? Chciałam, aby było po francusku. - Rzekłam uśmiechając się od ucha do ucha.
- Do dyrektora, ale już!!!
W dalszym ciągu ubarwiona na niebiesko, szczęśliwym krokiem weszłam do gabinetu madame Charlotte.
- Jestem.
- Wyjdź i zapukaj. - Powiedziała zajęta pisaniem dokumentów.
- Ale już tu jestem.
- Wyjdź i zapukaj.
- Co to za zasady?! - Przewróciłam oczami i wyszłam.
Zapukałam i weszłam.
- Nie powiedziałam, abyś weszła. Zapukaj i czekaj na komendę.
- Ja pierniczę! Gdzie ja mieszkam......
Powtórnie wyszłam z jej gabinetu i zapukałam.
- Proszę. - Usłyszałam i weszłam.
- Tak wiem, po co miałam tu przyjść. - Od razu wypaliłam.
- Zanim przejdziemy do sprawy, powiedz mi, dlaczego jesteś cała niebieska i mokra.
- Mały wypadek. - Postanowiłam, że nic jej nie powiem o tym co zrobiła mi ta pieprzona jędza....
Dostanie za swoje w swoim czasie....
- Dobrze, w takim razie powiedz mi co skłoniło cię do tak haniebnego czynu?
- Mnie?
- Tak.
- Madame Charlotte, ja chciałam po prostu poprawić smak tutejszej kuchni, a to, że jesteśmy tak blisko kraju niegdyś żyjącego, mojego drogiego idola Ludwika XVI, w związku z tym chciałam oddać mu hołd w postaci zupy pomidorowej z dodatkiem żaby.
Widziałam jak dyrektorka na wieść o Ludwiku XVI dusi się ze śmiechu, ale mimo wszystko zachowała kamienną twarz.
- Bardzo się cieszę, że w ten sposób próbowałaś wyrazić szacunek, ale na Boga, Rose, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyś skonsultowała to z panią kucharką i w dodatku nie dodała całej, żywej jeszcze żaby!
***
Po skończonej rozmowie z madame, udałam się do mojego pokoju i usiadłam w rogu na krześle koło okna.
- O mój Boże! Rose, co ci się stało? - Zapytała Yasmine.
- Ta debilka Amanda wylała na mnie przez okno kubeł wody z niebieskim barwnikiem!
- A to szuja!
- Żebyś wiedziała! Ale zadarła z niewłaściwą osobą!
- Kiedyś słyszałam, że z Amerykanami się nie zadziera..... - Rzekła Poppy.
- Tak......
- A byłaś u dyrektorki? - Zapytała Cordelia.
- Byłam.
- I co?
- Nic szczególnego nie mówiła, tylko gadała o tym, że mnie zmieni, że daje mi jeszcze szansę i takie tam.....
- Czyli klasycznie.
- Tak, ale następnym razem postaramy się bardziej...
PODSUMOWANIE
Siedzę pod kołdrą, razem z zapalniczką i nasłuchuję odgłosy z zewnątrz....
Co za zwariowany dzień! Ta małpa oblała mnie wodą z barwnikiem, który miałam na sobie tak długo, że moja skóra przybrała bardzo blady odcień niebieskiego, nie wspominając już o moich włosach.... Jutro jest sobota, będzie więcej wolnego i przeznaczę ten czas na błogi relaks.... Dobrze, że zabrałam ze sobą moje lampy ze światłem rewitalizującym i MP4, bo inaczej nie wiem co bym zrobiła....
Na chwilę obecną pomału wdrążam nasz plan w życie dziennie, aby wynieść się z tego przytułku dla szlachetnie urodzonych. Boże, tyle jest innych internatów na tym świecie, a ja akurat musiałam natrafić na jakiś królewski! Ja się pytam, dlaczego?!
Co do dyrektorki.... Jej mina na wieść o moim idolu, rzekomym Ludwiku XVI nie zapomnę nigdy! Była bezcenna! I oczywiście nie odbyło się bez kary, którą jest przeczytanie książki "Alicji w krainie czarów", bo jak stwierdziła: "Ta książka jest pełna tajemnic i zagadek tak jak ja i z pewnością powinna mi się spodobać". To mogła mi Scooby Doo na płycie podrzucić, na jedno wyjdzie. Też tajemnicze i pełne zagadek.... No, ale to jest Anglia.... Jestem ciekawa, czy w życiu prywatnym też są tacy gburowaci.
O, słyszę, że ktoś wstał. To Poppy wyszła na korytarz. Idę ją śledzić....
Jestem z powrotem i właśnie dowiedziałam się, że ta niska blondynka z kręconymi włosami, wybrała się do chłodni i wcina ze smakiem całe opakowanie lodów. Ciekawe czy ona jest głodna, czy nadchodzą "ciężkie dni" i musi napchać się słodyczami. A nie wiem, nie obchodzi mnie to... Niech żre sobie nawet kubełek z KFC!
Ale jestem wypompowana po dzisiejszym dniu. Idę spać.
poniedziałek, 11 maja 2015
Rozdział 1
Wylądowałam. Siedziałam chwilę na lotnisku i zastanawiałam się gdzie mam się teraz udać. Pomimo kilkudziesięciu osób, które mnie otaczały czułam ogromną pustkę. Zostałam zdana sama na siebie bez moich koleżanek, a nawet tego debila Dannego, do tego byłam potwornie zmęczona, no bo wiecie, zmiana czasu o tyle godzin, swoje robi....
- Panna Collins? - Usłyszałam wołanie kobiety w średnim wieku, która była ubrana prosto ale z klasą.
- Tak, to ja.
- Nazywam się madame Charlotte i mam nakaz od twoich rodziców zabrać cię do elitarnej dziewczęcej szkoły z internatem na obrzeżach Wolverhampton.
- Słucham?! Ja i szkoła?! Chyba cię paniusiu pogięło! Miałam jechać tylko do internatu! - Rzekłam ze zniewagą w głosie.
- Nie tym tonem droga damo!
- Rozśmieszasz mnie. Nie żyjemy w czasach, kiedy to obowiązują obyczaje szlacheckie i suknie z obręczą. A już w ogóle to do szlachcianki mi bardzo daleko. - Powiedziałam i wybuchłam śmiechem.
- Po pierwsze nie mówimy do siebie po imieniu, a po drugie bardzo się mylisz, bo każda dziewczyna ma w sobie ukrytą księżniczkę i nie chodzi tu wcale o koronę, ojca króla i potężne królestwo, tylko o charakter, który jest potężnym wyznacznikiem osoby i jej osobowości, która dość często odczytywana jest tak bardzo mylnie.... Ile jest przypadków, że wszyscy podają się za tych kim nie są?
- No dużo.
- No właśnie. Całe tabuny i ty też udajesz kogoś innego, bo twoją naturalną naturą nie jest obrażanie i poniżanie innych, zachowujesz się tak z musu bo innej opcji nie masz, a ja ci obiecuję, że zmienię to w tobie.
- O jak miło... W końcu madame skończyłaś trajkotać, więc teraz zabierz moje bagaże i zawoź mnie tam gdzie trzeba!
- Panno Collins ja nie jestem pani służącą! Proszę wziąć swoje bagaże i samemu zanieść je do samochodu.
- Chyba sobie żartujesz... Podobno jestem ukrytą księżniczką. - Powiedziałam dziwnym tonem głosu naśladującym właśnie panie z wyższych sfer.
Madame Charlotte okryła rękami twarz i zaczęła coś gadać pod nosem sama do siebie... Zrozumiałam tylko " Co za głupie, amerykańskie dziewczynisko przyjechało do arystokratycznego kraju!" Miałam ochotę coś jej odpowiedzieć, ale pomyślałam, że to jeszcze za wcześnie.... Najpierw trochę narozrabiam, a potem się zobaczy.... Ach to moje podejście do życia... Tak wiem, woła o pomstę do nieba. Normalnie w tym miejscu wstawiłabym sztab emotikonek, ale z lekcji angielskiego zapamiętałam, że tego się nie robi... :( Ups, a jednak! To takie przykre.... Dobra, na chwilę przerwa od mojego wrednego charakterku.
Zapakowałam moje bagaże do samochodu "madame", maj gasz jak to słowo sprawia, że chce mi się ryć jak popapranej. "madame" kto to wymyślił?
No to tak; przemierzaliśmy doliny, rzeki i wzgórza tego wbijającego w depresję z powodu pogody kraju, by w końcu podjechać pod jakiś pałac z dobudówką co wyglądało obskurnie, zupełnie jak dla XVI-wiecznej służby. Wysiadłam z samochodu, wzięłam walizki i zaczęłam rozglądać się wokół siebie, gdy nagle podeszła do mnie dziewczyna, ubrana w jakiś szkolny uniform:
- Witam cię nowa szlachcianko w naszym jakże skromnym, ale wartym do naśladowania towarzystwie. Nazywam się szlachcianka Amanda i jestem przewodniczącą. Będziemy się od dzisiaj przyjaźnić.
- .............
- Masz się przywitać i podać mi rękę jak to z szacunku bywa.
- Podaję rękę tylko osobom, które zasługują na mój szacunek i nie będę się z tobą przyjaźnić, bo sama wybieram sobie koleżanki i nie pasujesz do mojego grona szczurze jeden. - Rzekłam pyskatym tonem i zrobiłam w tył zwrot.
Tamta się zagotowała od środka i zaczęła kiwać na mnie palcem, jakby miało to na mnie zadziałać i w expressowym tempie nawrócić na dobrą drogę. To takie śmieszne....
Wzięłam walizki pod pachy i ruszyłam w stronę "przytułku dla bezdomnych". Trochę ciężko było iść w butach na koturnie po błocie, ale co mi tam. Wytrzymam jakoś ten tydzień. Zrobię wszystko żeby mnie wywali i wrócę do tego popapranego i mocno znienawidzonego domu. Tak wiem, to jest bardzo dziwne. Z jednej strony robię wszystko by tam nie mieszkać, a z drugiej pragnę tam wrócić. Nie wiem... Może dla tych pieniędzy, które dają mi rodzice w ramach "miłości matczynej i ojcowskiej".....
Cała przemoczona od deszczu weszłam do wielkiego holu, w którym barok zatrzymał się jak nigdy wcześniej. Dusiło mnie od tego. Czułam się jak ptak w klatce, a otoczenie.... Bez komentarza. Jak można tu mieszkać? No ale nic. Rozglądając się po ścianach, gdzie wprost na mnie lampiły się z portretów kilkadziesiąt par królewskich oczu udałam się na ostatnie piętro i do pokoju, który był mi przydzielony. Weszłam.
- Hej dziewczyny! Wielkie sorry, ale musicie wyjść z tego pokoju. Teraz należy do mnie.
- ........................ - Nic nie powiedziały tylko gapiły się na mnie jak na jakiegoś dziwaka z kosmosu.
- Aha, rozumiem.... Pokój w piątkę.... No cóż.
- Twoje łóżko to to przy oknie. - Odezwała się dziewczyna o orientalnej urodzie.
Zjechałam ją od góry do dołu wzrokiem, skrzywiłam się i usiadłam na łóżko odrzucając czyjeś skarpetki i ciuchy opuszkami palców, po czym wzdrygnęłam się i wyciągnęłam żel do dezynfekcji.
- A tak w ogóle to nazywam się Poppy.
- Ja Juliet.
- Ja Cordelia.
- A ja Yasmine.
- Super. Ja jestem Rose Collins i nie zamierzam się z wami przyjaźnić.
- Dziwna jesteś, ale nie wnikam.... - Rzekła Yasmin.
- A ty egzotyczna. - Odparłam i ściągnęłam z siebie mokre ciuchy.
Przebrałam się w sukienkę z dzianiny, gdy do pokoju weszła jakaś baba:
- O wreszcie służąca przyszła! - Wypaliłam i włożyłam jej na tacę moje mokre ciuchy. - Wyprać, wysuszyć, wyprasować, nie krochmalić. - Powiedziałam.
- Ja nie jestem służącą!
- Wiem, wiem.... W takim ubraniu rzeczywiście wyglądasz jak "hrabina". Masz tu sto dolców i kup sobie coś ładnego.
- Słucham?!
- No popatrz ty! Jeszcze głucha.... To może kup sobie aparat słuchowy! - Krzyknęłam do jej ucha.
Oczywiście wkurzyła się to mało powiedziane...... Krzyknęła, że mam ubrać mundurek i schodzić zaraz na dół do jadalni.
Po wielkich "bitwach" moim współlokatorkom w końcu udało się wcisnąć mnie w ten obrzydliwy szkolny strój i całą piątką zeszłyśmy do jadalni. Usiadłam wygodnie.
- Wstawaj! - Powiedziała Cordelia.
- Bo?
- Bo wszyscy wchodzą i siadają w określonej kolejności. - Rzekła Poppy.
Z ciężkim bólem wstałam i zobaczyłam jak wchodzi dyrektorka i sztab debili-nauczycieli.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry pani dyrektor!
- Możecie usiąść.
- Dziękujemy ci panie Boże.... - Zaczęli wszyscy oprócz mnie.
- Nie na widzę budy, nie na widzę tej instytucji, pani Boże zrób coś z tym....
Ha! Mina wszystkich w jadalni była bezcenna.....
Zaczęliśmy wszyscy spożywać posiłek. To, że jemy najpierw oczami to właśnie nimi się na jadłam, bo obiad wyglądał jak rzygi po niezłej imprezie....
- Przepraszam za spóźnienie. - Rzekł chłopak, dość młody, około 22-3 lat.
- Kto to? - Zapytałam.
- Obiekt westchnień Amandy, która dołączy za 3, 2, 1. Żmija osiągnęła cel. - Rzekła Juliet.
- A tak na serio?
- Syn dyrektorki, który przyjeżdża co roku na rozpoczęcie i zakończenie i w między czasie. Kiedyś przebywał z nami prawie codziennie, ale został przyłapany na migdaleniu się z jedną z uczennic, więc matka zadbała o krótką "smycz" i minimalny dostęp do dziewczyn.
- A jak się nazywa?
- Liam, Liam Payne. A co, zamierzasz iść w konkury?
- Nie.... Nie jest w moim typie, a poza tym to pewnie niezły z niego angielski nudziarz. Popatrz jaki on jest stonowany. Zero szaleństwa, nie to co amerykańscy super szaleni chłopcy.
- No tak...... Panna z Ameryki, szuka skoków w bok, a nie poukładanego faceta..... Ach ten twój amerykański mózg....
- Ach ten twój zepsuty nudą mózg....
PODSUMOWANIE
Cóż ja mogę powiedzieć o dzisiejszym dniu..... Wiem, że zacznie się zabawa na całego.... Te debilki z mojego pokoju nie znają w ogóle życia po za manierami i życiem według dekalogu... Daje sobie tydzień i wylecę z tej budy. A baba, która przyszła z dziwnym koszem nie wiadomo po co, to istny Cerber, strzegący bram do piekła jakim jest ta szkoła. Syn dyrektorki.... Szału nie ma. Widać, że kujon, aż w oczy blaskiem bije, a ja od takich ludzi z daleka... Nie moja partia. Po pierwszym dniu, nie mogę dużo napisać, ale poza tym wpadł teraz Cerber i każe gasić światło. Dobranoc!
- Panna Collins? - Usłyszałam wołanie kobiety w średnim wieku, która była ubrana prosto ale z klasą.
- Tak, to ja.
- Nazywam się madame Charlotte i mam nakaz od twoich rodziców zabrać cię do elitarnej dziewczęcej szkoły z internatem na obrzeżach Wolverhampton.
- Słucham?! Ja i szkoła?! Chyba cię paniusiu pogięło! Miałam jechać tylko do internatu! - Rzekłam ze zniewagą w głosie.
- Nie tym tonem droga damo!
- Rozśmieszasz mnie. Nie żyjemy w czasach, kiedy to obowiązują obyczaje szlacheckie i suknie z obręczą. A już w ogóle to do szlachcianki mi bardzo daleko. - Powiedziałam i wybuchłam śmiechem.
- Po pierwsze nie mówimy do siebie po imieniu, a po drugie bardzo się mylisz, bo każda dziewczyna ma w sobie ukrytą księżniczkę i nie chodzi tu wcale o koronę, ojca króla i potężne królestwo, tylko o charakter, który jest potężnym wyznacznikiem osoby i jej osobowości, która dość często odczytywana jest tak bardzo mylnie.... Ile jest przypadków, że wszyscy podają się za tych kim nie są?
- No dużo.
- No właśnie. Całe tabuny i ty też udajesz kogoś innego, bo twoją naturalną naturą nie jest obrażanie i poniżanie innych, zachowujesz się tak z musu bo innej opcji nie masz, a ja ci obiecuję, że zmienię to w tobie.
- O jak miło... W końcu madame skończyłaś trajkotać, więc teraz zabierz moje bagaże i zawoź mnie tam gdzie trzeba!
- Panno Collins ja nie jestem pani służącą! Proszę wziąć swoje bagaże i samemu zanieść je do samochodu.
- Chyba sobie żartujesz... Podobno jestem ukrytą księżniczką. - Powiedziałam dziwnym tonem głosu naśladującym właśnie panie z wyższych sfer.
Madame Charlotte okryła rękami twarz i zaczęła coś gadać pod nosem sama do siebie... Zrozumiałam tylko " Co za głupie, amerykańskie dziewczynisko przyjechało do arystokratycznego kraju!" Miałam ochotę coś jej odpowiedzieć, ale pomyślałam, że to jeszcze za wcześnie.... Najpierw trochę narozrabiam, a potem się zobaczy.... Ach to moje podejście do życia... Tak wiem, woła o pomstę do nieba. Normalnie w tym miejscu wstawiłabym sztab emotikonek, ale z lekcji angielskiego zapamiętałam, że tego się nie robi... :( Ups, a jednak! To takie przykre.... Dobra, na chwilę przerwa od mojego wrednego charakterku.
Zapakowałam moje bagaże do samochodu "madame", maj gasz jak to słowo sprawia, że chce mi się ryć jak popapranej. "madame" kto to wymyślił?
No to tak; przemierzaliśmy doliny, rzeki i wzgórza tego wbijającego w depresję z powodu pogody kraju, by w końcu podjechać pod jakiś pałac z dobudówką co wyglądało obskurnie, zupełnie jak dla XVI-wiecznej służby. Wysiadłam z samochodu, wzięłam walizki i zaczęłam rozglądać się wokół siebie, gdy nagle podeszła do mnie dziewczyna, ubrana w jakiś szkolny uniform:
- Witam cię nowa szlachcianko w naszym jakże skromnym, ale wartym do naśladowania towarzystwie. Nazywam się szlachcianka Amanda i jestem przewodniczącą. Będziemy się od dzisiaj przyjaźnić.
- .............
- Masz się przywitać i podać mi rękę jak to z szacunku bywa.
- Podaję rękę tylko osobom, które zasługują na mój szacunek i nie będę się z tobą przyjaźnić, bo sama wybieram sobie koleżanki i nie pasujesz do mojego grona szczurze jeden. - Rzekłam pyskatym tonem i zrobiłam w tył zwrot.
Tamta się zagotowała od środka i zaczęła kiwać na mnie palcem, jakby miało to na mnie zadziałać i w expressowym tempie nawrócić na dobrą drogę. To takie śmieszne....
Wzięłam walizki pod pachy i ruszyłam w stronę "przytułku dla bezdomnych". Trochę ciężko było iść w butach na koturnie po błocie, ale co mi tam. Wytrzymam jakoś ten tydzień. Zrobię wszystko żeby mnie wywali i wrócę do tego popapranego i mocno znienawidzonego domu. Tak wiem, to jest bardzo dziwne. Z jednej strony robię wszystko by tam nie mieszkać, a z drugiej pragnę tam wrócić. Nie wiem... Może dla tych pieniędzy, które dają mi rodzice w ramach "miłości matczynej i ojcowskiej".....
Cała przemoczona od deszczu weszłam do wielkiego holu, w którym barok zatrzymał się jak nigdy wcześniej. Dusiło mnie od tego. Czułam się jak ptak w klatce, a otoczenie.... Bez komentarza. Jak można tu mieszkać? No ale nic. Rozglądając się po ścianach, gdzie wprost na mnie lampiły się z portretów kilkadziesiąt par królewskich oczu udałam się na ostatnie piętro i do pokoju, który był mi przydzielony. Weszłam.
- Hej dziewczyny! Wielkie sorry, ale musicie wyjść z tego pokoju. Teraz należy do mnie.
- ........................ - Nic nie powiedziały tylko gapiły się na mnie jak na jakiegoś dziwaka z kosmosu.
- Aha, rozumiem.... Pokój w piątkę.... No cóż.
- Twoje łóżko to to przy oknie. - Odezwała się dziewczyna o orientalnej urodzie.
Zjechałam ją od góry do dołu wzrokiem, skrzywiłam się i usiadłam na łóżko odrzucając czyjeś skarpetki i ciuchy opuszkami palców, po czym wzdrygnęłam się i wyciągnęłam żel do dezynfekcji.
- A tak w ogóle to nazywam się Poppy.
- Ja Juliet.
- Ja Cordelia.
- A ja Yasmine.
- Super. Ja jestem Rose Collins i nie zamierzam się z wami przyjaźnić.
- Dziwna jesteś, ale nie wnikam.... - Rzekła Yasmin.
- A ty egzotyczna. - Odparłam i ściągnęłam z siebie mokre ciuchy.
Przebrałam się w sukienkę z dzianiny, gdy do pokoju weszła jakaś baba:
- O wreszcie służąca przyszła! - Wypaliłam i włożyłam jej na tacę moje mokre ciuchy. - Wyprać, wysuszyć, wyprasować, nie krochmalić. - Powiedziałam.
- Ja nie jestem służącą!
- Wiem, wiem.... W takim ubraniu rzeczywiście wyglądasz jak "hrabina". Masz tu sto dolców i kup sobie coś ładnego.
- Słucham?!
- No popatrz ty! Jeszcze głucha.... To może kup sobie aparat słuchowy! - Krzyknęłam do jej ucha.
Oczywiście wkurzyła się to mało powiedziane...... Krzyknęła, że mam ubrać mundurek i schodzić zaraz na dół do jadalni.
Po wielkich "bitwach" moim współlokatorkom w końcu udało się wcisnąć mnie w ten obrzydliwy szkolny strój i całą piątką zeszłyśmy do jadalni. Usiadłam wygodnie.
- Wstawaj! - Powiedziała Cordelia.
- Bo?
- Bo wszyscy wchodzą i siadają w określonej kolejności. - Rzekła Poppy.
Z ciężkim bólem wstałam i zobaczyłam jak wchodzi dyrektorka i sztab debili-nauczycieli.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry pani dyrektor!
- Możecie usiąść.
- Dziękujemy ci panie Boże.... - Zaczęli wszyscy oprócz mnie.
- Nie na widzę budy, nie na widzę tej instytucji, pani Boże zrób coś z tym....
Ha! Mina wszystkich w jadalni była bezcenna.....
Zaczęliśmy wszyscy spożywać posiłek. To, że jemy najpierw oczami to właśnie nimi się na jadłam, bo obiad wyglądał jak rzygi po niezłej imprezie....
- Przepraszam za spóźnienie. - Rzekł chłopak, dość młody, około 22-3 lat.
- Kto to? - Zapytałam.
- Obiekt westchnień Amandy, która dołączy za 3, 2, 1. Żmija osiągnęła cel. - Rzekła Juliet.
- A tak na serio?
- Syn dyrektorki, który przyjeżdża co roku na rozpoczęcie i zakończenie i w między czasie. Kiedyś przebywał z nami prawie codziennie, ale został przyłapany na migdaleniu się z jedną z uczennic, więc matka zadbała o krótką "smycz" i minimalny dostęp do dziewczyn.
- A jak się nazywa?
- Liam, Liam Payne. A co, zamierzasz iść w konkury?
- Nie.... Nie jest w moim typie, a poza tym to pewnie niezły z niego angielski nudziarz. Popatrz jaki on jest stonowany. Zero szaleństwa, nie to co amerykańscy super szaleni chłopcy.
- No tak...... Panna z Ameryki, szuka skoków w bok, a nie poukładanego faceta..... Ach ten twój amerykański mózg....
- Ach ten twój zepsuty nudą mózg....
PODSUMOWANIE
Cóż ja mogę powiedzieć o dzisiejszym dniu..... Wiem, że zacznie się zabawa na całego.... Te debilki z mojego pokoju nie znają w ogóle życia po za manierami i życiem według dekalogu... Daje sobie tydzień i wylecę z tej budy. A baba, która przyszła z dziwnym koszem nie wiadomo po co, to istny Cerber, strzegący bram do piekła jakim jest ta szkoła. Syn dyrektorki.... Szału nie ma. Widać, że kujon, aż w oczy blaskiem bije, a ja od takich ludzi z daleka... Nie moja partia. Po pierwszym dniu, nie mogę dużo napisać, ale poza tym wpadł teraz Cerber i każe gasić światło. Dobranoc!
piątek, 8 maja 2015
Prolog
To było jak uderzenie piorunem w sam środek mojej pysznej dumy. Nie sądziłam, że coś, a w zasadzie ktoś będzie mógł zmienić mnie nie do poznania w inną, bardziej czułą dziewczynę, która zrozumie, że pomimo życia w bogatej lecz patologicznej rodzinie, że jest też coś innego, coś co daje siłę do przetrwania w dzisiejszym świecie...
Był piękny, majowy ranek, w niczym nie przypominał zwiastującej katastrofy. Jak to bywało, obudziłam się jak zwykle o 6 rano, by o 7 móc wyjechać z domu do tej nieszczęsnej budy, której ponad wszystko nie cierpiałam. Moim priorytetem w życiu były imprezy i alkohol, dużo alkoholu.... Co prawda miałam dopiero 17 lat, ale moi starzy są potwornie bogaci i co chciałam to zawsze miałam. W XXI wieku, jeśli masz kasę to masz przebicie wszędzie, nawet wpuszczą cię na imprezę i sprzedadzą alkohol, mimo że w USA, można pić napoje z ilością alkoholu dopiero po osiągnięciu 21 lat. Szczerze mówiąc; mam to głęboko w dupie, tak jak moi rodzice mnie. Wychowywałam się sama i co ze mnie wyrosło to wyrosło i jak komuś nie podoba się moje zachowanie to ma problem....
- Rose! - Usłyszałam krzyk mojej nauczycielki od historii.
- Co? - Zapytałam z totalną zniewagą, żując gumę w buzi.
- Co?! Dziewczyno! Obudź się! Zaczynam tracić do ciebie jakąkolwiek cierpliwość!
- I?
- I idziesz do tablicy!
Przewróciłam oczami, przeciągnęłam usta błyszczykiem i mierząc nauczycielkę wzrokiem wstałam i ociągając się podeszłam do tablicy.
- Wiesz, że jesteś zagrożona?
- Wiem.
- I nie masz zamiaru nic z tym robić?
- A czy widać, że mam jakiś zamiar do poprawienia ocen?
Widziałam jak pani McCarter zagotowała się w środku na moje słowa, a cała klasa gapiła się na mnie jak szpaki w dupę.
- Dobrze, więc ile trwała wojna stuletnia?
- Za proste... Wiadomo, że 100 lat. - Rzekłam ze zniewagą, oglądając moje paznokcie, a cała klasa wybuchnęła śmiechem.
- Pani się nie martwi! Rose da dupy i zaliczy większość przedmiotów! - Palnął jeden z fircyków, a większość chłopców zaczęła gwizdać.
Podeszłam do niego i złapałam jego kark moją dłonią.
- Przypieprzył ktoś ci kiedyś porządnie? - Zapytałam w dalszym ciągu niewzruszona.
- A co ty mi możesz zrobić?
W tym momencie z całej siły uderzyłam jego twarzą w ławkę szkolną.
- To...... - Syknęłam przez zęby i odeszłam, a Danny podniósł swoją twarz, z której lała się krew, a w zasadzie z nosa.
Nauczycielka zaczęła coś tam lamentować, nad moim zachowaniem, zaczęła wzywać Boga, jakby zaraz miał zstąpić z nieba i jej pomóc. Nie ogarniam, ale okey.....
- Collins!
- Słucham panią.
- Zasuwaj do kozy i to w try migi, a ja zaraz zadzwonię po twoich rodziców!
- Z miłą chęcią. - Odpowiedziałam i poszłam w stronę wskazanego mi miejsca.
Za biurkiem w kozie siedziała gruba Li, podeszłam do pierwszej ławki i rzuciłam torbę z książkami na podłodze.
- Co znowu przeskrobałaś? - Odezwała się Li.
- Przywaliłam twarzą jednego kolesia w ławkę.
- Oh... A co on ci zrobił?
- Powiedział, że dam dupę nauczycielom i w ten sposób zdam do następnej klasy.
- Pewnie zrobiłabym tak samo.
- Dzięki, że chociaż ty mnie rozumiesz.
- Się wie Rose. Babka od historii poszła dzwonić po rodziców?
- No a jak. Życzę jej powodzenia, bo wątpię, by ktoś z moich starych odebrał telefon. Przecież oni są wiecznie zajęci.
- Taaa, znam ten ból... Moi wcale nie byli lepsi.
***
- Do pokoju Rose! Zachowałaś się karygodnie! - Powiedziała moja matka wchodząc razem ze mną do domu i gadając przez telefon.
Miała mnie głęboko w dupie, ojciec nie lepszy... Nienawidzę mojego popapranego życia! Od zawsze na pierwszym miejscu była firma, kasa i ważne kontrakty. Żyłam w patologicznej rodzinie, dokładnie takiej jak tej z opisu "Skąpca" Moliera. Moi rodzice byli właśnie takim Harpagonem, a ja Elizą, tylko o wiele bardziej niepoukładaną i zlewającą wszystko jak leci...
Przebrałam się w wygodne ciuchy i położyłam się na moim łóżku. Wzięłam do ręki laptop i zaczęłam szperać w Internecie po różnych stronach internetowych.
- Widzę, że Internet też spadł na psy. - Mruknęłam sama do siebie.
- Ona nie może z nami mieszkać! Przynosi nam tylko kłopoty! - Usłyszałam darcie się mamy i uchyliłam drzwi.
- Ale Rose jest moją, naszą córką! - Krzyczał tata.
- Ja mam dosyć jej wybryków!
Moje oczy pokryły się łzami i trzasnęłam drzwiami. Postanowiłam, że pomogę moim rodzicom w ich decyzji i spakuję się pierwsza.
Nazajutrz o godzinie bardzo młodej, wpadła do pokoju moja matka i zaczęła mnie szarpać i drzeć mi się nad uchem, że mam wstawać. Otworzyłam oczy i usłyszałam:
- Jedziesz do internatu!
- Przynajmniej będę miała święty spokój. - Odburknęłam i poszłam do łazienki się ogarnąć, po czym gotowa do wyjścia razem z walizką stałam w progu i czekałam, aż wielce rodzice się zbiorą.
Zobaczyłam, że jedziemy na lotnisko. Nie odzywałam się do nich. Kiedy dojechaliśmy, wręczyli mi bilety, dokumenty i bez pożegnania odjechali. Na bilecie widniał kierunek Wolverhampton GB.....
Był piękny, majowy ranek, w niczym nie przypominał zwiastującej katastrofy. Jak to bywało, obudziłam się jak zwykle o 6 rano, by o 7 móc wyjechać z domu do tej nieszczęsnej budy, której ponad wszystko nie cierpiałam. Moim priorytetem w życiu były imprezy i alkohol, dużo alkoholu.... Co prawda miałam dopiero 17 lat, ale moi starzy są potwornie bogaci i co chciałam to zawsze miałam. W XXI wieku, jeśli masz kasę to masz przebicie wszędzie, nawet wpuszczą cię na imprezę i sprzedadzą alkohol, mimo że w USA, można pić napoje z ilością alkoholu dopiero po osiągnięciu 21 lat. Szczerze mówiąc; mam to głęboko w dupie, tak jak moi rodzice mnie. Wychowywałam się sama i co ze mnie wyrosło to wyrosło i jak komuś nie podoba się moje zachowanie to ma problem....
- Rose! - Usłyszałam krzyk mojej nauczycielki od historii.
- Co? - Zapytałam z totalną zniewagą, żując gumę w buzi.
- Co?! Dziewczyno! Obudź się! Zaczynam tracić do ciebie jakąkolwiek cierpliwość!
- I?
- I idziesz do tablicy!
Przewróciłam oczami, przeciągnęłam usta błyszczykiem i mierząc nauczycielkę wzrokiem wstałam i ociągając się podeszłam do tablicy.
- Wiesz, że jesteś zagrożona?
- Wiem.
- I nie masz zamiaru nic z tym robić?
- A czy widać, że mam jakiś zamiar do poprawienia ocen?
Widziałam jak pani McCarter zagotowała się w środku na moje słowa, a cała klasa gapiła się na mnie jak szpaki w dupę.
- Dobrze, więc ile trwała wojna stuletnia?
- Za proste... Wiadomo, że 100 lat. - Rzekłam ze zniewagą, oglądając moje paznokcie, a cała klasa wybuchnęła śmiechem.
- Pani się nie martwi! Rose da dupy i zaliczy większość przedmiotów! - Palnął jeden z fircyków, a większość chłopców zaczęła gwizdać.
Podeszłam do niego i złapałam jego kark moją dłonią.
- Przypieprzył ktoś ci kiedyś porządnie? - Zapytałam w dalszym ciągu niewzruszona.
- A co ty mi możesz zrobić?
W tym momencie z całej siły uderzyłam jego twarzą w ławkę szkolną.
- To...... - Syknęłam przez zęby i odeszłam, a Danny podniósł swoją twarz, z której lała się krew, a w zasadzie z nosa.
Nauczycielka zaczęła coś tam lamentować, nad moim zachowaniem, zaczęła wzywać Boga, jakby zaraz miał zstąpić z nieba i jej pomóc. Nie ogarniam, ale okey.....
- Collins!
- Słucham panią.
- Zasuwaj do kozy i to w try migi, a ja zaraz zadzwonię po twoich rodziców!
- Z miłą chęcią. - Odpowiedziałam i poszłam w stronę wskazanego mi miejsca.
Za biurkiem w kozie siedziała gruba Li, podeszłam do pierwszej ławki i rzuciłam torbę z książkami na podłodze.
- Co znowu przeskrobałaś? - Odezwała się Li.
- Przywaliłam twarzą jednego kolesia w ławkę.
- Oh... A co on ci zrobił?
- Powiedział, że dam dupę nauczycielom i w ten sposób zdam do następnej klasy.
- Pewnie zrobiłabym tak samo.
- Dzięki, że chociaż ty mnie rozumiesz.
- Się wie Rose. Babka od historii poszła dzwonić po rodziców?
- No a jak. Życzę jej powodzenia, bo wątpię, by ktoś z moich starych odebrał telefon. Przecież oni są wiecznie zajęci.
- Taaa, znam ten ból... Moi wcale nie byli lepsi.
***
- Do pokoju Rose! Zachowałaś się karygodnie! - Powiedziała moja matka wchodząc razem ze mną do domu i gadając przez telefon.
Miała mnie głęboko w dupie, ojciec nie lepszy... Nienawidzę mojego popapranego życia! Od zawsze na pierwszym miejscu była firma, kasa i ważne kontrakty. Żyłam w patologicznej rodzinie, dokładnie takiej jak tej z opisu "Skąpca" Moliera. Moi rodzice byli właśnie takim Harpagonem, a ja Elizą, tylko o wiele bardziej niepoukładaną i zlewającą wszystko jak leci...
Przebrałam się w wygodne ciuchy i położyłam się na moim łóżku. Wzięłam do ręki laptop i zaczęłam szperać w Internecie po różnych stronach internetowych.
- Widzę, że Internet też spadł na psy. - Mruknęłam sama do siebie.
- Ona nie może z nami mieszkać! Przynosi nam tylko kłopoty! - Usłyszałam darcie się mamy i uchyliłam drzwi.
- Ale Rose jest moją, naszą córką! - Krzyczał tata.
- Ja mam dosyć jej wybryków!
Moje oczy pokryły się łzami i trzasnęłam drzwiami. Postanowiłam, że pomogę moim rodzicom w ich decyzji i spakuję się pierwsza.
Nazajutrz o godzinie bardzo młodej, wpadła do pokoju moja matka i zaczęła mnie szarpać i drzeć mi się nad uchem, że mam wstawać. Otworzyłam oczy i usłyszałam:
- Jedziesz do internatu!
- Przynajmniej będę miała święty spokój. - Odburknęłam i poszłam do łazienki się ogarnąć, po czym gotowa do wyjścia razem z walizką stałam w progu i czekałam, aż wielce rodzice się zbiorą.
Zobaczyłam, że jedziemy na lotnisko. Nie odzywałam się do nich. Kiedy dojechaliśmy, wręczyli mi bilety, dokumenty i bez pożegnania odjechali. Na bilecie widniał kierunek Wolverhampton GB.....
wtorek, 5 maja 2015
Epilog
(...) Siedzę teraz w naszym domu, cieplutkim salonie i spisuję
wszystko jak głupia. Poco? Dobre pytanie, bo sama nie wiem...... To były
tak krytyczne czasy, a ja zamiast zapomnieć, żyć w świadomości, że było
to kilka lat temu to drążę jeszcze większą dziurę. Z natchnienia do
pisania wyrywa mnie głos Harolda, który każe mi jeść, bo nie wolno mi
się teraz głodzić.
- Dominika! - Słyszę wołanie Zielonookiego.
- Co chcesz?
- Chodź coś zjeść!
- Ale ja nie jestem głodna!
- Pamiętasz co było 5 lat temu?
- Nie.
- Brakowało ci składników odżywczych zawartych w jedzeniu, co skutkowało szpitalem.......
- Aaaaaa o to ci chodzi.......
- Mamo, mamo! - Słyszę radosny głosik mojej pięcioletniej córki Destiny, która tym samym przerywa naszą wymianę zdań.
- O co chodzi słońce? - Pytam.
- Chodź mamo, chodź! - Łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą do swojego pokoju.
- Patrz mamo..... Robaczek!
Śmieję się. Wchodzi Loczek, który po chwili łapie co jest na rzeczy i również zaczyna się śmiać. Podchodzę do okna, gdzie siedzi rzekomy "robaczek" i biorę go w dłonie.
- Fuuu! - Krzyczy Destiny.
I tym samym uświadamiam sobie, że moje dziecko przez pięć lat nie miało styczności z naturą, tylko ciągle jest pod napływem miasta jakim jest Los Angeles....
Warte jest to wytłumaczenia...... Otóż 6 lat temu, po naszym ślubie i po skończeniu kręcenia filmu wyprowadziliśmy się do LA, gdzie w dalszym ciągu jestem aktorką. Zespół chłopaków rozpadł się 4 lata temu, co nie znaczy, że nie mamy kontaktu z Lou, Niallem, Zaynem i Liamem, wręcz przeciwnie. Warte powiedzenia jest też to, że Honka urodziła chłopca i razem z Niallem szczęśliwie (bez ślubu) żyją w Irlandii, a Nikol dalej jest projektantką dla domu mody Chanel i mieszka z Zaynem w Londynie.
- To jest motylek. - Mówi Harold.
- Motylek? - Pyta zaciekawiona Destiny.
- Tak. W te wakacje polecimy do Polski i zobaczysz mnóstwo motylków. Pokażemy ci z tatusiem, gdzie mieszkałam jak byłam w twoim wieku, gdzie chodziłam do szkoły. Zobaczysz Karpacz, czyli tam gdzie mieszkała ciocia Nikol i niedaleko tej miejscowości jest wodospad, gdzie był kręcony twój ulubiony film. - Mówię.
- Opowieści z Narnii? - Pyta rozdziawiając buzię ze zdziwienia.
W tym samym czasie czuję silny ucisk w dole brzucha, łapię się za ramię Harrego.
- Dominika, co się dzieje?
- Boże..... Ałaaaa! Boli!
- Co cię boli?!
- Ja chyba rodzę!
Loczek blednie na twarzy, Destiny zamarła. Mówię jej niech pakuje się do samochodu, a ja z tatusiem zaraz do niej dojdę. Wspierając się na moim mężu, powolnym krokiem wchodzę do samochodu. Ruszamy do szpitala....
GODZINĘ PÓŹNIEJ
Leżę w sali szpitalnej. Zmęczona, ale szczęśliwa. Na świat przyszła nasza druga córka Elizabeth. Tłumy fotoreporterów próbują wejść drzwiami i oknami by tylko móc zrobić nam zdjęcie. Harry siedzi obok mnie razem z Destiny i ściska moją dłoń. Po jego policzku lecą łzy wzruszenia, szczęścia, tym bardziej, że mamy dzisiaj 1 luty......
- Kochanie, dałaś mi najwspanialszy prezent urodzinowy pod słońcem. - Mówi i bierze małą w swoje silne objęcia........
- Dominika! - Słyszę wołanie Zielonookiego.
- Co chcesz?
- Chodź coś zjeść!
- Ale ja nie jestem głodna!
- Pamiętasz co było 5 lat temu?
- Nie.
- Brakowało ci składników odżywczych zawartych w jedzeniu, co skutkowało szpitalem.......
- Aaaaaa o to ci chodzi.......
- Mamo, mamo! - Słyszę radosny głosik mojej pięcioletniej córki Destiny, która tym samym przerywa naszą wymianę zdań.
- O co chodzi słońce? - Pytam.
- Chodź mamo, chodź! - Łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą do swojego pokoju.
- Patrz mamo..... Robaczek!
Śmieję się. Wchodzi Loczek, który po chwili łapie co jest na rzeczy i również zaczyna się śmiać. Podchodzę do okna, gdzie siedzi rzekomy "robaczek" i biorę go w dłonie.
- Fuuu! - Krzyczy Destiny.
I tym samym uświadamiam sobie, że moje dziecko przez pięć lat nie miało styczności z naturą, tylko ciągle jest pod napływem miasta jakim jest Los Angeles....
Warte jest to wytłumaczenia...... Otóż 6 lat temu, po naszym ślubie i po skończeniu kręcenia filmu wyprowadziliśmy się do LA, gdzie w dalszym ciągu jestem aktorką. Zespół chłopaków rozpadł się 4 lata temu, co nie znaczy, że nie mamy kontaktu z Lou, Niallem, Zaynem i Liamem, wręcz przeciwnie. Warte powiedzenia jest też to, że Honka urodziła chłopca i razem z Niallem szczęśliwie (bez ślubu) żyją w Irlandii, a Nikol dalej jest projektantką dla domu mody Chanel i mieszka z Zaynem w Londynie.
- To jest motylek. - Mówi Harold.
- Motylek? - Pyta zaciekawiona Destiny.
- Tak. W te wakacje polecimy do Polski i zobaczysz mnóstwo motylków. Pokażemy ci z tatusiem, gdzie mieszkałam jak byłam w twoim wieku, gdzie chodziłam do szkoły. Zobaczysz Karpacz, czyli tam gdzie mieszkała ciocia Nikol i niedaleko tej miejscowości jest wodospad, gdzie był kręcony twój ulubiony film. - Mówię.
- Opowieści z Narnii? - Pyta rozdziawiając buzię ze zdziwienia.
W tym samym czasie czuję silny ucisk w dole brzucha, łapię się za ramię Harrego.
- Dominika, co się dzieje?
- Boże..... Ałaaaa! Boli!
- Co cię boli?!
- Ja chyba rodzę!
Loczek blednie na twarzy, Destiny zamarła. Mówię jej niech pakuje się do samochodu, a ja z tatusiem zaraz do niej dojdę. Wspierając się na moim mężu, powolnym krokiem wchodzę do samochodu. Ruszamy do szpitala....
GODZINĘ PÓŹNIEJ
Leżę w sali szpitalnej. Zmęczona, ale szczęśliwa. Na świat przyszła nasza druga córka Elizabeth. Tłumy fotoreporterów próbują wejść drzwiami i oknami by tylko móc zrobić nam zdjęcie. Harry siedzi obok mnie razem z Destiny i ściska moją dłoń. Po jego policzku lecą łzy wzruszenia, szczęścia, tym bardziej, że mamy dzisiaj 1 luty......
- Kochanie, dałaś mi najwspanialszy prezent urodzinowy pod słońcem. - Mówi i bierze małą w swoje silne objęcia........
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





