Wylądowałam. Siedziałam chwilę na lotnisku i zastanawiałam się gdzie mam się teraz udać. Pomimo kilkudziesięciu osób, które mnie otaczały czułam ogromną pustkę. Zostałam zdana sama na siebie bez moich koleżanek, a nawet tego debila Dannego, do tego byłam potwornie zmęczona, no bo wiecie, zmiana czasu o tyle godzin, swoje robi....
- Panna Collins? - Usłyszałam wołanie kobiety w średnim wieku, która była ubrana prosto ale z klasą.
- Tak, to ja.
- Nazywam się madame Charlotte i mam nakaz od twoich rodziców zabrać cię do elitarnej dziewczęcej szkoły z internatem na obrzeżach Wolverhampton.
- Słucham?! Ja i szkoła?! Chyba cię paniusiu pogięło! Miałam jechać tylko do internatu! - Rzekłam ze zniewagą w głosie.
- Nie tym tonem droga damo!
- Rozśmieszasz mnie. Nie żyjemy w czasach, kiedy to obowiązują obyczaje szlacheckie i suknie z obręczą. A już w ogóle to do szlachcianki mi bardzo daleko. - Powiedziałam i wybuchłam śmiechem.
- Po pierwsze nie mówimy do siebie po imieniu, a po drugie bardzo się mylisz, bo każda dziewczyna ma w sobie ukrytą księżniczkę i nie chodzi tu wcale o koronę, ojca króla i potężne królestwo, tylko o charakter, który jest potężnym wyznacznikiem osoby i jej osobowości, która dość często odczytywana jest tak bardzo mylnie.... Ile jest przypadków, że wszyscy podają się za tych kim nie są?
- No dużo.
- No właśnie. Całe tabuny i ty też udajesz kogoś innego, bo twoją naturalną naturą nie jest obrażanie i poniżanie innych, zachowujesz się tak z musu bo innej opcji nie masz, a ja ci obiecuję, że zmienię to w tobie.
- O jak miło... W końcu madame skończyłaś trajkotać, więc teraz zabierz moje bagaże i zawoź mnie tam gdzie trzeba!
- Panno Collins ja nie jestem pani służącą! Proszę wziąć swoje bagaże i samemu zanieść je do samochodu.
- Chyba sobie żartujesz... Podobno jestem ukrytą księżniczką. - Powiedziałam dziwnym tonem głosu naśladującym właśnie panie z wyższych sfer.
Madame Charlotte okryła rękami twarz i zaczęła coś gadać pod nosem sama do siebie... Zrozumiałam tylko " Co za głupie, amerykańskie dziewczynisko przyjechało do arystokratycznego kraju!" Miałam ochotę coś jej odpowiedzieć, ale pomyślałam, że to jeszcze za wcześnie.... Najpierw trochę narozrabiam, a potem się zobaczy.... Ach to moje podejście do życia... Tak wiem, woła o pomstę do nieba. Normalnie w tym miejscu wstawiłabym sztab emotikonek, ale z lekcji angielskiego zapamiętałam, że tego się nie robi... :( Ups, a jednak! To takie przykre.... Dobra, na chwilę przerwa od mojego wrednego charakterku.
Zapakowałam moje bagaże do samochodu "madame", maj gasz jak to słowo sprawia, że chce mi się ryć jak popapranej. "madame" kto to wymyślił?
No to tak; przemierzaliśmy doliny, rzeki i wzgórza tego wbijającego w depresję z powodu pogody kraju, by w końcu podjechać pod jakiś pałac z dobudówką co wyglądało obskurnie, zupełnie jak dla XVI-wiecznej służby. Wysiadłam z samochodu, wzięłam walizki i zaczęłam rozglądać się wokół siebie, gdy nagle podeszła do mnie dziewczyna, ubrana w jakiś szkolny uniform:
- Witam cię nowa szlachcianko w naszym jakże skromnym, ale wartym do naśladowania towarzystwie. Nazywam się szlachcianka Amanda i jestem przewodniczącą. Będziemy się od dzisiaj przyjaźnić.
- .............
- Masz się przywitać i podać mi rękę jak to z szacunku bywa.
- Podaję rękę tylko osobom, które zasługują na mój szacunek i nie będę się z tobą przyjaźnić, bo sama wybieram sobie koleżanki i nie pasujesz do mojego grona szczurze jeden. - Rzekłam pyskatym tonem i zrobiłam w tył zwrot.
Tamta się zagotowała od środka i zaczęła kiwać na mnie palcem, jakby miało to na mnie zadziałać i w expressowym tempie nawrócić na dobrą drogę. To takie śmieszne....
Wzięłam walizki pod pachy i ruszyłam w stronę "przytułku dla bezdomnych". Trochę ciężko było iść w butach na koturnie po błocie, ale co mi tam. Wytrzymam jakoś ten tydzień. Zrobię wszystko żeby mnie wywali i wrócę do tego popapranego i mocno znienawidzonego domu. Tak wiem, to jest bardzo dziwne. Z jednej strony robię wszystko by tam nie mieszkać, a z drugiej pragnę tam wrócić. Nie wiem... Może dla tych pieniędzy, które dają mi rodzice w ramach "miłości matczynej i ojcowskiej".....
Cała przemoczona od deszczu weszłam do wielkiego holu, w którym barok zatrzymał się jak nigdy wcześniej. Dusiło mnie od tego. Czułam się jak ptak w klatce, a otoczenie.... Bez komentarza. Jak można tu mieszkać? No ale nic. Rozglądając się po ścianach, gdzie wprost na mnie lampiły się z portretów kilkadziesiąt par królewskich oczu udałam się na ostatnie piętro i do pokoju, który był mi przydzielony. Weszłam.
- Hej dziewczyny! Wielkie sorry, ale musicie wyjść z tego pokoju. Teraz należy do mnie.
- ........................ - Nic nie powiedziały tylko gapiły się na mnie jak na jakiegoś dziwaka z kosmosu.
- Aha, rozumiem.... Pokój w piątkę.... No cóż.
- Twoje łóżko to to przy oknie. - Odezwała się dziewczyna o orientalnej urodzie.
Zjechałam ją od góry do dołu wzrokiem, skrzywiłam się i usiadłam na łóżko odrzucając czyjeś skarpetki i ciuchy opuszkami palców, po czym wzdrygnęłam się i wyciągnęłam żel do dezynfekcji.
- A tak w ogóle to nazywam się Poppy.
- Ja Juliet.
- Ja Cordelia.
- A ja Yasmine.
- Super. Ja jestem Rose Collins i nie zamierzam się z wami przyjaźnić.
- Dziwna jesteś, ale nie wnikam.... - Rzekła Yasmin.
- A ty egzotyczna. - Odparłam i ściągnęłam z siebie mokre ciuchy.
Przebrałam się w sukienkę z dzianiny, gdy do pokoju weszła jakaś baba:
- O wreszcie służąca przyszła! - Wypaliłam i włożyłam jej na tacę moje mokre ciuchy. - Wyprać, wysuszyć, wyprasować, nie krochmalić. - Powiedziałam.
- Ja nie jestem służącą!
- Wiem, wiem.... W takim ubraniu rzeczywiście wyglądasz jak "hrabina". Masz tu sto dolców i kup sobie coś ładnego.
- Słucham?!
- No popatrz ty! Jeszcze głucha.... To może kup sobie aparat słuchowy! - Krzyknęłam do jej ucha.
Oczywiście wkurzyła się to mało powiedziane...... Krzyknęła, że mam ubrać mundurek i schodzić zaraz na dół do jadalni.
Po wielkich "bitwach" moim współlokatorkom w końcu udało się wcisnąć mnie w ten obrzydliwy szkolny strój i całą piątką zeszłyśmy do jadalni. Usiadłam wygodnie.
- Wstawaj! - Powiedziała Cordelia.
- Bo?
- Bo wszyscy wchodzą i siadają w określonej kolejności. - Rzekła Poppy.
Z ciężkim bólem wstałam i zobaczyłam jak wchodzi dyrektorka i sztab debili-nauczycieli.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry pani dyrektor!
- Możecie usiąść.
- Dziękujemy ci panie Boże.... - Zaczęli wszyscy oprócz mnie.
- Nie na widzę budy, nie na widzę tej instytucji, pani Boże zrób coś z tym....
Ha! Mina wszystkich w jadalni była bezcenna.....
Zaczęliśmy wszyscy spożywać posiłek. To, że jemy najpierw oczami to właśnie nimi się na jadłam, bo obiad wyglądał jak rzygi po niezłej imprezie....
- Przepraszam za spóźnienie. - Rzekł chłopak, dość młody, około 22-3 lat.
- Kto to? - Zapytałam.
- Obiekt westchnień Amandy, która dołączy za 3, 2, 1. Żmija osiągnęła cel. - Rzekła Juliet.
- A tak na serio?
- Syn dyrektorki, który przyjeżdża co roku na rozpoczęcie i zakończenie i w między czasie. Kiedyś przebywał z nami prawie codziennie, ale został przyłapany na migdaleniu się z jedną z uczennic, więc matka zadbała o krótką "smycz" i minimalny dostęp do dziewczyn.
- A jak się nazywa?
- Liam, Liam Payne. A co, zamierzasz iść w konkury?
- Nie.... Nie jest w moim typie, a poza tym to pewnie niezły z niego angielski nudziarz. Popatrz jaki on jest stonowany. Zero szaleństwa, nie to co amerykańscy super szaleni chłopcy.
- No tak...... Panna z Ameryki, szuka skoków w bok, a nie poukładanego faceta..... Ach ten twój amerykański mózg....
- Ach ten twój zepsuty nudą mózg....
PODSUMOWANIE
Cóż ja mogę powiedzieć o dzisiejszym dniu..... Wiem, że zacznie się zabawa na całego.... Te debilki z mojego pokoju nie znają w ogóle życia po za manierami i życiem według dekalogu... Daje sobie tydzień i wylecę z tej budy. A baba, która przyszła z dziwnym koszem nie wiadomo po co, to istny Cerber, strzegący bram do piekła jakim jest ta szkoła. Syn dyrektorki.... Szału nie ma. Widać, że kujon, aż w oczy blaskiem bije, a ja od takich ludzi z daleka... Nie moja partia. Po pierwszym dniu, nie mogę dużo napisać, ale poza tym wpadł teraz Cerber i każe gasić światło. Dobranoc!
Aaaa, świetny rozdział <3
OdpowiedzUsuńJuz wielbię to ff ♥
Rose jest taka niegrzeczna ^^ czasem aż za bardzo xd
i syn dyrektorki Liam mhmhm coś czuje ze będzie się działo ^^
♥♥♥
Mam nadzieję, że coś będzie się działo :D
UsuńAh ten syn dyrektorki...
OdpowiedzUsuńJuż nie mogę doczekać się nexta
Weny życzę!
Dziękuję <3 A weny nigdy nie za dużo ^^
UsuńKocham ten rozdział, a Rose jeszcze bardziej :D Te jej powiedzonka.... "Ja jestem Rose Collins i nie zamierzam się z wami przyjaźnić." Nie ma to jak skwitować ludzi na sam początek... Haha :D Ale to tylko Rose tak potrafi :D Idealnie wyobraźnia działa pod kątem tonu głosu z jakim rozmawiają. "Żmija osiągnęła cel" ach ten głos..... Czekam na next kochana, bo jest zajebiście ♡ No i jestem ciekawa bohaterów jak zrobisz ♡ ♡ ♡
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki <3 A bohaterowie, myślę że pojawiają się po kolejnym rozdziale ;)
UsuńAhhh ta Rose...Rozdział cudowny. Liam...(?) (Udam zaskoczenie ;D) Naprawdę super piszesz to ff. Nawet bardziej mi się podoba niż ten wcześniejszy, ale też był super ;*
OdpowiedzUsuń<3 <3 <3
UsuńPo pierwsze to cudowny szablon , na który po prostu nie mogę się napatrzeć, na prawdę ekstra. Co do nowego opowiadania , to myślałam, że tamto to był ideał i tak bardzo chciałam , żeby trwało dalej , ale teraz zmieniam zdanie tamto opowiadanie było cudne , ale w tym zakochałam się od pierwszego zdania . Czekam na next kochana :*
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak przyjemnie było przeczytać ten komentarz od ciebie. ^^ Po tak długiej nieobecności.... Dziękuję ♡.♡
UsuńMuszę się pochwalić jestem w miarę na czas, pomijając ten jeden dzień spóźnienia, ale to i tak nic w porównaniu do moich poprzednich zaległości.
OdpowiedzUsuńZaczyna się super widać, że wszystko sobie zaplanowałaś. Chodzi mi o spotkanie Liama. No cóż i ja obstawiam, że za pare rozdziałów będzie co nie co pomiędzy nimi.
Pozdrawiam i życzę dużo weny. :)
Dziękuję za komentarz kochana <3
UsuńOMG !!! jaka nieogarnięte dziewczę :) haha świetny początek pięknego ff :* <3 kocham
OdpowiedzUsuńzapomniałam / dos :) haha
Usuń:-*
UsuńKara cudo niewiem dlaczego ale Rose czasami przypomina mi mnie ha ha lol może takie podejście wobec taty. Hi hi. Opowiadanie zajebiste. :* ha ha Rose cudna . :) dużo weny i z niecierpliwoscia czekam na nexta boże nie wytrzymam ha ha /veroni mineral
OdpowiedzUsuńCieszę się, że dodałaś koma. Czekałam na niego ♡.♡ A jeszcze bardziej jestem szczęśliwa, że ci się podoba *♡*
UsuńAle zajebisty rozdział! Jak ja kocham tą Rose. Takie wcielenie mnie =D Tylko z tą różnicą, że ja nie przeginam tak pały. No i syn dyrektorki Liaś ♡.♡ Już nie mogę się doczekać nexta. <3
OdpowiedzUsuńDziękuję *♡*
UsuńKocham! Kocham! I jeszcze raz kocham!!! Tamto opowiadanie było cudowne, ale to jest 100 razy lepsze!!! :* Twój styl pisania jest cudowny, a z czasem coraz lepszy <3 Rose jest zajebista, ale syn dyrektorki.... Awwww ^^ Czekam na rozdział 2 :*****
OdpowiedzUsuńJestem szczęśliwa, że to opowiadanie zostało tak przychylnie przyjęte przez was ♡.♡
Usuńniezłe ziółko z tej Rose :D. Masz talent, fabuła wciągająca. Tylko tak dalej, widać że lubisz pisać,i to się liczy. Jestem ciekawa dalszych przygód Rose. :)
OdpowiedzUsuń